Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
49%
Dobra.
28%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
7%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 43

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Ezoteryczka
W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 4 gości.

Strona główna

Krzyż Południa. Rozdroża (Jakub Ćwiek)

Zastanawialiście się kiedyś, w jaki sposób powstaje legenda? Ja bardzo często. Odpowiedź przyszła do mnie ostatnio, wraz z pewną książką. Legenda mianowicie rodzi się ze słowa. Ono zaś wychodzi spod pióra pisarza – czy ów nazywa się Ashley Wilkes, czy też Jakub Ćwiek.

W ten sposób właśnie zaistniał kapitan Jeremiah Cross – bohater wojny secesyjnej, człowiek-legenda. Poznajemy go powoli, stopniowo. Najpierw wyłącznie dzięki plotkom i pogłoskom, broszurom zapisywanym przez koszarowego grafomana, opowieściom powtarzanym sobie przez żołnierzy zarówno Południa, jak i Północy. Spotkałam się z opiniami, jakoby to była wada tej książki. Absolutnie się z nimi nie zgadzam. Kto tak twierdzi, ten prawdopodobnie wcale nie zrozumiał zamysłu autora. Ja twierdzę, że był to zabieg celowy, bardzo pomysłowy i niezwykle trafiony. Dlaczego? Gdy osławiony oficer jawi się wreszcie we własnej osobie, jako żywy człowiek, wciąż nim nie jest. Pozostaje żywą legendą, z którą przez przypadek spotykamy się twarzą w twarz i, jak jedna z epizodycznych postaci powieści, możemy przejść się u boku swojego bohatera i przez chwilę pławić w jego blasku. Czytelnik ma szansę widzieć Crossa dokładnie tym, kim był dla reszty świata przedstawionego i postrzegać go identycznie jak prości szeregowi i młodzi oficerowie, przed którymi staje nagle człowiek z pięknych historii o Krzyżu Południa, snutych wieczorami przez starszych kolegów. Ja takim właśnie go zobaczyłam. W pewnych momentach widać wyraźne próby ukazania Crossa z krwi i kości. Na szczęście nieudane. Piszę: "na szczęście", ponieważ ja nie chcę go takim widzieć. Cross JEST legendą i wolę, by nią pozostał. Pożądany efekt jest więc osiągnięty. I to dla mnie pierwszy i najistotniejszy atut tej powieści.

Oczywiście, jedna jaskółka wiosny przecież nie czyni. Dobry pomysł przestałby być dobry, gdyby wykonanie mu nie sprostało. W przypadku "Krzyża Południa", na szczęście forma doścignęła treść. A może raczej odwrotnie...? Drugim bowiem elementem, który mnie zachwycił, jest język. Zdarzyło mi się czytać wiele książek na naprawdę rozmaitym poziomie, sporo z nich podobało mi się bardziej lub mniej. O niewielu jednak jestem skłonna powiedzieć, że od pierwszego do ostatniego słowa urzekają mnie właśnie tym - językiem. Autor roztoczył przed moimi oczami prawdziwie żywe obrazy.

Czytając - widziałam jak na wielkim ekranie plantacje bawełny, amerykańskich gentelmanów nieudolnie udających lordów rodem ze Starego Kraju, murzyńskich niewolników snujących własne opowieści, pielęgnujących swoją odrębną kulturę i wierzenia. Z bliska obserwowałam żołnierzy – starych i młodych, szarych szeregowych w koszarach i oficerów godnych lub też nie liczby gwiazdek na pagonach – tak prawdziwych i realnych jak ludzie, których co dzień mijam na ulicy. Obserwowałam z boku polityków debatujących nad losami targanego wojną domową kraju i inżynierów opętanych rządzą opracowywania kolejnych technologii i machin bojowych. Słyszałam huk wystrzałów, rżenie spłoszonych koni i pokrzykiwania sierżantów. Czułam intensywną woń potu zmieszanego z kiepskim, wojskowym tytoniem, a nawet smród unoszący się z latryn. Osiągnięcie takiego efektu to nie lada sztuka. Szczególnie, jeśli ma się na uwadze poprzednie książki Jakuba Ćwieka, które językowo nie wypadały tak imponująco. Tu widać jednak, że autor w ostatnim czasie poczynił ogromne postępy i dał wreszcie pokaz świetnego warsztatu i prawdziwego kunsztu w swoim rzemiośle.

Opisy to również nie wszystko. Czym byłyby – nawet najgenialniejsze – gdyby na przykład dialogi prezentowały się drętwo? Na szczęście wcale nie musimy odpowiadać sobie na to pytanie. W "Krzyżu Południa" bowiem tego nie doświadczymy. Bohaterowie nie tylko są żywi i realni, ale także mówią dokładnie tak, jak powinni – każdy własnym językiem. Warto też zwrócić uwagę na różnorodność stylizacji. Ze względu na specyfikę powieści – złożonej głównie z odrębnych fragmentów, łączących się w spójną całość – różnice muszą być bardzo wyraźne, ale również zmieniać się płynnie i w sposób wiarygodny. To jest kolejny ciekawy efekt, który Ćwiekowi udało się osiągnąć. Wszystko to okraszone jest charakterystycznym poczuciem humoru. Do mnie osobiście trafia ono bezbłędnie. Książka jednak nie tylko ubawiła mnie do łez. Pojawiały się w niej też sceny, które owszem – łzy wyciskały – tyle, że wzruszenia. Szczególnie ostatnie strony, które na nieszczęście miałam okazję czytać w miejscu publicznym, wywołały u mnie gęsią skórkę i omal nie doprowadziły do wybuchu silnych emocji. Tak, wiele mnie kosztowały wysiłki włożone w to, by nie rozpłakać się nad losem dzielnych żołnierzy Konfederatów.

W miarę poznawania kolejnych wątków, regularnie co pewien czas zadawałam sobie jednak pewne pytanie. "Czy to na pewno Cross jest głównym bohaterem powieści?". Do tej pory nie jestem pewna, czy znam jednoznaczną odpowiedź. Krzyż Południa jawi mi się jako nie do końca realna postać majacząca w tle, roztaczająca swojego ducha nad resztą świata przedstawionego. Ale to właśnie ta "reszta świata" wydaje mi się prawdziwym i realnym bohaterem zbiorowym. Nie ma w tej książce postaci, która byłaby nijaka lub mdła. Nie wyobrażam też sobie, że którejkolwiek, choćby epizodycznej, mogłoby zabraknąć. To zdecydowanie nie byłaby ta sama historia – bez wszystkich tych, z pozoru szarych, a jakże charakterystycznych szeregowców, bez przewijających się tu i ówdzie generałów – z których każdy był zupełnie inny - cwanych polityków, oderwanych od wojennej rzeczywistości inżynierów, egzaltowanych plantatorów i czarnych niewolników. Nade wszystko jednak, książka nie byłaby tym, czym jest, bez trzech postaci, które bezsprzecznie urzekły mnie najbardziej: Barona Samediego – murzyńskiego bóstwa, jedynego ewidentnie fantastycznego elementu powieści, wyjątkowo wygadanego i cudownie charyzmatycznego sierżanta Reynoldsa oraz starego lokaja – weterana poprzedniej wojny.

Dzięki wszystkim tym elementom, które zdecydowanie mnie zauroczyły, oraz, w zacznie mniejszym stopniu, zapobiegliwie wystosowanemu przez autora posłowiu, książce udało się uniknąć bliskiego spotkania z jednym z moich osobistych nawyków. Mianowicie, mam brzydki zwyczaj oceniania powieści fantastycznych osadzonych w realiach historycznych pod względem zgodności z owymi. Tutaj historia została mi przedstawiona w taki sposób, że zupełnie o tym zapomniałam. Zwyczajnie nie zastanawiałam się nad tą kwestią ani przez chwilę. Było mi wszystko jedno, czy opisane wydarzenia miały szansę się wydarzyć, czy też gryzą się okrutnie z kartami prawdziwej historii. To była wojna secesyjna widziana oczyma Jakuba Ćwieka i ubrana w jego własną fikcję literacką luźno opartą o fakty. A ja? Ja taką ją właśnie przyjęłam i polubiłam.

Aby strzałów w dziesiątkę nie okazało się zbyt mało, jest nim także okładka. Przedstawia Crossa dokładnie takim, jakim ja go zobaczyłam. Nie ma na niej żywej, realistycznej postaci. Jest za to pomnik. A kapitan Jeremiah Cross dla mnie jest właśnie niczym innym jak pomnikiem bohatera.

Jedno tylko nie przestało mnie dręczyć od momentu przeczytania ostatniego słowa powieści, aż do tej chwili. Prolog. Być może jestem mało błyskotliwa lub niedomyślna, ale... nadal go nie rozumiem. A może wyjaśni mi go dopiero drugi tom? Może tak właśnie miało być? Czyżby kolejny efekt zamierzony – utrzymanie czytelnika w niepewności nie przez jeden tom, ale wszystkie? Co do słuszności i trafności tego zabiegu nie jestem do końca przekonana. Nie potrafię odpowiedzieć czy bardziej mnie to irytuje czy intryguje.

Całe jednak szczęście, że w tej książce znalazł się choćby ten jeden drobiazg, który nie do końca mnie zachwyca. Gdyby nie to, byłaby zbyt idealna. A przecież nie ma legendy idealnej. Jeśli zaś by się znalazła, nikt nie dałby jej wiary.

Paulina Maria "Lorelay" Szymborska–Karcz

autor: Jakub Ćwiek
tytuł: Krzyż Południa. Rozdroża
wydawnictwo: Bellona, Agencja Wydawnicza RUNA
ISBN: 978-83-89595-63-8
ISBN: 978-83-11-11844-7
liczba stron: 336
wymiary: 125×195 mm
okładka: miękka
ilustracja na okładce: Wojciech Ostrycharz
data wydania: 30 czerwca 2010 r.
cena detaliczna: 29.90 zł
cena RUNY: 25.90 zł

Odpowiedzi

portret użytkownika tess

ŁAŁ! Łał na recenzję, bo na

ŁAŁ!
Łał na recenzję, bo na książkę już robiłam własne łał ;)

Zwróciłaś uwagę na chyba wszystkie fajne elementy, które przykuły moją uwagę, polubiłyśmy te same postaci... :)

A ja się prologu trochę domyślam. Tzn. mam hipotezę z nim związaną. Mi pasował. Ale mogę się mylić w domysłach ;)

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi