Ostatni rejs "Fevre Dream" (George R.R. Martin)
George R.R. Martin należy do wąskiego grona pisarzy potrafiących uczynić ze zwyczajnego jedzenia owsianki fascynującą opowieść. Zapewne mógłby tworzyć całe zbiory bestsellerowych opowiadań zawierające takie opowieści jak Mary myje zęby czy John jedzie tramwajem. Mógłby. Jednak czytając powieści Martina otrzymujemy nie tylko wspaniały styl, lecz również wciągającą fabułę.
Kiedy zasiadałam do lektury Ostatniego rejsu „Fevre Dream”, miałam wobec niego ogromne oczekiwania. Słyszałam wiele rozmów na temat twórczości Martina, prowadzonych z entuzjazmem i błyskami w oczach. Z pewnym powątpiewaniem musiałam więc zweryfikować tamte „ochy” i „achy”. Okazały się jednak całkowicie słuszne.
Po przeczytaniu kilku stron stwierdziłam, że facet całkiem nieźle pisze, po kilku rozdziałach, że to będzie jeden z moich ulubionych autorów. Po skończeniu całości — że Ostatni rejs „Fevre Dream” to jedna z najlepszych książek, z jakimi ostatnio się zapoznałam.
Wszystko zaczyna się niemal sielsko. Bankrutujący Abner Marsh, stary kapitan parowców, wchodzi w spółkę z ekscentrycznym Joshuą Yorkiem, człowiekiem o bladej cerze, unikającym światła słonecznego. Dzięki wielkim marzeniom Marsha i nakładom finansowym Yorka powstaje jeden z najwspanialszych i największych parowców pływających po Missisipi — „Fevre Dream”. Jednak tak to już jest, że nic, co dobre, nie trwa zbyt długo. Już podczas pierwszego rejsu pasażerów imponującego statku spotykają same kłopoty. Kiedy Marsh zaczyna mieć dosyć dziwnych zachowań swego wspólnika, wychodzi na jaw, że jego towarzysz jest wampirem. Ale nie zwykłym krwiopijcą, lecz istotą pragnącą powstrzymać przelew krwi niewinnych ludzi. Wynalazł on specjalny trunek, pozwalający mu powstrzymać „czerwone pragnienie”. Ponadto chce, aby inni „ludzie nocy” także pili ten napój. Nie wszyscy jednak podchodzą do tego pomysłu z entuzjazmem.
Ostatni rejs… to, jak mówi sam autor, hybryda horroru i powieści historycznej. Akcja toczy się w drugiej połowie XIX wieku, w czasach niewolnictwa. Następuje tu ciekawa analogia. W okresie, kiedy biali ludzie wykorzystywali czarnoskórych jako sługi, czyniąc ich podludźmi, zwierzętami stworzonymi dla wygody białych, wampiry w podobny sposób myślały o ludziach. Bez skrupułów sprowadzały ich do roli pożywienia. Zresztą najbardziej brutalna scena przedstawia właśnie zabicie przez wampira murzyńskiego niemowlęcia.
Przy wampirzej powieści nie sposób uniknąć porównań do Miasteczka Salem Stephana Kinga czy Kronik wampirów Anne Rice. Ostatni rejs… i Miasteczko Salem z pewnością łączą duża dawka grozy i umiejętnie budowane napięcie. Z kolei z Kronikami wampirów postać wampira-inteligenta i arystokraty, a także pewien patos. W przeciwieństwie jednak do wulgarnego języka Kinga oraz nadmiernie rozwlekłego i ciężkiego Rice, Martin pisze tak, że jego powieść niemal „sama się czyta”.
Jest to też pewne remedium na popularny ostatnimi czasy Zmierzch. Moim zdaniem książkę wznowiono w bardzo dobrym momencie. Ratuje wampirzy autorytet grozy i budzi nadzieję, że postać dziecka mroku nie będzie kojarzona wyłącznie z błyszczącą istotą, pakującą nadwrażliwe dziewczyny w toksyczne związki. Co prawda w Ostatnim rejsie… pojawia się pewien wątek miłosny, ale jest niewielki i nieznaczący.
Styl pisania Martina jest jego wielkim atutem, który zasługiwałby na osobną rozprawę. Celne spostrzeżenia oraz plastyczne, żywe opisy — choć często bywają długie i szczegółowe — nie nudzą. Są tak dobrze skonstruowane, że obrazy same pojawiają się w głowie, stanowiąc ucztę dla wyobraźni. Bohaterowie są przedstawieni w sposób, jaki najbardziej lubię — kiedy ukazują się po raz pierwszy, są charakteryzowani bardzo detalicznie, później pewne elementy ich wyglądu pojawiają się ponownie, ale jakby wprowadzone mimochodem. Dzięki temu postacie nie tylko są bardziej realistyczne, ale również łatwiej je sobie wyobrazić, a także zapamiętać i odróżnić w gąszczu bohaterów.
Nie jest to powieść wyłącznie o wampirach. Zdaniem Martina to książka pod pewnymi względami nawet bardziej o parostatkach, gdyż autor tchnął w nią własne zainteresowanie z czasów młodości, kiedy mieszkał nad Missisipi. Fakt — parostatkom poświęcono tu wiele miejsca. Ich opisy przypominają sposób, w jaki amant mógłby mówić o kobiecie. Właściwie nic dziwnego, skoro często ujmowane są z perspektywy Abnera Marsha, który nie założył rodziny i właśnie tym pływającym maszynom oddał swe serce. Jak większość kobiet, mnie również nie interesuje taka tematyka, a przy tym mój umysł jest bardzo odporny na techniczny bełkot. Pomimo tego nie nudziłam się przy opisach, a co więcej - prawie rozumiałam uczucia kapitana Marsha, po raz kolejny mając okazję przekonać się o wspaniałości kunsztu pisarskiego Martina.
Wyrażam się o tej powieści w samych superlatywach, bo po prostu inaczej nie potrafię. Jeśli miałabym znaleźć na siłę jakikolwiek minus, to uznałabym, że jedyną wadą jest brak humoru. W tej wielkiej, liczącej niemalże 600 stron powieści nie znalazłam ani jednego żartu. Ale i tę przewinę można usprawiedliwić, bo w końcu sięgając po horror, chcemy się bać, chcemy poczuć dreszcz strachu przebiegający po plecach i nie nastawiamy się na śmiech.
Komu mogłabym polecić tę książkę? Każdemu. Jeśli jest się fanem Zmierzchu, trzeba ją przeczytać ze względu na obecność wampirów. Z tego samego powodu powinni ją przeczytać miłośnicy niezwykłych stworzeń. Osoby namiętnie pochłaniające grozę także się nie zawiodą. Czytelnikom Martina wystarczy napomknąć, że jest to tom sygnowany jego nazwiskiem. Jeśli nie należy się do żadnej z tych grup, należy przeczytać choćby dla wspaniałego stylu autora. Bo to kawał dobrej literatury jest, ot, co!
Marta "Nubia" Porwich"

Autor: George R.R. Martin
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data: Lipiec 2010
ISBN: 978-83-7506-497-1
Liczba stron: 586
Wymiary: 130 x 205 mm




















































Potwierdzam, że Martin jest
Firewarrior, nie., 05/09/2010 - 17:52Potwierdzam, że Martin jest świetny - czytam jego "Grę o tron" :) Tzn. cykl, bo pierwszą część (o takim właśnie tytule) skończyłam :)
Mam zamiar zabrać się za "Grę
Nubia, nie., 05/09/2010 - 21:43Mam zamiar zabrać się za "Grę o tron". Jak tylko kumpel Woltusa zwróci nasz egzemplarz.