Eviva - blog
Rozdział nr 72: OSTRZAŁ
Oriońskie pościgowce manewrowały o wiele zgrabniej niż ciężki Hermasz, a ich fazery kąsały osłony federacyjnego statku raz za razem. Snajperzy Hermasza robili, co mogli, ale widać niewiele mogli, bo pudłowali haniebnie.
- Co za skończeni idioci tam siedzą? - wściekała się kapitan na mostku - Już ja sobie z nimi pogadam, nich no ta kołomyja się skończy! Inga, wywołaj Krzyśka Majchra i niech idzie do wieżyczki zobaczyć, w co oni się tam bawią.
Inga Lausch przerwała poprawianie makijażu i wywołała głównego nawigatora, który najpierw określił, co myśli o Romulanach i takich strzelcach, a potem potwierdził otrzymanie rozkazu. Następnie Majcher odszukał Osipa Zajczika, który nie bacząc na ostrzał spał w najlepsze w swej kwaterze, zgarnął po drodze Andoriankę T'engę i razem z nimi udał się na stanowiska snajperskie. Pomieszczenie to, mieszczące się w dolnej części kadłuba statku, było dodatkowo zabezpieczone, co sprawiło, że nazwano je na wewnętrzny użytek "wieżyczką", a na drzwiach wymalowano wizerunek czołgu i napis "T-102 RUDY". Jak wiedział to Krzysiek, Hermasz miał już swój korpus snajperów, zmontowany z żołnierzy ochrony przez jedynego członka oryginalnego zespołu, który zgłosił się na pokład w dniu odlotu. Jak się okazało, byli oni snajperami jedynie z nazwy, bo obsługa działek fazerowych szła im jak po grudzie, a żaden nie umiał uruchomić wyrzutni torped.
- Może to i lepiej, bo jeszcze narobili by jakiego nieszczęścia.- stwierdził Majcher, wygnał cały oddział na korytarz i zameldował kapitan Zakrzewskiej gotowość do wypełniania jej rozkazów.
- Tfu, nie chwatajet, szto baba nami komandirujet, no jeszczo striełki nipricziom. - mruczał Osip Anegdotycz, dostarajając sprzężenie celowników z ekranem na swoim stanowisku.
- Czy kobieta jest gorszym dowódcą dlatego, że jest kobietą? - spytała ciekawie T'enga, nie do końca świadoma wszystkich aspektów ziemskiej kulltury.
- Na bojewym okręcie żenszczina nieszczastie przynosi.
- Tak samo jak i na lądzie - wtrącił się Majcher - Nie ma żadnej różnicy. Pilnuj lepiej celownika, Ośka, bo tamci znowu na nas nawracają.
=/= Jesteście tam, pancerne sardynki? - odezwał się w komunikatorze głos Lilianny - Naprzód Grab 1!
=/= Grab? Chyba warp?! - nie zrozumiała T'enga.
=/= Nieważne! Przy... im tak, żeby im aż gacie pospadały, ale już!
=/= Jest', barysznia kapitan. - odpowiedział służbiście Osip Anegdotycz. Spokojnie wycelował i po chwili jego działko zaczęło ziać celnym ogniem. Krzysztof Majcher nie pozostawał za nim w tyle, a T'enga dyżurowała przy wyrzutni, gotowa na rozkaz dowódcy wbić torpedę we wskazany cel. Napastnicy wyraźnie się stropili. Poprzednio, gdy napadnięty statek pudłował do nich raz za razem, nabrali śmiałości, ale teraz wyglądało na to, że napad się im nie uda.
Rozdział nr 70: KONFLIKT KATECHETYCZNY
Nim Wolkanin dotarł na mostek, alarm zmienił się z żółtego na czerwony. Na mostku trwało zamieszanie, bo Ksawery Milcz usiłował ustalić dokładne parametry napastników. Wreszcie Weronice udało się uchwycić sygnaturę energetyczną obu pojazdów i wpisać ją do komputera na chwilę przed tym, jak na mostku zjawił się R'Cer, a zaraz po nim rozespany i ziewający Arek.
- Co się dzieje? - spytał pomiędzy dwoma ziewnięciami.
- Co ma się dziać? Ostrzeliwują nas - odparła poniekąd spokojnie kapitan - Jaśko, kawy dla pierwszego oficera, bo nas tu wszystkich połknie na surowo!
- Haj, panicko! - odkrzyknął raźno góral i runął do drzwi, nadeptując po drodze na ogon Miśkowi. Ten spokojnie, bez jednego warknięcia, zatopił potężne kły w jego spodniach.
- Łolabogamatkoboskoświnto joniekcioł! - wrzasnął Jasiek wniebogłosy, łapiąc się za ukąszoną łydkę.
- Jak tam nasi przyjaciele? - spytała kapitan sterników, nie zwracając na to uwagi.
- Sądząc z analizy sygnatur to Orioni - zameldowała Weronika, odwracając się twarzą do Lilianny, która lokowała się właśnie w swoim fotelu - Dwa pościgowce klasy Jastrząb ze standardowym wyposażeniem. Misiek, pfuj, nie jedz Jaśka, zaraz dostaniesz obiad!
- Jak na razie nasze osłony wytrzymują, ale ich moc zaczyna spadać. - dodał Milcz.
=/= Snajperzy, odpowiedzieć ogniem! - krzyknęła Lilianna do mikrofonu komunikatora - Jasiek, przestań odgrywać ofiarę losu i przynieśże wreszcie tę kawę. I weź po drodze słone paluszki.
- Ida, ida. - jęknął posłusznie ordynans i zniknął za drzwiami.
Tymczasem ksiądz Maślak i siostra Ofelia usiłowali, mimo ostrzału, prowadzić dalej katechezę. Nauki parafialne były pomysłem ojca Tadeusza, a zakonnica poszła na nie po to, by nie prowadził on nauk dla kobiet, bo gdy raz sie za to zabrał, to później delegacja obrażonych załogantek wybrała się do pani kapitan i zrobiła piekło na temat, że nie dadzą sie obrażać. Kapitan Zakrzewska wezwała księdza na rozmowę.
- Podobno powiedział ojciec, że żony mają być poddane mężom, kobietom przystoi pokora, a ból przy porodzie jest skutkiem grzechu, popełnionego przez Ewę i należy znosić go w ramach pokuty? - spytała sondażowo.
- Tak jest napisane w Biblii. - odpowiedział duchowny z dostojeństwem.
- A czy dodał ojciec, że niewiasta z samej swej natury jest skłonna do grzechu i uległa diabelskim podszeptom, zatem musi być trzymana przez mężczyzn krótko dla jej własnego dobra?
- Myślę, że ktoś musiał to tym nieszczęsnym istotom uświadomić.
- Przepraszam - nie wytrzymała kapitan - Czy ojciec jest przy zdrowych zmysłach?
Tu ksiądz Tadeusz obraził się okropnie, i przez następne parę dni w ogóle nie chciał z panią kapitan rozmawiać. Jednak awantura odniosła skutek, bo od tej pory on prowadził zajęcia dla mężczyzn, a siostra Ofelia - dla kobiet. Podczas gdy mężczyźni z zaciekawieniem słuchali odmalowywanego przez duszpasterza obrazu tego, co ich czeka za ich rozliczne grzechy (jak sami mówili, to lepsze niż Szekspir i Dante do kupy), kobiety dzieliły się przepisami na rozmaite ciasta, rozmawiały o przeczytanych książkach, omawiały techniki robótek ręcznych i rozwiązywały wspólnie krzyżówki. Siostra Ofelia ograniczała się zazwyczaj do wypisania na wielkiej tablicy tematu katechezy i w kilku punktach jej treści, a potem z ochotą uczestniczyła w tym, na co akurat jej słuchaczki miały ochotę. Mocą niepisanej umowy wykluczone były jedynie sprawy damsko-męskie, zatem każda taka "katecheza" zmieniała się w coś w rodzaju spotkania towarzyskiego przy kawce i ciasteczkach.
Tym razem też, mimo czerwonego alarmu, zajęcia w obu grupach nie zostały przerwane. Na pokładzie wszyscy już zdążyli przywyknąć do tego, że co chwila wyje jakaś syrena i nikt nie zwracał na to większej uwagi, niż było konieczne.
Rozdział nr 69: KATRA
Doktor T'Shan obserwowała R'Cera, który kończył badanie nieprzytomnego Grzegorza. Widok był dość makabryczny, bo choć wskaźniki na tablicy kontrolnej wyraźnie wskazywały na brak świadomości, inżynier miał otwarte oczy, które płonęły czerwonym światłem, a z jego ust wydobywało się gniewne mamrotanie w czystym wolkańskim - w dodatku z wyraźnym akcentem Południowego Wybrzeża. W końcu R'Cer przerwał kontakt i, wyczerpany długotrwałym wysiłkiem, usiadł obok łóżka na krześle, podsuniętym mu przez zapobiegliwą siostrę Niemogę.
- Uspokój się, bracie - powiedział - Już wszystko jest jasne. Zdajesz chyba sobie sprawę z tego, jak bardzo naraziłeś nosiciela, i z tego, ze popełniłeś przestępstwo.
- No i co z tego? - warknął Sytar ustami Grześka.
- No, co z tego, to jeszcze zobaczymy. Jak się nazywasz i jak trafiłeś do umysłu tego Ziemianina?
Ciało Grześka przez chwilę zmagało się z więzami, potem zrezygnowało.
- Nazywam się Sytar, syn Kel'sara - powiedział niechętnie zmarły Wolkanin - Byłem doktorantem w laboratorium naukowym ambasady Wolkana na Ziemi. Moje ciało zabito w starciu z organizacją ekstremistyczną Terra Prime, a moje serce przeszczepiono inżynierowi z doków... który, nawiasem mówiąc, brał udział w tym samym starciu i trafił do szpitala z powodu rozległego zawału nie do opanowania. Trafiłem do jego umysłu razem z sercem. Jakoś się pogodziliśmy.
- No dobrze, to rozumiem - skinął głową komandor - Czemu jednak robiłeś to wszystko? Czemu nastawałeś na życie Karola Michałowa?
- Nie nastawałem na niczyje życie!
- To po co związek radioaktywny w jego konsoli?
- Chciałem, żeby wyłysiał, to by panna Malwina nie chciała się z nim spotykać. Ona ma wstręt do łysych.
- Ręce opadają. - westchnęła T'Shan. Zakorzeniona w niej obawa przed mind-meld nabrała dodatkowego sensu, gdy patrzyła na nieprzytomnego inżyniera, którego ciałem sterowała katra niestabilnego emocjonalnie Wolkanina. Bo że Sytar musiał być niestabilny dużo wcześniej, nim doszło do przypadkowego wszczepu, było jasne. Ostatecznie nawet w tym niezwykłym narodzie, w którym wszyscy od maleńkości byli zaprawiani do logiki i kontroli emocji, zdarzali się osobnicy o słabszej, bardziej chwiejnej psychice.
- Cóż, lepsze to, niż gdyby chciał otruć Michałowa talem. Od tego też się łysieje. - powiedziała siostra Niemogę trochę niepewnie.
- Sytar, pan musi się opanować - rzekła kategorycznie T'Shan - Czy pan zdaje sobie sprawę, do jakiej sytuacji pan doprowadził? Popełnił pan poważne przestępstwo, naraził pan członków załogi dla jakiegoś swego widzimisię, a my nawet nie możemy pana zamknąć, bo co winien nosiciel?!
- Można spróbować transferu... ja bym sobie z nim poradził... - powiedział R'Cer po namyśle. Z ust inżyniera wydobył się ponury chichot.
- Ani mi się śni dokądkolwiek przechodzić. - oznajmił Sytar - Mnie tu dobrze. Przywykłem, a ten człowiek ma moje serce. Mam prawo przebywać w tym ciele.
- Mam na ten temat inne zdanie. Zagnieździłeś się w umyśle nosiciela bez jego zgody i szkodzisz jego karierze oraz życiu osobistemu, wikłając go w kryminalne sprawki. Trzeba cię stamtąd usunąć.
Ciałem Grzegorza wstrząsnął paroksyzm wściekłości. Przez dłuższą chwilę Sytar walczył zajadle, by zerwać pasy, ale nie zdołał tego dokonać i wreszcie, pokonany, zrezygnował.
- Nie róbcie tego - odezwał się błagalnie - Przyrzekam, że nie będę więcej wariował. Nie będę w niczym przeszkadzać, przeciwnie, pomogę najlepiej, jak umiem... tylko nie zabierajcie mnie z tego ciała. Polubiłem Grześka, dobrze się dogadujemy... no, może nie zawsze dobrze, ale będzie lepiej, obiecuję.
Był wyraźnie przerażony i zdesperowany. R'Cer nie powiedział tego głośno, ale doszedł do wniosku, że lepiej będzie uniknąć drastycznej sytuacji. Sytar na pewno walczyłby z nim zajadle, a taka walka mogła odbić się bardzo niekorzystnie na zdrowiu nosiciela.
- Umówmy się, że decyzję podejmie inżynier Brzęczyszczykiewicz, gdy minie działanie anastetyku. - powiedział ozięble - A teraz przemyśl swoje postępowanie i wyciągnij wnioski.
Wstał z krzesła.
- T'Shan, miej na niego oko - poprosił - Ja idę na mostek. Trwa żółty alarm, więc pewnie dzieje się coś niezwykłego. Niezwykłego, znaczy, nawet jak na ten statek...
Rozdział nr 68: MAMY OGON
- Hermasz, śledź zastępcę głównego inżyniera! - krzyknęła kapitan i pochyliła się nad R'Cerem. Na szczęście odzyskiwał już przytomność i po kilku sekundach usiadł.
- Tto... był wolkański chwyt obezwładniający - wybąkał z trudem - Mamy doczynienie z przypadkiem owładnięcia nosicielem.
- Jakim nosicielem?!
- Nosicielem katra. Ktoś zaimplantował w umyśle porucznika swoją katra... tak jakby duszę... jakis Wolkanin.
- Jaki Wolkanin, Grzesiek nie cierpi Wolkan!
- Nie wiem, jaki, dowiemy się. Sprawa jest jednak ewidentna, pani kapitan. Musimy go schwytać, inaczej będzie źle.
Nieco chwiejąc sie na nogach R'Cer wstał i wyszedł na korytarz. Otworzywszy łącze wydał całej ochronie rozkaz zatrzymania porucznika Brzęczyszczykiewicza i po chwili wahania dodał:
- Ale proszę go nie uszkodzić, chyba że będzie to bezwzględnie konieczne.
Nim zamknął łącze, usłyszał jeszcze komentarz jednego z żołnierzy ochrony:
- Ale założę się, że Grzechu nie dostał rozkazu, by nas nie uszkodzić.
R'Cer skrzywił się z niezadowoleniem, ale zdecydował się już nie drążyć tematu. Inżyniera trzeba było schwytać i kwita, a jeśli podejrzenia Wolkanina były słuszne, mogło to być niezbyt łatwe. Nagle, mimo całej swej kontroli emocji, aż się wzdrygnął, gdyż komputer pokładowy rozdarł się histerycznie tuż nad jego uchem:
- Zbieg jest na pokładzie hangarowym! Łachudro schlana, zostaw ten panel!
R'Cer potrzebował kilkunastu sekund, by zrozumieć, że "schlana łachudra" nie odnosi się do niego, a tymczasem komputer dalej wrzeszczał, obrzucając młodego inżyniera różnymi inwektywami i miotając pod jego adresem groźby, z których najłagodniejsza zasługiwała co najmniej na trzydniowy areszt.
- Hermasz! Hermasz, co się dzieje? - dopytywała się gorączkowo kapitan Zakrzewska.
- Królowo, ta małpa próbuje grzebać mi w obwodach! - zachrypiał komputer oburzonym głosem - Chce ręcznie tworzyć śluzę hangaru! Ożesz ty! Puść ten procesor, bo kopnę...!
- Kopnij go, Hermasz! Tylko nie przesadnie, żeby nie wykorkował.
- A według rozkazu, słodziutka.
Coś trzasnęło, z głośnika rozległ się urwany krzyk i wszystko ucichło. Po chwili szczęknął komunikator i głos Maury Gwizdak oznajmił:
- Pani kapitan, melduję, że zastępcę głównego mechanika poraził prąd, ale dycha. Co ja mam robić?
- Niech pani też dycha razem z nim - poradziła jej sarkastycznie Lilianna - Do ambulatorium z tym Tarzanem za trzy grosze. I dobrze związać.
Nie zdążyła jeszcze wyłączyć głośnika, gdy coś trzasnęło, wskaźniki źródła przeskoczyły na "Mostek", i głos Weroniki Bąk oznajmił:
- No i dupa.
- Czyja dupa, chorąży? - chciała wiedzieć kapitan.
- Obawiam się, że coś nas śledzi, pani kapitanko... może by pani tak tu przyszła, bo oficerstwo poszło na obiad, a ja tu sama z kolegą Milczem i panną Lausch...
Kapitan zmełła w zębach jakieś przekleństwo pod adresem Arka i Jędrka, którzy akurat mieli wachtę i ruszyła biegiem na mostek. Za nią gnała w podskokach uradowana Gizia, której zamieszanie, wiecznie panujące na statku, bardzo się podobało.
Wjechawszy windą na mostek Lilianna wbiegła do środka z zamiarem zrobienia zwykłego w jej przypadku piekła, ale potknęła się o rozciągniętego przy samym wejściu Miśka, poleciała, aż miło i zatrzymała się dopiero na konsoli naukowe.
- Ach ty zapchlony wypierdku trędowatej hieny! - wykrztusiła, z trudem łapiąc oddech. Włochaty winowajca podniósł łeb i obrzucił filigranową kapitan wzrokiem pełnym wyrzutu i zdziwienia. Odkąd odzyskał swą zaginioną panią, nie opuszczał jej ani na krok i nie mógł pojąć, czemu kogoś to dziwi.
- Pani kapitan, proszę spojrzeć na ekran, widzi pani tę dystorsję? - sternik Milcz, zaabsorbowany swymi obliczeniami, chyba w ogóle nie zauważył incydentu z Miśkiem - Śledzi nas zakamuflowany statek. Nie mogę zorientować się, czyj.
- Żółty alarm, panno Lausch - zarządziła Lilianna, rozcierając dyskretnie różne części ciała, poszkodowana przy upadku - Niech Majcher na wszelki wypadek obsadzi stanowiska ogniowe. Nie chcę marnowania energii, jeśli już dojdzie do bitwy, niech więc tym razem to będą strzelcy, nie stróże nocne z łapanki.
Rozdział nr 67: DZIWNY PRZYPADEK
Po wnikliwym przestudiowaniu akt Grześka, zawierających historię jego edukacji i przebieg służby, R'Cer zadumał się srodze. Wyglądało na to, że kapitan ma rację, zastępca głównego inżyniera nie miał po prostu niezbędnych kwalifikacji do przeprowadzenia tego zamachu. A choć można go było powiązać również ze znalezionym w kabinie R'Cera urządzeniem do transmisji podprogowych, to było jasne, że nie wymyśliłby on czegoś takiego. W dodatku on i Karol Michałow przyjaźnili się od lat i chyba nie było między nimi żadnej poważnej sprzeczki. Opinia psychologów Floty równiez podważała taką interpretację. Wynikało z niej, że mając coś do Michałowa Grzesiek raczej stłukłby go od ręki, i to robiąc tyle hałasu, że ściągnąłby ludzi z całego pokładu. Do cichej, zaplanowanej na zimno zemsty jego profil psychologiczny w ogóle nie pasował. Z tego wynikał zaś tylko jeden wniosek - coś przejmuje okresowo kontrolę nad jego ciałem. Każdy inny wniosek byłby pozbawiony sensu i nie pasowałby do logicznego ciągu skojarzeniowego.
- Ale czemu akurat Grzesiek? I czemu to coś działa tak głupio w gruncie rzeczy? - spytała Lilianna, gdy R'Cer podzielił się z nią swymi spostrzeżeniami.
- To właśnie powinniśmy odkryć. I myślę, że dobrze byłoby porozmawiać sobie z panem inżynierem.
- No to usiądźmy i porozmawiajmy.
Grzegorz Brzęczyszczykiewicz początkowo odmówił zeznań. Właściwie nawet nie tyle odmówił, co wygłosił dłuższy monolog, składający się ze słów powszechnie uznawanych za obraźliwe, z których niektóre miały pewnie nawet nieustaloną jeszcze pisownię. Kiedy wreszcie wyczerpał repertuar, kapitan, słuchająca go z wielkim zainteresowaniem, popatrzyła pytająco na niewzruszonego jak zawsze R'Cera.
- Jak pan myśli, to miało znaczyć "tak" czy "nie"? - zapytała.
- Myślę, że ten młody człowiek jest bardzo źle wychowany. - odpowiedział sztywno Wolkanin.
- To akurat nie ulega wątpliwości, ale to nie jego maniery są przedmiotem śledztwa.
R'Cer włączył zapis z kamer monitoringu, na których widać było Grześka, odwiedzającego miejsca, gdzie nie powinno go być, w czasie, kiedy, jak utrzymywał, spał w najlepsze. Grzesiek wytrzeszczył oczy na ekran, wymamrotał coś, czego kapitan wolała nie dosłyszeć, i głośno zadeklarował:
- To jakieś manipulo... ja nic takiego nie pamiętam!
R'Cer uniósł lekko brwi, bo w głosie inżyniera brzmiała absolutna szczerość i taka obraza, jakby ktoś zarzucił jego matce rozwiązłe życie, a jemu samemu nieprawe pochodzenie. Zastanowiwszy się chwilę zaproponował:
- Proszę pozwolić mi poznać pana myśli, poruczniku. W ten sposób rozstrzygniemy wszystkie wątpliwości.
- Co takiego?! - ryknął z oburzeniem Grzesiek.
- Poruczniku, proszę się poddać badaniu. To rozkaz. - powiedziała ostro kapitan.
- A ja taki rozkaz...- młody inżynier zerwał się z krzesła, tryskając gniewem. Jego oczy zapłonęły nagle na czerwono, jak karbunkuły. R'Cer poderwał się i chwycił go za nadgarstki akurat w chwili, gdy inżynier próbował złapać ciężki przycisk, leżący na stole. Nie do końca uświadomił sobie jednak, z czym ma doczynienia i odrobinę zlekceważył ludzkiego - a więc słabszego - przeciwnika. Grzesiek przyłożył mu kolanem, a potem z jadowitą precyzją uderzył wyprostowanymi palcami w szyję, trafiając nieomylnie w odpowiednie zakończenia nerwowe. Wolkanin zwiotczał i upadł. Kapitan Zakrzewska, zaskoczona takim rozwojem sytuacji, nie zdążyła sięgnąć po broń, gdy Grzesiek wypadł na korytarz i pomknął w jakimś sobie znanym kierunku.
Rozdział nr 66: ARESZTOWANY GRZEGORZ
Grzegorz Brzęczyszczykiewicz wrócił do swej kabiny wściekły bardziej, niż sam by oczekiwał.
- Właściwie - monologował po cichu - to co mi do tego, czy Tekla Podgumowany będzie miała dziecko czy nie? Anim ja jej brat ani swat. Niech ją cholera weźmie, i jej głupiego męża też. I tak interesuje mnie tylko Malwinka... Malwinka...
- Nie wydaje mi się, żebyś to mówił na serio - odezwał się w jego czaszce natrętny, cichy głos - Wzdychasz, jęczysz, a nic nie robisz, by ją zdobyć.
- Odczep się, Sytar. Co mam jeszcze zrobić? Związać ją i zamknąć w schowku na szczotki, póki się nie zgodzi ze mną chodzić?
- A to byłby nienajgorszy pomysł....
Grzesiek skrzywił się z niezadowoleniem. Jeśli już musiał nosić w sobie katrę Wolkanina, to mógł mu się trafić jakiś bardziej typowy, logiczny i spokojny egzemplarz, nie taki świrus jak Sytar. Pech niechrześcijański - nie dość, że musieli mu przeszczepić wolkańskie serce, to jeszcze z takim niepożądanym dodatkiem. Dobrze, że nikt na statku o tym nie wiedział, podobnie jak o jego przeszłości w Terra Prime. Kusiło go czasem, by przestać brać eucuprum, co zaowocowałoby w końcu odrzuceniem przeszczepu - mięsień serca, mimo że dostosowany w sztuczny sposób, ciągle wymagał zwiększonej podaży miedzi we krwi. Jeśli go coś powstrzymywało, to świadomość, że w ten sposób nie pozbędzie się problemu. Cholerna katra Sytara tkwiła w jego umyśle, w jego mózgu, a nie w kawałku przeszczepionego mu ścierwa. Tkwiła, miała się świetnie i ani myślała porzucać zacisznego kącika.
Grzesiek rozebrał się, wziął długi prysznic i z ulgą zwalił się na łóżko. Ciągłe zmęczenie bardzo dawało mu się we znaki, nie umiał sobie z nim poradzić, a z pomocy lekarzy wolał nie korzystać. Oględnie mówiąc, nie budzili jego zaufania. Właśnie zaczął go morzyć pierwszy sen, już zwidywała mu się łąka, po której szedł pod rękę z Malwinką Kręcik, w górze śpiewały nurkujące myśliwce ( w pobliżu odbywał się pokaz lotniczy), a z daleka porykiwały tęsknie mechaniczne dojarki, gdy nagłe walenie do drzwi zerwało go na równe nogi.
- Kogo diabli niosą?! - ryknął wściekle. Przed drzwiami stał R'Cer w towarzystwie trzech chłopaków z ochrony.
- Grzegorz Brzęczyszczykiewicz? - spytał Wolkanin rzeczowo, jakby go widział po raz pierwszy w życiu.
- Nie, Janusz Palikot - odpowiedział mu inżynier, stukając się wymownie w czoło - Pogubił pan wolkańskie klepki, czy jak?
- Proszę się ubrać, idzie pan z nami. Jest pan aresztowany pod zarzutem dokonania zamachu na porucznika Karola Michałowa.- R'Cer jakby nie zauważył jawnej zaczepki. Grześkowi opadła szczęka.
- Co takiego? - spytał z niedowierzaniem - Że niby ja...? To jakiś żart? "Hahaha." zaśmiał się po francusku książę pan...
- Proszę nie stawiać oporu, bo zostanie pan niezwłocznie ogłuszony. - ciągnął R'Cer, jednostajnie jak robot, bez śladu emocji. Być moze właśnie dlatego Grzesiek nie wytrzymał i zamierzył się na niego. Wolkanin chwycił go za zaciśniętą pięść, bardzo przekonywująco wykręcił mu rękę do tyłu i pchnął na żołnierzy. Jeden z nich przechwycił sprawnie oburzonego więźnia.
- Pan z nami. - powiedział rozkazująco.
- Nieprawda! - zaprzeczył gwałtownie Grzesiek - Mówi się "Pan z wami" i to mógłby powiedzieć ojciec Maślak, a nie taki trep, jak nie wytykając palcem pańska osoba.
Żołnierz zgłupiał na moment, a wtedy inżynier odepchnął go i pomknął jak strzała korytarzem. Trudno powiedzieć, na co liczył, ale tak czy inaczej się przeliczył, bo R'Cer bez ociągania zrealizował swoją zapowiedź i ogłuszył go z fazera.
- Zabierzcie go do brygu. - nakazał żołnierzom i poszedł na mostek, gdzie kapitan Zakrzewska studiowała dostarczone jej przed tą akcją akta Grześka.
- Melduję, że podejrzany został aresztowany - powiedział R'Cer, stając przy fotelu kapitańskim i zakładając ręce za plecy.
- Uhm - mruknęła kapitan nieregulaminowo - Mamy podejrzanego, panie R'Cer, tylko że niewłaściwego.
- Przecież zapis z kamery...
- Wiem, że zapis z kamery. Tyle, że z akt Grześka wynika, iż nie może on umieć tego, co potrzebne do syntezy dwuramianu berylu. Oblał egzamin na fizykochemii, i to dwa razy, na inżynierię kosmiczną poszedł z musu.
- To co?
- To to, panie R'Cer, że do produkcji związków chemicznych, a w tym izotopów, ma dwie lewe ręce. To nie może być on.
Rozdział nr 65: KTO JEST TATĄ?
- Zabiję! Rozerwę na strzępy! - przeraźliwy wrzask postawił na nogi cały drugi pokład. Była druga w nocy. Spłoszeni załoganci, jak kto stał, wyskakiwali na korytarz, pytając, czy się pali, czy to atak Romulan, a może tylko zderzenie z meteorem. Wrzeszczał najwyraźniej Józek Podgumowany. Po dotarciu na miejsce można było zobaczyć, ze słuch człowieka nie mylił. Technik ział ogniem, zaś jego żona stała nieopodal, oparta o ścianę i, skrzyżowawszy ręce na piersi, obserwowała swego męża z niezmąconym spokojem. Po chwili dołączył się do niego ojciec Maślak, oburzony roznegliżowanym stanem większości załogantów.
- Sodoma i Gomora, do czego to podobne, zgorszenie takie...! - krzyczał, a jeszcze, gdy zobaczył ziewającego Grześka, przyokrytego tylko paddem, na którym czytał przed snem jakąś powieść, zupełnie się wściekł.
- Do jasnej cholery, czy ojciec chce, żebyśmy do snu układali się w ortalionowych płaszczach, biustonoszach na futrze i walonkach?! - ryknął wreszcie na niego zdenerwowany sternik Czerep.
- Walonki, walonki, pracziet moja maminka. Wsjo rawno ja je najdu. Na swidanija pajdu... - zaśpiewał niewinnie Osip Zajczik, który przed pójściem do łóżka nadużył nieco znakomitego wyrobu miejscowego zespołu bimbrowników (Jasiek Gąsienica, Jędrzej Karpiel i Jolanta Stern). Następnie wziął za ręce Anetkę Piekutek z działu kartografii i próbował zatańczyć z nią kozaka, ale dostał w ucho z iście warszawską uprzejmością.
- Tym razem nie ujdzie wam to na sucho! Ja dotąd za dobry byłem i w dupach się poprzewracało! Ja wam... ja was...! - darł się dalej Józek, nie zwracając na nic uwagi. Jego żona obserwowala go z zaciekawieniem widza w tanim kabarecie.
- Opanuj się, chłopie, o co chodzi? - mitygował go Grzesiek, jeden z najbliższych przyjaciół Podgumowanego, ale ten ciskał się dalej, aż wreszcie z wściekłością wyrzucił z siebie praprzyczynę całej awantury:
- Tekla jest w ciąży!
Ta wiadomość rzeczywiście była dość elektryzująca, jeśli wzięło się pod uwagę, że Józek był bezpłodny, o czym wszyscy wiedzieli. Oczy wszystkich zwróciły się na winowajczynię, która wzruszyła ramionami.
- Test mi wyszedł pozytywny. - powiedziała - Wczoraj wieczorem...
Nie dokończyła, bo Józek przyskoczył i machnął jej przed nosem zaciśniętą pięścią.
- Ma ona szczęście dzisiaj, że jest kobieta! - wrzasnął - Który to?!
Tekla rozłożyła ręce, potem rozejrzała się po korytarzu.
- Ten - oznajmiła, pokazując na chybił trafił palcem - Albo ten...
- No nie, ja na pewno nie! - zaprotestowała urażona Malwinka Kręcik, gdy oskarzycielski palec wskazał również i na nią.
- Kto to może być pewny, w tej dobie rozluźnienia obyczajów i obrazy boskiej. - wydeklamował ojciec Maślak, nie zastanawiając się nad tym, co mówi.
Józek Podgumowany nabrał tchu, a potem bluznął na cały korytarz:
- Ona nie wie, z kim jest w ciąży! Sama tego nie wie, słyszeliście?! Ladacznica, psiakrew! Ale ja tego nie daruję! Cały statek zbada DNA, ja dopilnuję! Ja tego łajzę znajdę choćby pod ziemią!
- Pod jaką ziemią? - chciał wiedzieć Jurgen, którego zwabiły krzyki i zamieszanie - Jesteśmy w przestrzeni kosmicznej.
Chłodne i wyważone słowa drugiego oficera nie wpłynęły jakoś na ochłodzenie atmosfery, która zaczęła się robić dość napięta i nieprzyjemna.
- Ja się nie dam badać - zadeklarował Grzesiek, przekładając padd z ręki do ręki - Niby z jakiej racji?
- Aha, więc to pewnie ty, skoro się boisz! - rzucił się do niego zdradzany mąż.
- Ja miałbym się bać, ty rogaczu jakiś?! Puknij się! Oczu bym chyba nie miał ani rozumu, gdybym latał za taką starą amebą.
- Tylko nie starą! - obraziła się śmiertelnie Tekla i zdzieliła Grześka na odlew. Nikt oprócz niej nie zauważył, że przez moment oczy inżyniera rozświetliły się na czerwono, gdy na jego twarzy ukazał sie grymas wściekłości. Grzesiek zrobił ruch, jakby chciał się na nią rzucić, ale Mścisław Czerep podstawił mu nogę i przy akompaniamencie oburzonego okrzyku:
- Kobietę będziesz bił, łobuzie?!
skoczył na niego z pięściami. Zakotłowało się jak na trubunach z najtańszymi miejscówkami podczas meczu piłkarskiego o mistrzostwo kraju. To dało hasło do ogólnej walki w myśl zasady: wszyscy przeciw wszystkim. Awantura wciągnęła nawet czcigodnego kapelana i tylko Tekla stała na środku, omijana przez wszystkich, zawodząc przenikliwie na wszelki wypadek:
- Nie ważcie się mnie tknąć! Ja jestem w ciąży!
- A ja w trampkach - odpowiedział jej wreszcie Kuba Żmijewski, który pojawił się na korytarzu z trikorderem medycznym w dłoni - Hej, wy, SPOKÓJ!!!
Skłóceni załoganci odruchowo znieruchomieli i spojrzeli na lekarza, zdziwieni, że ten śmie im przerywać dyskusję.
- I o co się tak bijecie? - spytał Kuba z jawnym politowaniem - Pani Podgumowany wcale nie jest w odmiennym stanie. Po prostu omyłkowo zamiast testu ciążowego wzięła z ambulatorium test na twardość wody.
Rozdział nr 64: SIBOK WŁĄCZA WIZJĘ
Sibok, mimo że niezbyt przestrzegający nauk Suraka, okazał się być zręczny w sztuce łączenia umysłów. Bez kłopotu dotarł do strefy podświadomości R'cera, ale tu utknął.
- Ależ skomplikowana plątanina. - mruknął po chwili.
- Coś źle? - spytała nerwowo T'Shan, przykładając bezwiednie dłoń do brzucha
- Źle? Raczej nie. Muszę się tylko w tym rozeznać. - odpowiedział Sibok krzepiąco. Jego młodziutka, przystojna twarz odrobinę pobladła. T'Shan, która znała go od dzieciństwa, dobrze wiedziała, że oznacza to duży wysiłek. Z jednej strony bała się o R'Cera, który był ojcem jej dziecka, z drugiej o dawnego podopiecznego, którego bardzo lubiła. Wciąż nie umiała wyzbyć się lęku przed mind meld.
Jej obserwacja została przerwana przez profesora Trekowskiego, który wpadł do ambulatorium, klnąc niczym murarz w sobotę po wypłacie i ściskając lewą ręką prawą, z której lała się krew. Za nim biegł Jędrek Karpiel, wołając:
- Uspokój się, Dinosławie, bo jeszcze bardziej sobie zaszkodzisz!
Profesor w nader kwiecistych słowach powiedział Karpielowi, gdzie może sobie wsadzić taką radę i zwrócił się do zdezorientowanej T'Shan;
- Potrzebuję pomocy, pani doktor.
- To widzę, ale co się stało? - T'Shan pospiesznie wyjęła z szuflady dermoregenerator.
- Gówno... to jest, nieważne.
- Walnął ręką w stół podczas dyskusji z Martynką i trafił w stos szalek - wyjasnił Karpiel - Poszły w drobny mak, a Dinek poharatał sobie rękę.
T'Shan z westchnieniem wzięła mikroskaner i pensetę, po czym zajęła się usuwaniem z pokaleczonej dłoni profesora odłamków szkła. Trekowski przez cały czas klął półgłosem, to wymyślając nieobecnej asystentce, to komentując ogólnie porządki na statku i baby, które wszędzie wtykają swój nos. Usunąwszy ostatni okruch szkła T'Shan na wszelki wypadek jeszcze raz przeskanowała rękę profesora, zdezynfekowała rany i zamknęła je dermoregeneratorem.
- Gotowe - rzekła - Następnym razem, gdy pokłóci się pan z asystentką, to proszę uważać, w co pan wali.
- Następnym razem to walnę ją w ten głupi łeb. - warknął Trekowski.
- Opanuj się, Dinosławie. - ofuknął go Karpiel w strachu, że te pogróżki usłyszy kapitan i zrobi piekło - Przecież dobrze wiesz, że nie miałeś racji. Takich doświadczeń nie wolno przeprowadzać przy uszkodzonym wyciągu.
- Akurat dużo ty tam o tym wiesz! Trzymaj nos w swojej chemii nieorganicznej, a do mojej organicznej go nie pchaj! - ryczał Trekowski - Jesteś zwykły smrodziarz, nie chemik! Nie masz pojęcia, nad jak doniosłymi rzeczami pracuję!
- Wielkie rzeczy, wszyscy to wiedzą! - odparował Jędrek - Usiłujesz stworzyć wirusa, który powodowałby stan upojenia alkoholowego przez rozkład cukru bezpośrednio we krwi. Myślisz tylko o tym, żeby się narąbać!
Dinosław Trekowski aż zapiał z oburzenia.
- Nieprawda! - wrzasnął - Ja pracuję dla dobra ludzkości!
- Znam wielu takich, co przyznaliby ci rację, bo sami chodzą na okrągło z zapeklowanym mózgiem, ale ja mam na ten temat swoje zdanie. Nie bądź taki ważny profesor, bo ci to w końcu zaszkodzi.
Trekowski rozejrzał się nerwowo, wyraźnie w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby rzucić w Jędrka, ale tu zaprotestowała T'Shan. wypraszając ich obu za drzwi, na korytarz, gdzie mogli kłócić się dalej. Potem chciała wrócić do gabinetu, w którym odbywało się mind-meld, ale okazało sie, ze nie jest już to konieczne. Obaj, R'Cer i Sibok, wyszli stamtąd, bladzi i wymęczeni, ale o własnych siłach.
- Czy... wszystko w porządku? - spytała T'Shan w napięciu. Sibok skinął głową, zbyt zmęczony, by wdawać się w szczegóły. Lekarka przeskanowała go pospiesznie, jednak oprócz pewnego odwodnienia i spadku poziomu elektrolitów nie było zmian. Następnie popatrzyła na komandora, który odwzajemnił się jej pozbawionym emocji, chłodnym spojrzeniem.
- Naprawdę doszedł pan do siebie? - spytała, siląc się na ton oficjalny.
R'Cer przytaknął z typowym wolkańskim spokojem.
- Potwierdzam - rzekł - Ślepota ustąpiła. Czy mogę już wrócić do pracy, pani doktor?
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- …
- następna ›
- ostatnia »























































