Pustkostan
Z dedykacją dla Marudy
Wstał powoli i przetarł oczy. Słońce było już wysoko na niebie i jego promienie wpadały bez przeszkód przez otwarte na oścież okno. Wstawał niechętnie. Kolejny dzień, taki sam jak wczorajszy. Kolejny tydzień, identyczny jak poprzedni. Następny bliźniaczy miesiąc i rok. Porażająca ładem i nudą powtarzalność i monotonia. Niczym kostka Rubika o wszystkich ścianach w jednym kolorze. Tysiąc wyborów, jeden wynik.
Poranna toaleta, śniadanie, ćwiczenia – robotyczna praca bez celu i sensu, tylko po to, żeby człowiek nie zamienił się w drzewo i nie zapuścił korzeni. Bez smaku i wyrazu.
Wyszedł na zewnątrz. Pogoda była idealna: dużo słońca, lekki wiaterek i żadnej chmury na niebie. Uśmiechnięta żółta kulka, marząca byś skwierczał na chodniku niczym jajecznica na patelni. Co za idiotyzm… Podszedł do niego jakiś pies. Pudel chyba. Skrzyżowanie szczura z gąbką do mycia naczyń. Nie zastanawiając się, kopnął zwierzaka i obserwował, jak ten kuli się i ucieka, skacząc dziko. Wokół ćwierkały ptaszki i bzyczały muchy. Sielanka.
Wędrował ulicami miasta. Mijał zabytkowe kamienice, pyszniące się nowiutkim towarem wystawy sklepowe i hostele o kiczowatych nazwach. Zresztą, niewiele się nimi przejmował, bo chodnik był dziurawy. I mokry. A przecież nie padało… Minął skrzyżowanie. Normalnie przejście przez ulice było by nie lada wyczynem, biorąc pod uwagę natężenie ruchu. Masy wypucowanej stali, mknące w cztery strony świata. Ale teraz nie było z tym problemu. W mieście nie było żadnych samochodów. Kierowców też nie było, podobnie jak pieszych.
W ogóle nikogo nie było.
Wszedł na pusty rynek miasta i usiadł przy fontannie, w otoczeniu kilku rzeźb. To były brzydkie rzeźby. Fontanna też była brzydka. Ale przynajmniej woda miło szumiała i czasem zraszała mu twarz. Kilkanaście gołębi zleciało się i przechadzało po bruku, obserwując go uważnie. Chwycił pustą butelkę i rzucił w skupisko ptaków, ale te, zamiast odlecieć, tylko uchyliły się przed plastykowym pociskiem. No tak, inteligentne zwierzęta. Wstał z ławki, podniósł butelkę i wrzucił do kosza. Nie powinno się śmiecić. Nawet jeśli wszystko jest sterylnie czyste i przypomina szpital. Nie ma nawet ptasiego gówna. Cudnie.
Odwrócił się na pięcie i obok fontanny dostrzegł dziewczynę. Niewysoka, krótkie czarne włosy, niebieskie oczy, ładna buzia i zwiewna, czarna sukienka na ramiączkach. I bose stopy. Spojrzała na niego wesoło.
- Cześć. – powiedziała – Gdzie idziesz?
- Nigdzie.
- Mogę iść z tobą?
Nie odpowiedział nic, ale dziewczyna widocznie wzięła to za zgodę. Razem z nim poszła do hipermarketu, drepcząc na tych swoich bosych stopach i pogwizdując z rzadka.
W środku chodził między regałami, szukając to chleba, to jakiegoś mięsa. Wziąwszy już wszystko, chwycił siatkę, wpakował tam zakupy i przeszedł koło kas. Będąc już przy wyjściu, usłyszał dziewczynę:
- Halo, jest ktoś przy kasach? – krzyczała, rozglądając się na boki. – Ktoś to policzy?
W ręku trzymała duży słoik kremu czekoladowego.
- Tu nikogo nie ma. Poza tym, nie masz pieniędzy…
Dziewczyna spojrzała na niego, a potem na słoik kremu. Ostrożnie przeszła obok kas i dołączyła do niego. Otworzyła słój i zaczęła jeść.
W domu przygotował sobie obiad. Nic specjalnego – rosół z proszku, kulki ziemniaczane i jakieś mięso. Do popicia sok pomarańczowy. Standard. Dziewczyna nie jadła, choć zastawa była przygotowana. Nie dla niej. Po prostu zawsze przygotowywał dwie zastawy, nie wiedział w sumie dlaczego. Po prostu i już.
Wpatrywała się w niego swoimi niebieskimi oczami, od czasu do czasu zerkając na swoją sukienkę, upaplaną czekoladą. Ale nie było w niej nic interesującego. W sukience, znaczy się. Wstała od stołu i podeszła do regału. Masa książek wszelkiego rodzaju – grubych, cienkich, starych, nowych… i wszystkie pokryte grubą warstwą kurzu. Wszystkie jednego autora.
- Przeczytałeś je?
- Napisałem je.
Spojrzała w bok, na niewielkich rozmiarów porcelanową figurkę samuraja. Miała ubitą główkę, przyklejoną do reszty słabym klejem. Dziewczyna dotknęła jej i kawałek porcelany spadł z cichym brzękiem. Po chwili zaś wszędzie – na ścianach, podłodze, regale z książkami i suficie – pojawiły się cieniutkie pajęczyny pęknięć, które z każdą sekundą stawały się coraz większe i większe, aż w końcu wszystko strzaskało się i pękło niczym rozbita szyba. Pozostał tylko on, stół, dziewczyna i wszechogarniająca pustka.
- Co tam jest? – zapytała, wskazując północ.
- Nic tam nie ma.
- A tam? – wskazała południe.
- Tak samo.
- Tam coś jest? – odwróciła się na zachód.
- Nie ma nic.
- Tam też nic? – spojrzała na wschód.
- Też nic.
Usiadła przy stole i oparła głowę na rekach.
- A czemu tutaj jest tak pusto i nie ma ludzi?
- Bo nie potrzebuję, by był tu ktokolwiek. – powiedział, połknąwszy ostatni kawałek schabowego. – A może to mnie nikt nie potrzebuje? Kogoś, kogo zawsze lekceważą i uważają, że do niczego się nie nadaje. Kto nie potrafi cieszyć się swymi upodobaniami i nie czuje spełnienia w swoich pasjach. Kto nie może znaleźć w sobie nawet odrobiny determinacji i ambicji, by zmienić cokolwiek. Nie satysfakcjonują mnie moje dzieła, nie widzę sensu w komunikacji. Po co mi ludzie?
Dziewczyna spojrzała na niego u położyła głowę na talerzu, uśmiechając się.
- Skoro nikt cię nie potrzebuje i nikt tu nie zagląda, czemu zawsze nakrywasz do obiadu dla dwóch osób?





















































Dziękuję (: Sadu lubi. I
Sadyceuszka, nie., 30/05/2010 - 22:51Dziękuję (:
Sadu lubi. I swoje zdanie na temat tego tekstu wygłosiła już kilkakrotnie.
Hmmm... ciekawe. Skłania do
Lorelay, pon., 31/05/2010 - 10:43Hmmm... ciekawe. Skłania do refleksji. W sumie tekst nie jest chyba wcale dobry, ale trafił na odpowiedniego odbiorcę. Do mnie trafia. Z powodów osobistych jest mi całkiem bliski. I chyba dlatego mi się podoba.
Odnoszę tylko nieodparte wrażenie, że gdzieś już czytałam coś bardzo podobnego. Nie mogę sobie tylko przypomnieć gdzie.
Wiem, że nie jest dobre.
Vivaldi, pon., 31/05/2010 - 21:09Wiem, że nie jest dobre. Dlatego nie poszedł ten tekst na kuźnię, gdzie był tworzony i gdzie miał trafić :>
No fakt, na kuźni nie miałby
Lorelay, pon., 31/05/2010 - 23:16No fakt, na kuźni nie miałby raczej racji bytu. Jest poprawny, ale pomysł nie powala.