V for Vendetta (Alan Moore & David Lloyd)
Na komiksy można utyskiwać długo i soczyście. Ganić ich eskapistyczność i oderwanie od rzeczywistości, narzekać na infantylność i trywializację, psioczyć na przerost formy nad treścią. Czasem jednak zdarzają się tytuły, wobec których jedynym możliwym zachowaniem jest upaść na kolana i walić łbem o ziemię w pokłonach. Jednym z takich komiksów jest niewątpliwie V for Vendetta.
Wobec klasycznego już dzieła Alana Moore’a i Davida Lloyda nie sposób przejść obojętnie. V for vendetta przekracza granice zwykłego komiku, zwykłej powieści graficznej, uporządkowanej, jasnej, niepozostawiającej niedopowiedzeń. Tytuł jest zaskakującym wręcz połączeniem dwóch wykluczających się stanów: skończoności dzieła i jego niemożliwego do uchwycenia trwania. Historia jawi się jako wyrwana z toczącego się strumienia życia, pędu historii, bez jasno wyznaczonego początku i definitywnego zakończenia, a jednocześnie w sposób kategoryczny opowiada pewną fabułę. Fabułę z pozoru prostą i przewidywalną, z drugiej strony zaś, akcja kluczy między licznymi meandrami, zagłębiając się w gąszcz kolejnych postaci, wątków i motywów, tworzących labirynt o kryptonimie V. Labirynt, którego nie sposób do końca poznać, określić, zdefiniować. Komiks jest niczym puzzle – każdy z nas otrzymuje te same klocki, tę samą formę i pewne miejsca niedookreślone. Od czytelnika zależy, który detal wypełni, a który pozostanie tylko sferą domysłów, mglistych rozmyślań. Historia, niezwykle skomplikowana, pełna śmiałych wolt, retrospekcji i subiektywizacji punktu widzenia, nigdy nie odkrywa wszystkiego do końca. Zawsze jest coś, co pozostaje w cieniu, w sferze niedopowiedzenia.
Być może właśnie to sprawia, że komiks jest tak gęsty pod względem fabularnym. Zdecydowanie odcina się od prostego schematu: wstęp – rozwinięcie - zakończenie; wychodzi ponad to, wznosząc się na wyższy poziom opowiadania. Nie da się go w żaden sposób sprowadzić do jednego, głównego wątku, uniwersalnej interpretacji. Jeśli taka jest wola czytelnika, V for vendetta może stać się opowieścią o niezrównoważonym terroryście, igrającym z ludźmi. Dla innych będzie ponurym obrazem totalitaryzmu w swojej najbardziej odrażającej i odpychającej postaci. V for vendetta to opowieść o mechanizmach władzy, opowieść o ludziach zdruzgotanych, gnuśnych i bezwolnych, nie potrafiących dostrzec własnych więzów; to historia idei, krwawej i brutalnej, w pewien jednak sposób wciąż czystej; dramat ludzi, wciągniętych w wir historycznych wydarzeń i trybów wielkiej machiny władzy; rzecz o winie i karze, o zbrodniach i zemście, o niemożliwym do odsunięcia przeznaczeniu; wreszcie historia samopoznania, odkrycia siebie, odsunięcia zasłony, która blokowała dotąd dostęp do prawdy, samoświadomości, której osiągnięcie okupione jest krwią, łzami i strachem. Pośrodku tego wszystkiego zaś stoi V, niczym demoniczny Mefistofeles pogrążający Anglie w anarchii, a przez to – prowadzący do jej całkowitego oczyszczenia.
Jednocześnie to skomplikowanie, ta labiryntowość, jest głównym problemem komiksu: aby w pełni go poznać, zrozumieć, docenić, należy się w niego wgryźć, studiując kolejne kadry i wątki. W porównaniu do Watchmen gdzie historia wręcz płynęła, może jawić się to jako wada, jednak rezultat z pewnością wynagrodzi trud.
Co więcej, znakomitemu scenariuszowi Alana Moore’a towarzyszą również bardzo dobre rysunki Davida Lloyda. Z początku trudno było mi przyzwyczaić się do jego dość staromodnej kreski, przypominającej prace z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, silnego cieniowania i kolorów, z czasem jednak doszedłem do wniosku, że świetnie oddają one nastrój historii: jej smutek, dramatyzm, niepewność. Niekiedy niezwykle szczegółowe, innym razem bardzo uproszczone, zachwycają wysmakowaniem i stylem, podobnie jak wiele interesujących przejść graficznych, obrazowych skojarzeń i nawiązań. Doprawdy niesamowite, ile udało się wycisnąć z tego staroświeckiego stylu rysunku i ograniczonej palety barw, w większości przyduszonych, oscylujących wokół brązów, szarości i żółci.
Wypada tylko żałować, że tak interesujące i skomplikowane dzieło, jakim jest V for vendetta doczekało się tylko jednego, nie wznawianego, wydania. Z pewnością znalazłoby się wielu ludzi, którzy z chęcią sięgnęliby po tytuł, a którzy postawieni są wobec diabelskiej alternatywy: wydania ciężkich pieniędzy na zakup u kolekcjonerów, lub obcowanie z komiksem w oryginalnym języku, co dla mniej wprawnych językowców może skutecznie utrudnić recepcję komiksu. A szkoda byłoby uronić z niego choćby jeden kadr. Bez wątpienia można go uznać za arcydzieło.

Tytuł: V for Vendetta: New Edition
Wydawnictwo: DC Comic/Vertigo
Wydanie polskie: Post
Autor: Alan Moore & David Lloyd
Język: Angielski
Rok wydania: 2009
Ilość stron: 296
Oprawa: Miękka






















































Odpowiedzi
Nie za bardzo filozoficzna ta
Nie za bardzo filozoficzna ta recenzja? Stary, mogłeś wrzucić choć wzmianke o gościu w masce Guy'a Fawkes'a (V) i młodej Evey, bo czytając miałem wrażenie jakbyś napisał o komiksie wszystko a nic zarazem.