Mistrz Tolkien i czarno-biały film
Zachwytom
i pieśnią pochwalnym na cześć twórczości legendarnego
J.R.R. Tolkiena końca nie było i nie ma. Zjawisko to nasiliło się
zwłaszcza po hollywoodziej produkcji na podstawie trylogii wyżej
wymienionego. Tak już świat nasz jest skonstuowany – prawdziwym
wieszczem zostaje się po premierze ekranizacji, pod warunkiem, że
nie dobiorą się do naszego dzieła rodzimi twórcy, bo ci
wstydem potrafią okryć i najlepszego. Nie o tym jednak chciałam
napisać. Nie tym razem przynajmniej.
W
tym miejscu chcę się zająć zupełnie czymś innym, a mianowicie
barwami tegoż fenomenu. Owszem, dobrze widzicie – napisałam
„barwami”. Myślicie teraz pewnie ze zgrozą, że naczelną
grafomańską wiedźmę efantastyki do końca pochrzaniło. Ze
zgrozą, bo wydawało się wam, że bardziej już nie może. Ja mimo
wszystko jednak o tych barwach napiszę.
Sławny
ów literat, ponad to, że za swego życia popełnił sporo
dobrych utworów, o czym wszyscy wiemy, stworzył także
najbardziej chyba rozbudowany i dopracowany świat, w całej historii
fantastyki, o czym również wszyscy wiemy. Słuszności
zachwytu nad owym światem zaprzeczać nie śmiem, jak również
nie ośmielę się ujmować mistrzowi Tolkienowi zasług.
Zastanawia
mnie natomiast jedno. Czy Śródziemie budzi tak silne emocje i
tak bardzo ujmuje, tylko dzięki jego perfekcyjnemu niemal
dopracowaniu? Czy całą rzeszę fanów (celowo używam tego
właśnie słowa) naprawdę najbardziej pociąga to, że można
nauczyć się języka elfickiego, tak jakby naprawdę takowy istniał
lub to, że każdy milimetr mapy zdaje się mieć swoją nazwę? W to
akurat, nie licząc chlubnych przypadków prawdziwych fanatyków
(nota bene jest to chyba jedyna kwestia, w której szanuję
fanatyzm), śmiem szczerze wątpić.
Co
więc jest takiego w tolkienowskim świecie, że przyciąga i
fascynuje?
Wyjdzmy
może od tego, co tak naprawdę nas ekscytuje. Wobec czego nie
potrafimy przejść obojętnie?
Odpowiedz,
jaka mi się nasuwa to... utopia. Czy przypadkiem nie „lepsze
światy” sprawiają, że chcemy o nich czytać, że chcemy w nie
wierzyć? Oczywiście, nikt z niewielu z nas przyzna się do tego
otwarcie. Jakże to tak! My, inteligentni ludzie, realiści et
cetera, et cetera. My mielibyśmy lecieć jak w dym za jakąś
sielanką?
Po
co więc tworzymy wciąż nowe baśnie i mity? W jakim celu płodzimy
piękne legendy i wzniosłe eposy? Na jaką w końcu cholerę są nam
wszystkie Nieba, Pola Elizejskie i inne Walhalle, skoro my ludzie
myślący, my realiści, nie potrzebujemy do szczęścia urojonej
wewnątrz jakże otwartych umysłów sielanki? Świadomie czy
też podświadomie człowiek dąży do ideału.
Pragniemy
świata, w którym biel jest nieskazitelnie biała, a czerń
nieskończenie mroczno- czarna, świata w którym jasno
nakreślone jest dobro i zło, w którym nie ma niedomówień,
wątliwości i względności. Jesteśmy leniwi, chcemy, by to świat
dostosował się do naszych możliwości rozumowania i chęci
ruszenia głową i sercem – nie odwrotnie, dlatego idealnymi
realiami są dla nas takie w których gołym okiem widać, że
coś jest albo dobre, albo złe, a pomiędzy nie ma nic, co by nie
musieć zanadto kombinować. Przy tym nie można zapomnieć o jakże
istotnym faktem, że zło musi być uosobione. Jak bowiem walczyć z
czymś co nie ma twarzy i imienia?
To
właśnie daje nam Śródziemie. Nie jest ono sielanką i
utopią w zwyczajowym tego słowa znaczeniu, czyli światem
dokumentnie pozbawionym zła. Niewątpliwie jest jednak światem
łatwiejszym i prostszym, z jasno określonym tym co „be” a tym
co „cacy”, bez miejsca na dywagacje i dylematy moralne. W takim
śródziemiu człowiek nie musi się zastanawiać nad tym, czy
elf jest dobry, a ork zły, nad tym, czy władcę ciemności da się
nawrócić i czy sławne bitwy są sprawiedliwe. Nie musi, gdyż
wszystko to jest więcej niż oczywiste. Tak jak oczywiste jest, że
w czarno-białym filmie nie uświadczysz czerwonego kapelusza i
fioletowego taboretu. Takiego świata właśnie potrzebujemy my –
ludzie myślący.




















































True, true... Ciekawe
tess, pon., 13/07/2009 - 01:17True, true...
Ciekawe spostrzeżenia :)
--
bezczelna i ruda