"Co autor miał na myśli?" czyli prawo wolnej interpretacji
„Co autor miał na myśli?”
Odwieczne pytanie pań polonistek w
polskich liceach, prędzej czy później udziela się każdemu
namiętnemu komentatorowi literatury.
Chciałoby się napisać artykuł na
stronę internetową na temat niedawno przeczytanej książki,
ulubionego pisarza i jego dzieł. Cóż w tym trudnego? Papier
jest cierpliwy, a sieć jeszcze cierpliwsza. Tylko... od czego by tu
zacząć?
I tu zaczynają się schody.
Potencjalny autor myśli, kombinuje, dywaguje, wysila się, aż z
uszu bucha gęsta para. Nareszcie wymyślił! A raczej przypomniało
mu się to właśnie pytanie zadawane notorycznie przez natrętną
panią nauczycielkę, brutalnie przerywające owemu namiętne
bazgranie po zeszycie czy też grę w kółko i krzyżyk z
kumplem z ławki. Delikwent skacze z radości niemal pod sam sufit,
bo oto wpadł na genialny pomysł. Już on pokaże na co go stać.
Ależ teraz zabłyśnie. Oczyma wyobraźni widzi już te setki, ba,
tysiące czytań w statystykach, te pozytywne komentarze, peany na
jego cześć, bo oto przecież wykombinował właśnie taaaaki temat.
Jeśli tylko się postara, co rzecz jasna z jego wrodzonym talentem
na pewno trudno mu nie przyjdzie, będzie z tego dzieło niewątpliwie
odkrywcze. Wystarczy teraz tylko przeczytać wybraną pozycję raz
jeszcze, i drugi, i trzeci, przestudiować biografię pisarza,
wgłębić się w realia epoki, w jakiej żył i tworzył, a wnioski
z całą pewnością nasuną się same. Od razu wiadomo będzie, czy
interpretowana książka jest alegorią ówczesnej sytuacji
politycznej, wynikiem zainteresowania nieszczęsnego pisarzyny
mitologią Celtów irlandzkich lub filozofią Nitschego, czy
może parafrazą Biblii. W swej niezmiernej błyskotliwości od razu
odkryje przecież, gdzie tu przysłowiowy pies leży pogrzebany.
W porządku. Tylko po co? Nie prościej
byłoby zapytać samego autora? Oczywiście, jeśli ów chodzi
jeszcze po ziemi, bo w innym przypadku, sądzę, że nie warto
wywoływać go z miejsca wiecznego spoczynku, tylko po to, by
zaspokoić ciekawość internetowego komentatora. W takim wypadku
moja rada jest jedna. Brzmi ona następująco: przeczytać dany tekst
raz a uważnie, a potem... zastanowić się, jak odbiera go on sam –
zwykły czytelnik, miast odmawiać sobie, nie wiedzieć po co, prawa
do powszechnej wolności interpretacji.




















































Bardzo ładnie ujęte :D
tess, wt., 03/02/2009 - 23:24Bardzo ładnie ujęte :D
W zasadzie nic dodać, nic ująć... ale chciałabym wspomnieć o drugiej stronie medalu. Nadinterpretacji.
Zetknęłam się z wypadkami, gdzie ktoś doszukiwał się pochwały Ojczyzny w twórczości Gombrowicza, każdą prośbę o argument odpierając: "Każdy ma prawo interpretować na swój sposób!" (i nieważne, co o tym myśli autor - powinien dodać w domyśle). Pamiętam też, kiedy pokazałam komuś mój tekst, w którym występowało trzech bohaterów, czytelnik upierał się, że bohaterów jest dwóch, a ja chwilami popełniłam błędy w narracji - sugerujące, że jest ich trzech. Na moją uwagę, że bohaterów jest trzech, a błędów w narracji nie popełniłam, zbulwersował się, że przecież jego prawo interpretować, że jest ich dwóch. Jak spytałam, czy czytając "W pustyni i w puszczy" sądzi, że Staś i Nel to jedna osoba, a Sienkiewicz popełnia błędy w narracji, nie odpowiedział. Jasne, że jego prawo odbierać tekst jak mu się żywnie podoba. Ale gdzie tu sens, gdzie logika?
Cóż... powiedzmy, że
Vrolok, czw., 08/10/2009 - 19:34Cóż... powiedzmy, że nadinterpretacja to zupełnie inna strona. Zdarza się nader często (a już zwłaszcza historykom i krytykom sztuki - w końcu obrazy najczęściej są znacznie mniej dosłowne, niż teksty literackie i można pod nie podczepiać dosłownie wszystko jeśli to komuś pasuje), ale... hmm...
Jest po prostu irytująca. Natomiast uważam, że nigdy nie należy się zastanawiać, co autor miał na myśli, bo tego tak naprawdę nigdy nie można wiedzieć. Chyba, że zapyta się samego autora, ale to - uważam - jest bez sensu. Należy interpretować po swojemu... z zachowaniem jakiegoś tam zdrowego rozsądku. :D
Hmmm... Chyba nie wzięłam
Lorelay (niezweryfikowany), wt., 03/02/2009 - 23:36Hmmm... Chyba nie wzięłam pod uwagę faktu, że da się aż tak nadinterpretować :P
"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"
Zgadzam się! :D ...dlatego
Vrolok, czw., 08/10/2009 - 19:30Zgadzam się! :D
...dlatego raczej się na lekcjach nie udzielałam. Chyba, że bezpośrednio zapytana. Zresztą, po ukończeniu przeze mnie szkoły, moja polonistka oświadczyła, że zawsze lubiła mnie widzieć na swoich lekcjach, bo niby rzadko dawałam znak życia (poza stłumionym chichotem z żartu kumpla z ławki), ale jeśli już, to zawsze moja uwaga była celna i zamykała dyskusję. ;P
Nie wiem, czy to prawda, nie pamiętam, ale w każdym razie jestem dumna, że ona mnie tak zapamiętała. :D
I nienawidziłam pytania "co autor miał na myśli", bo tego przecież nikt nigdy nie może wiedzieć. Więc zawsze opowiadałam moje własne przemyślenia. Najczęściej jednym - dwoma zdaniami. Albo jednym słowem. ;P