Moja fantastyka
Moja fantastyka
"Co ja robię tu..." - chciałoby się zanucić. Dlaczegóż to? Ano dlatego, że przez długie lata zapierałam się wszystkimi kończynami (a zapewne i zębami) przed jakimiś związkami z fantasy. Nie, żebym uważała, że ten gatunek jest gorszy od innych - po prostu twierdziłam, że jest nie dla mnie. Mogłam coś przeczytać, ale zakładałam, że to, że mi takowa lektura odpowiada, to raczej wyjątek od reguły. Kiedy pisałam, też wystrzegałam się fantastyki - no, chyba że ktoś mnie poprosił. Wtedy mogłam coś skrobnąć, ale bez większej przyjemności. Kiedy ponad dwa lata temu zostałam moderatorem na serwisie literackim i spadło na mnie poprawianie działów fantasy i horror, tylko ugruntowałam się w swojej opinii. Przeczytałam wtedy tyle niewybijających się niczym opowieści o elfach, że do dziś mi się to czkawką odbija.
I pewnie zostałabym na tym etapie, gdyby nie... związek. Konkretniej z adminem rzeczonej strony. Bo ciężko tak być dziewczyną admina rodzącego się portalu, lubić pisać i nie pomóc. W prezencie dla lubego postanowiłam pisywać tutaj, jednocześnie namawiając zafascynowanych tematyką znajomych, by przyłączyli się do redakcji. Pierwsze mi wyszło, drugie już trochę mniej, aczkolwiek nie można powiedzieć, że bezowocnie. Pojawiło się wprawdzie mniej osób niż myślałam, że się pojawi, ale za to kawał roboty, jaki odwalili, zdumiał mnie. No ale wracając do meritum, bo nie o wychwalaniu ekipy ma być tu mowa...
Ja sama po prostu pisałam. A to recenzję, a to opowiadanko. Powrzucałam swoje stare teksty... i zobaczyłam, że coraz bardziej mnie to wciąga. Ale zaraz, to przecież fantasy! To nie moja pasja... Robię to dla kogoś, nie dla siebie, może i bawiąc się przy tym, ale to nie dla mnie. Nie na dłuższą metę. Z tak oto święcie ugruntowanym podejściem pisałam więcej i więcej. Mało tego - zaniedbałam niefantastyczne projekty, kosztem portalu. I jakoś... nie było mi szkoda.
W międzyczasie zaczął się rok akademicki, a ja dostałam w cztery litery, jak wszyscy na moim kierunku. Wolny czas nagle gdzieś zniknął, a mi zaczęło brakować... fantastyki właśnie. Któregoś dnia, kursując między barem mlecznym a ksero (bo okienka dla pierwszego roku są wręcz nieznośne - do mieszkania jechać nie warto, a co z sobą począć nie ma), zaczęłam układać w głowie, co właściwie łączy mnie z fantasy. I wnioski zaskoczyły nawet mnie samą.
Wychowałam się oczywiście na bajkach i baśniach - jak wiele dzieci (przynajmniej w wersji wyidealizowanej). Do tego doszły anime - może jako czterolatka nie zrozumiałam z przesłania "Generała Daimosa" niemal nic, ale widok zapłakanej dziewczyny o pięknych skrzydłach trwał we mnie nawet wtedy, gdy zapomniałam już tytułu tej serii. Także w innych serialach motywy fantastyczne się przejawiały, a jeśli nie - dopowiadałam je sobie sama.
Potem przyszła fascynacja horrorami - paradoksalnie podsycana przez to, że nie wolno mi było ich oglądać. Nie, nie łamałam zakazów. Po prostu znów zdałam się na moją wyobraźnię. Oglądałam każdą bajkę, w której pojawił się wampir czy mumia, po czym, leżąc w łóżku, dopowiadałam sobie straszniejsze historie. Jako siedmiolatka wymyśliłam opowieści, które mroziły później krew w żyłach niejednej nastolatce, a nawet dorosłemu. A dla mnie to było po prostu interesujące.
Potem przyszła szkoła i mitologie. Najpierw oczywiście grecka, potem egipska, nordycka... Szybko postawiłam sobie za cel prześcignąć wiedzę moich nauczycieli i nie okazało się to trudne. Godzinami mogłam snuć opowieści o dawnych bóstwach i legendach. Gdy dziadek przestrzegał mnie: "Parandowski może być dla ciebie zbyt trudny", ja już dawno potrafiłam recytować z niego całe ustępy, bo przeczytania tej książki raz było mi zbyt mało. Już w liceum trafiło mi się jakieś dobre miejsce na konkursie mitologicznym - widać nawet nauczyciele potrafili docenić wiedzę, która wydawała się wielu raczej zbędna.
Do wampirów i bóstw doszedł także inny element - magia. Miałam prorocze sny, wróżyłam z kart. Tarota nie odważyłam się tknąć i boję się go do dziś, ale cokolwiek o "widzących więcej" się dowiedziałam. W tym wiele na własnej skórze. Zgłębiałam chiromancję i numerologię, by stanąć choć o krok bliżej czegoś zakazanego, fascynującego i podobno - nieistniejącego. W to ostatnie nie wierzyłam. Twardo trzymając się danych, że mózg wykorzystuje tylko kilka procent swoich możliwości, upierałam się, że można o wiele więcej i nie musi być to magiczna sztuczka. Jestem o tym przekonana do dziś - jak chyba każdy, kto się z tym zetknął. I uśmiecham się na myśl, że mój Anioł Stróż ma rdzawe skrzydła.
Sama literatura też nie ominęła mnie całkowicie - jako dzieciak pochłonęłam trzy tomy "Harry'ego Pottera", po czym zaczęłam czekać na więcej. W mojej szafie do dziś wisi czarna szata rodem z Hogwartu, w dodatku wciąż na mnie dobra (niski wzrost ma jednak więcej zalet niż wad). W szkole z radością przerobiłam "Hobbita...", a na konkurs literacki jako lekturę wybrałam m.in. "Władcę Pierścieni". Zaczytywałam się też w balladach romantycznych czy w "Makbecie" - słowem, we wszystkim tym, co z magią, fantastyką lub mistyką coś wspólnego miało.
Nadszedł też czas, gdy dałam ujście mojej wampirycznej miłości - obejrzałam "Wywiad z wampirem". Zakochałam się oczywiście od pierwszego wejrzenia i do dziś uwielbiam ten film. Potem sięgnęłam po książki i do dziś skompletowałam już prawie wszystkie tomy "Kronik..." Rice (wliczając praktycznie niedostępną wówczas "Opowieść o złodzieju ciał"). Ponadto zaprzyjaźniłam się z miłośniczką aniołów, więc nieco później niż prędzej, ale zawsze, dostałam do rąk "Siewcę wiatru". Czy ktoś, kto czytał tę książkę, może pozostać obojętny na Daimona Freya?
Gdy uświadomiłam sobie to wszystko, dziwiło mnie już tylko to, jak mogłam nie zdawać sobie z tego sprawy. A że byłam trzy ulice od Empiku, pognałam po "Magazyn Fantastyczny", o którym zresztą przeczytałam w newsach u nas. Nie można powiedzieć, że przeczytałam tę pozycję - ja ją pochłonęłam. A pisząc te słowa zerkam na okładkę "Kłamcy" leżącego na moim biurku i już nie mam żadnych wątpliwości, że miłość do fantasy była mi pisana od zawsze. Po prostu późno ją zauważyłam. A że przy okazji była mi pisana miłość do miłośnika fantasy... no cóż, protestowała nie będę.
Może nawet książkę o nas napiszę? W klimatach fantasy, rzecz jasna!




















































Fascynacja fantastyką może
Gotan, pon., 29/12/2008 - 08:23Fascynacja fantastyką może się pojawić całkowicie niespodziewanie. U mnie było podobnie, nawet się nie zorientowałem, gdy zdałem sobie sprawę z faktu, iż uwielbiam to :)
I co?
Lorelay (niezweryfikowany), pon., 29/12/2008 - 10:07I co ma wspólnego przytoczony życiorys z brakiem zainteresowania fantastyką? :D :P
"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"
Może fakt...
tess, pon., 29/12/2008 - 12:00Może fakt, że uparcie tych faktów nie łączyłam w całość? ;p
Jarek
jarek, wt., 24/02/2009 - 23:29"Czy ktoś, kto czytał tę książkę, może pozostać obojętny na Daimona Freya?"
Ja :) Siewca mnie nie powalił i nie zadowolił mojej literackiej wyobraźni nawet jeśli miałbym porównywać ją do rodzimych perełek :)
A Wywiad jako książka była fajna i coś w sobie miała, szkoda że kolejne części już słabe :P
Co do fantastyki to ty miałaś jasne przesłanie :P U mnie wszystko się zaczęło się od gry planszowej czwórki, ale ta historia była by na prawdę zagmatwana :P
No ja osobiście też jakoś
Arvena, śr., 25/02/2009 - 00:09No ja osobiście też jakoś nie przekonałam się do Siewcy, za to uwielbiam Wywiad z Wampirem zarówno film, jak i książkę :)
De gustibus est non
Lorelay (niezweryfikowany), pt., 27/02/2009 - 00:32De gustibus est non disputandum.
"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"