Logowanie
Nowe wątki
- Rafineria 2012: 100% czystego Tornado - konwent postapo
- Pyrkon 2012
- Elyanne
- Klucz do fantastyki
- Czego baliście się w dzieciństwie?
- Filmy Fantasy
- Paranormal romance - dlaczego wszyscy najeżdżają?
- Fanfik - dobre to czy złe?
- Tydzień Wampirów
- [Wyrd] Uczta u Haralda Czerwonobrodego - dyskusje
- [Wyrd] Uczta u Haralda Czerwonobrodego - Kveldurf "Smokobójca"
- [Wyrd] Uczta u Haralda Czerwonobrodego - Yngvar
- [Wyrd] Uczta u Haralda Czerwonobrodego - Asbjorn
- Ragnarok PBF (www.ragnarok.wxv.pl)
- [Wyrd] Uczta u Haralda Czerwonobrodego
- Runy i Wyrd
- Copernicon 2011!
- Parodie
- Pierwszy rozdział mojej książki proszę o opinie.
- Falkon 2011 - bogowie przyjęli wyzwanie!
Obecnie dostępni są:



Lord Vetinari uniósł głowę znad wręczonej mu przed momentem ulotki, której grzbiet ozdabiała niezbyt wyszukana ilustracja rozłożystego drzewa. Brwi nad oczami zsunęły mu się w lekkim wyrazie zdziwienia, co było u niego dość rzadko spotykanym zjawiskiem.
- Chcesz zrobić co? – Typowo patrycjuszowski wzrok, rozbudzający w człowieku desperackie pragnienie ucieczki małego futrzanego zwierzątka, spoczął na petencie.
- Zorganizować kampanię na rzecz oczyszczenia Ankh, wasza miłość – rzekł uprzejmym tonem stojący w głębi gabinetu młody chłopak w zielonym, dziwnie liściastym płaszczu i z włosami przypominającymi fryzurę Meduzy, zaplecionymi w dziwaczne rurki.
- Oczyścić Ankh? – powtórzył w zadumie Vetinari. – Przypomnij mi jeszcze raz, chłopcze, kim jesteś?
- Nazywam się Vielrose, wasza lordowska mość, i należę do bractwa ekologicznego. Jestem przewodniczącym nowo otwartej filii w Ankh-Morpork. – Młodzieniec wypiął dumnie pierś i zadarł głowę.
- A ilu członków liczy ankhmorporska gałąź twojego bractwa?
- Na razie tylko mnie… - Sylwetka Vielrosa trochę oklapła – ale to bardzo perspektywiczna działalność. Będziemy określać różne limity i… i w przyszłości ludzie będą nam płacić za pozwolenie, żeby móc zanieczyszczać ziemię.
- Doprawdy? – Brew Vetinariego powędrowała do góry. – To faktycznie przyszłościowy biznes, ale tutaj może się nie przyjąć. Obywatele Ankh-Morpork posiadają nie wiedzieć czemu alergię na wydzieranie im pieniędzy… Stają się wówczas drażliwi i mają tendencję do obcinania różnych rzeczy. Zwykle zaczynają od góry, choć ci dowcipniejsi od dołu. Wierz mi na słowo, ciężko się chodzi bez stóp.
- Tu chodzi o ochronę przyrody! – obruszył się Vielrose. – Ankh jest tak zanieczyszczona, że można by po niej chodzić.
- Zdaje się, że niejedna osoba tak właśnie robi w okresie szczytu ulicznego.
- Ale tak dalej nie można. Brak szacunku dla przyrody obróci się wkrótce przeciwko nam. Kampania społeczna ma na celu rozbudzić odpowiedzialność mieszkańców Ankh-Morpork za przyrodę. Czy mogę liczyć na pomoc władz w tym przedsięwzięciu?
- Inicjatywa zacna, a wizja płacenia za możliwość zabrudzenia swojego podwórka piękna, obawiam się jednak, że miasto nie może uczestniczyć w czymś takim. Staramy się tu zachować minimum udziału z naszej strony i nie angażować w takie akcje. Trzy lata temu ktoś usiłował wyłudzić od nas pieniądze na… nie pamiętam dokładnie co to takiego było, ale miało coś wspólnego z borsukami…
- Ale…
- Wydaje mi się, że to chyba koniec naszej rozmowy. – Patrycjusz wsparł się łokciami o biurko i zasłonił usta dłońmi. Jego twarz nie wyrażała żadnego grymasu ale, o dziwo, była przez to bardziej wymowna niż niejedna demoniczna mina.
Zdegustowany, ale na tyle rozsądny, by dalej nie ciągnąć tej rozmowy, Vielrose okręcił się na pięcie i wyszedł z gabinetu.
Po krótkiej chwili zalegającej ciszy Vetinari sięgnął do wmontowanego w blat biurka dzwonka i wezwał swojego sekretarza.
- Bądź tak dobry i przyślij do mnie komendanta Vimesa – rozkazał i wrócił do przeglądania piętrzących się stosami dokumentów.
***
Vielrose miał naprawdę dobre chęci. To nic, że te stanowią zazwyczaj budulec do brukowania pewnych bardzo gorących i rzadko pożądanych miejsc.
Przewodniczący bractwa ekologicznego na obszar Ankh-Morpork zorganizował pikietę przy głównym moście łączącym oba brzegi miasta i przez cały tydzień próbował agitować ludzi. Przywitała go typowa ankhmorporska gościnność. Ludzie prości rechotali i klęli na niego tak że uszy więdły, ci mało wyrafinowani zaledwie szydzili, a subtelni podśmiechiwali się. Zielona, skorupiasta i galaretowata powłoka bulgocącej i smrodliwej rzeki był na nich tak oczywista jak… no, w każdym razie oczywista.
Po jakimś czasie Vilerose zobojętniał wszystkim, stając się elementem scenerii, krzykaczem w szeregu wielu innych, których i tak się nie słucha. To naturalna reakcja obronna w sytuacji, gdy prawie każdy, kto próbuje zagadać, chce Ci coś sprzedać: gąbkę, szczotkę, wóz, konia, zęby dla konia albo talizman odkupienia u Jedynie Słusznego Boga Oma.
Do Vielrose’a zgłaszali się teraz tylko ci, którym akurat zabrakło papieru w wychodku i chcieli kilka ulotek, a także pewien nieustępliwy natręt, usilnie chcący mu wcisnąć jakieś podejrzanie wyglądające paszteciki. Wieczorami regularnie mijał go i czasami zagadywał ktoś ze straży nocnej, prosząc o ogień albo ulotkę do wytarcia cieknącego nosa. Vielrose poznał kilku z nich z imienia: sierżant Colon, kapral Nobbs, bardzo miły sierżant Marchewa. Aha, któregoś dnia pojawił się jeszcze taki jeden kościsty facet w czarnym płaszczu, którego twarzy Vielrose za nic nie mógł sobie przypomnieć, niezależnie od tego, jak bardzo się starał. Nieznajomy wziął ulotkę, powiedział – DZIĘKUJĘ - i rozmył się pośród tłumu.
Po tym zupełnie zmarnowanym okresie młody aktywista postanowił samodzielnie zademonstrować zobojętniałym mieszkańcom1, jak można przyczynić się do poprawy wspólnego życia. Zakasał rękawy, za ostatnie pieniądze kupił kilka wiader, zestaw narzędzi oraz taczki, i tak wyekwipowany zszedł na nabrzeże.
Nowa atrakcja przyciągnęła uwagę sporej grupy ludzi, zawsze łasych na niecodzienne wydarzenia. Pomiędzy nimi znalazła się też para podejrzanych postaci w ciemnych płaszczach i głęboko narzuconych kapturach, które teraz, mimo że nie mogły widzieć swoich twarzy, spojrzały po sobie porozumiewawczo.
Vielrose zamachnął się i zagłębił łopatę w tafli rzeki. Brudna breja zassała szpachlę, porywając ją ze sobą, i gdyby nie to, że chłopak w ostatniej chwili puścił trzonek, on także wpadłby do wody. Szyderczy śmiech przetoczył się przez wały i bulwary, ale Vielrose nie zamierzał tak łatwo dać za wygraną. Tym razem ostrożniej, z wykorzystaniem mniejszej szpachelki, począł nakładać szlam do wiader. Kiedy już były zapełnione, ładował je na taczki i wywoził. Powtarzał tą operację w kółko, do znudzenia, aż zastała go noc.
Kończył właśnie załadunek kolejnego transportu, a zmęczony i zaaferowany pracą nie zauważył pary postaci skradających się pośród nocnych cieni. Nagle pierwsza z nich rzuciła się na niego, ogłuszyła ciosem jakiegoś tępego narzędzia, zarzuciła na głowę worek i obaliła na mulisty grunt. Na wpół otępiały Vielrose poczuł, jak go podnoszą, później rzucają na ziemię, coś krzyczą, coś się szamoczą, wreszcie znowu dźwigają do góry. Mijały minuty, może godziny. Gdzieś go nieśli…
- Ściągnijcie z niego ten worek, do cholery – zabrzmiał czyjś ostry głos. Polecenie wykonano i odzwyczajone oczy Vielrose’a podrażniła fala światła. Spod zmrużonych powiek dostrzegł sylwetkę w mundurze nocnej straży.
- Witaj chłopcze. Cieszę się, że do nas wpadłeś – przywitał się głos.
- Kim Pan jest?
- Nazywam się Vimes i jestem komendantem straży Ankh-Morpork. Moi ludzie właśnie przed chwilą udaremnili próbę zamachu na twoje życie. Co mi przypomina… Detrytus, co zrobiliście z tamtymi facetami?
- Zostawiłem ich sierżant Angui, sir. Powiedziała, że się nimi zajmie.
- Doskonale. A wracając do ciebie, chłopcze, to mam nadzieję, że dostałeś nauczkę. W tym mieście lepiej nie robić niczego na pokaz, bo jeszcze się okaże, że ktoś może patrzeć.
- Ale o co chodziło tym ludziom? Ja przecież nic złego nie zrobiłem. Chcę tylko pomóc.
- Musisz zrozumieć, że pomoc docenią tylko ci, którzy o nią proszą. – Vimes przeszedł za biurko, usiadł na fotelu i wystawił nogi na blat. – Możecie nas zostawić szeregowy Detrytus.
Zwalisty troll zasalutował i posłusznie opuścił pomieszczenie.
- Musisz zrozumieć… przypomnij mi swoje imię…
- Vielrose.
- …Vielrose, że Ankh to taki nasz mały skansen. Na dnie tej rzeki jest tyle betonowych butów wraz z właścicielami, że można by z tej kolekcji założyć mały butik. Ludzie mają obsesję, kiedy ktoś grzebie w miejscu, gdzie porzucili dowody, choćby szansa ich odnalezienia była znikoma.
- Do czego pan zmierza, komendancie Vimes?
- Do tego, abyś lepiej odpuścił sobie swoją piękną inicjatywę i potencjalne źródło dowodów zostawił nam, fachowcom. Albo inne typy, jak ta dzisiejsza para rzezimieszków, będą ci nieustawicznie uprzykrzać życie. Nie mówiąc już o mnie, jeśli zanadto mnie wkurzysz.
- Przyroda ma cierpieć, żeby ludzie mogli spokojnie pozałatwiać swoje sprawy? Nie można oczyścić rzeki, bo nikt sobie tego nie życzy i nikomu to nie na rękę?
- Jeśli tak stawiasz sprawę, to tak. Ale nie rób takiej smutnej miny. Patrycjusz, co u niego nietypowe, chyba cię polubił. Dlatego kazał nam cię pilnować i dlatego pewnie wynajdzie jakieś zajęcie, odpowiednie dla twoich zainteresowań. Tymczasem muszę cię przeprosić, ponieważ wzywają mnie sprawy służbowe. – Komendant sięgnął do biurka i pozornie stracił zainteresowanie Vielrosem.
Młody aktywista był już przy drzwiach, kiedy Vimes coś jeszcze sobie przypomniał.
- A wiesz, mieliśmy tu kiedyś w mieście taką przyrodniczą akcję. Nie pamiętam szczegółów… ale to miało coś wspólnego z borsukami.
- Wiem, słyszałem o tym – Vielrose niecierpliwie skinął głową i pospiesznie opuścił komendę.
Ta historia nauczyła go jak na razie jednej rzeczy. Łatwiej być aktywistą na rzecz przyrody jako druid w środku lasu niż tu, gdzie ludziom słowo zieleń kojarzy się chyba tylko z objawami rozstroju żołądka. Na szczęście lub nieszczęście, zależnie od punktu widzenia, Vielrose był zbyt uparty, aby zrezygnować ze swojego powołania tylko z powodu dzisiejszych przykrych wydarzeń…
1Kiedy człowiek codziennie walczy o to, by go nie obrabowano, napadnięto lub pobito, często kilka w ciągu tego samego dnia, można zobojętnieć na takie kwestie jak brudna rzeka.
"Musi być znacznie gorzej, zanim może być lepiej"
-

- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
- 386 odsłon

Terry Pratchett - Świat Dysku.
Nie inspirowałem się żadną konkretną książką, a jedynie realiami i postaciami. Mam nadzieję, że to podchodzi pod regulamin:)
"Musi być znacznie gorzej, zanim może być lepiej"
"Musi być znacznie gorzej, zanim może być lepiej"
Podchodzi :)
--
bezczelna i ruda
a tu w głowie pusto, a opowiadanie, cóż nuta inwencji jest, ale chyba nadal zbyt blisko oryginału:) 7/10
A moim zdaniem utrzymanie stylu się powiodło. Pratchett jest trudny do "sfanficowania", jego twórczość sama w sobie jest wielką parodią wszystkiego innego :P Właśnie ta nuta zgrabnego cynizmu i lekkiego absurdu wytwarza udany klimat.
Za styl i język - ogromny plus. Nie wiem czemu jednak, ta praca jakoś mnie nie porwała. Ciężko mi określić, co jest konkretnym tego powodem. Być może nie zaskoczyła mnie i rzeczywiście, jak mówi Mroczny - za mało oryginalności w tym jak na udany fanfic.
"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"
"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"