Miecz i kwiaty, tom I (Marcin Mortka)
Ziemia Święta jest święta tylko z nazwy...
Powieść Marcina Mortki „Miecz i kwiaty”, a właściwie jej pierwszy ( i jedyny dotąd wydany) tom, jest najlepszą książką z gatunku fantastyki historycznej, jaką miałam okazję do tej pory czytać. Mogę przyznać to z pełną świadomością i czystym sumieniem.
Z zapartym tchem bowiem śledziłam poczynania młodego krzyżowca - Gastona de Baideaux - w Ziemi Świętej, która świętą okazuje się tylko z nazwy.
„Powiadają: wbity w ziemię miecz krzyżowca aniołowie pokrywają różanym kwieciem”. Jak się jednak szybko okazuje, próżno szukać aniołów wśród rycerzy Chrystusa, a jedynym co kwitnie na ziemiach przez nich bronionych jest intryga.
Wizja historii ukazana na kartach powieści przytłacza twardym realizmem i czymś zgoła odmiennym, niż legendy o świętych, mężnych krzyżowcach, do jakich przywykli przeciętni zjadacze chleba. Co więcej, wątki fantastyczne, wplecione w tło wydarzeń i postaci historycznych, nie rażą naciąganą fikcją. Z własnych obserwacji wiem, jak trudno jest taki efekt osiągnąć. Autorowi zdecydowanie się to udało. Nieziemskie siły, kierujące rozgrywającą się akcją wydają się bowiem dokładnie tak samo prawdziwe, jak fakty historyczne, którym towarzyszą. Granica między prawdą a fikcją jest tu tak płynna i skonstruowana w tak naturalny sposób, że praktycznie nie zauważalna.
Sama akcja jest przy tym tak wartka i interesująca, że nie sposób przerwać czytania w połowie książki, tym nardziej zaś za jej połową.
Wielkim i bardzo pozytywnym zaskoczeniem był dla mnie język, jakim autor operuje nader sprawnie. Co niezwykle rzadko spotyka się w ogóle w powieści historycznej, nie utrudnia on czytania w najmniejszym stopniu, jednocześnie nie uchybiając w niczym wizerunkowi języka opisywanej epoki. Nie razi zarówno nienaturalnym, naciąganym i podrzędnym uwspółcześnieniem, jak i nie komplikuje życia przeciętnemu czytelnikowi, nie będącemu ekspertem w sprawach mowy średniowiecznej ludności. Mortce nie przytrafiło się więc to, co zdarza się wielu autorom tego gatunku, czyli „pisanie tylko dla pasjonatów”. Jego język jest bardzo naturalny i łatwo przyswajalny, pozbawiony przesadnej ilości natarczywych łacińskich wtrąceń czy archaizmów, które mogą po prostu zmęczyć i znużyć zwyczajnego odbiorcę.
Kolejnym wielkim atutem jest dystans świata przedstawionego. Nie ma w nim „tych dobrych” i „tych złych”, a punkt widzenia w istocie zależy od „punktu siedzenia”. Można odnaleźć nawet słowa jednego z bohaterów, mówiące o tym, że świat jest pełen odcieni szarości. Potwierdza to każde wydarzenie i osobowość każdej postaci z osobna. Dla mnie osobiście, nie ma nic gorszego, od książki emanującej przesadnym patosem, albo też przesadnym mrokiem. Tutaj tego nie znajduję, mimo, iż autor ukazuje zdecydowanie tę „ciemniejszą” stronę wypraw krzyżowych i jej uczestników. Przeczytałam natomiast zarówno o okrucieństwie, zemście, powszechnej deprawacji rycerstwa, obłudzie ukrytej pod przykrywką wiary, zdradzie, intrygach, fałszu pięknych i szlachetnych niewiast czy zwyczajnym ludzkim materializmie, jak i o pięknej przyjaźni, poświęceniu, męstwie i mądrości życiowej. Bohaterowie opowieści, jak zwykli, normalni ludzie, mają swoje wady i zalety.
Nade wszystko odnajduję jednak w „Mieczu i Kwiatach” historię o dojrzewaniu, poszukiwaniu własnych wartości i nauce życia, która potrafi być bardzo bolesna.
Główny bohater, młody Gaston, który przybywa do Ziemi Świętej dręczony wyrzutami sumienia (i czymś jeszcze, czego tutaj nie zdradzę), z ambitnym planem wsławienia się jako „rycerz bez skazy”, także zdumiewa mnie i mile zaskakuje. Z początku sądziłam, że będzie to bohater jak wielu jemu podobnych, mdły i głupi aż do bólu. Okazuje się, że mimo całej swojej naiwności i niezrozumieniu realiów rządzących życiem, pomimo wszystkich tak kłamliwych, jak wzniosłych opowieści, którymi karmił go w drodze ksiądz Adalbert, mimo młodzieńczej durnej zapalczywości i braku realizmu, pomimo mrzonek, którymi żyje – Gaston naprawdę da się lubić. On także nie jest bowiem jednolity. Wszystkie wymienione wcześniej cechy równoważy jego cięty języczek (który swoją drogą podczas czytania stał się jednym z głównych przedmiotów mojego uwielbienia) oraz sposób, w jaki zostały opisane jego postępowanie, motywy, myśli i emocje. Z ogromną korzyścią dla bohatera, został on obdarty z nadmiernego natężeniach idealistycznych i fircykowatych cech. Sprawia wrażenie po prostu zupełnie nienormalnego, wrażliwego młodego człowieka, niedojrzałego, nie znającego tej gorszej strony życia i ludzkiej natury, wierzącego jeszcze we wzniosłe ideały. Jest jednak przy tym owianym jakąś delikatną aurą mrocznej tajemniczości
samotnikiem, do pewnego stopnia socjopatą, momentami złośliwym, gorzkim w obejściu, nie stroniącym od ironii, w dodatku wbrew pozorom... egoistą.
Na uwagę zasługuje także wizerunek Diabła. Piękna powierzchowność, głęboki, aksamitny głos, subtelność w słowach, gestach i ogólnym wrażeniu, a jednocześnie zimne okrucieństwo, bezwzględność i obojętność. Jeżeli miałabym uwierzyć w jakiekolwiek uosobienie zła, prezentowałoby się ono dokładnie tak, jak u Mortki. Taki Diabeł z pewnością jest w stanie uwieść na pokuszenie, jakkolwiek by to sformułowanie rozumieć.
Na koniec powiedzieć mogę tylko, że z niecierpliwością czekam na kolejny tom z dwóch przyczyn. Pierwszą jest fakt, że nie mogę doczekać się przeżycia kolejnych przygód wraz z o wiele dojrzalszym już i mądrzejszym Gastonem w Ziemi Świętej tylko z nazwy. Druga zaś leży w tym, że pomimo uważnego przeczytania całego tomu pierwszego, nadal nie mam pojęcia, na czym polega główna intryga, co oznacza, że musi być ona świetnie przemyślana i niebanalna.
autor: Marcin Mortka
tytuł: Miecz i kwiaty, tom 1
wydawnictwo: Fabryka Słów
miejsce wydania: Lublin
data wydania: 2008
grafika i projekt okładki: Daniel Rudnicki



















































...
Firewarrior, pt., 06/02/2009 - 12:00Mortki już czytałam jedną książkę (o Wikingach, tytułu nie pamiętam) i była świetna :D
On wcześniej pisał chyba
Lorelay (niezweryfikowany), pt., 06/02/2009 - 13:22On wcześniej pisał chyba wyłącznie o Wikingach :P A, że pisał o nich świetnie - masz rację. A jakby ktoś chciał to recenzowaną pozycję mam na sprzedaż :P i "Ragnarok 1940 tom II" (czyli jedną z tych o Wikingach)- też.
"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"