Wylęgarnia. Śmierć zrodzona w Pradze (Miroslav Žamboch)
Miroslav Žamboch to czeski pisarz chyba najlepiej znany w polskim fandomie, co zdają się potwierdzać liczni fani i kilkanaście przetłumaczonych książek. Wśród nowszych z nich jest „Wylęgarnia. Śmierć zrodzona w Pradze”, czyli opowieść o Marice Zahaňskiej, pracującej jako asystentka na uczelni i wiodącej raczej nudne życie. Oczywiście do czasu.
Marika, jak przystało na osobę, która znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, wplątuje się w niezbyt przyjemną aferę z czesko-ruską mafią w roli głównej. Niestety, jest to wada tej postaci – jej przemiana w kobietę-Bonda następuje zdecydowanie za szybko. Z jednej strony okoliczności nie dają Zahaňskiej czasu do namysłu czy wprawienia się i można przypuszczać, że w równie ekstremalnej sytuacji takie przystosowanie się byłoby wykonalne, z drugiej – trudno pozbyć się wrażenia przesady. Uważam, że Žamboch zrobiłby lepiej, przedstawiając czytelnikowi postać od razu „ubondowioną”, pomijając etap jej ewolucji.
O przygodach Mariki czyta się przyjemnie, ale sama w sobie nie jest postacią zbyt interesującą. Seksowna, wysportowana, wygadana, o ego tak silnym, że zaczynają słuchać jej faceci od lat działający w mafii – trudno pozbyć się wrażenia, że autor przedobrzył, choć nie da się ukryć, że wykształcenie i zainteresowania bohaterki po części wyjaśniają to, dlaczego tak dobrze sobie radzi. Ważne też, że w pewnym momencie sama Zahaňská zauważa, że jej zachowanie jest nienaturalne – pozwala to mieć nadzieję, że w drugim tomie pojawi się odpowiedź, dlaczego Marika jest właśnie taka. Niestety, przez większą część „Śmierci zrodzonej w Pradze” wydawała się nieco płaska. Raziły też pewne drobiazgi – ciężko mi sobie wyobrazić kobietę, która kilkakrotnie w krótkim okresie czasu wychodzi nago i za każdym razem nie zdaje sobie z tego sprawy, albo taką, która kupuje duże ilości ubrań i dopiero w domu zaważa, że są absolutnie nie w jej stylu.
Wady te jednak nie rzucają się w oczy w czasie czytania – raczej w momencie przemyśleń po lekturze. Akcja „Wylęgarni” pędzi tak, że na zamyślenia przy czytaniu czytelnik zwyczajnie nie może sobie pozwolić – brakuje na to czasu. Jeśli czytać tę powieść tak, jak ogląda się film sensacyjny, niedoskonałości głównej bohaterki przestają razić.
O wiele ciekawsze są pozostałe postaci – na przykład Alex, człowiek o IQ tak wysokim, że nikt nie jest w stanie skonstruować testu mogącego je zmierzyć. Mężczyzna tak genialny, że niemal zamienia swoje ciało w komputer, by efektywniej wykorzystać możliwości swojego mózgu. Z zainteresowaniem śledziłam wszystkie sceny z udziałem geniusza – oderwanego od rzeczywistości, rozumującego zupełnie inaczej niż całe jego otoczenie i tylko czasem komunikującego się z nim w sposób zrozumiały.
I oczywiście para mafiosów – Azjata Filip władający zabójczym mieczem, i Nowak Barbarossa, były morderca, dla którego nie istnieje spluwa zbyt wielka, by ją utrzymać. Nie będę przedstawiać ich bliżej, ponieważ nie chcę odbierać przyszłym czytelnikom przyjemności z poznawania tej pary. W każdym razie sceny z ich udziałem należały do moich ulubionych.
Nie można jednak nie zapomnieć o pewnej istotnej rzeczy, którą przywodzi na myśl właśnie Filip. Chodzi mi o wielojęzyczność. W środowisku mafijnym „Wylęgarni” przewijają się osoby różnej narodowości, dyskusje odbywają się po angielsku, niemiecku, francusku, rosyjsku i czesku (czyli dla czytelnika z kraju nad Wisłą – po polsku). Oczywiście większa ich część zapisywana jest w języku narracji, ale wzmianki w obcych językach i tak są dość częste. Czasami są to tylko proste wtrącenia, zrozumiałe dla każdego, jak bonjour czy Mein Gott!, ale zdarzają się też całe zdania. Wówczas poznajemy je z perspektywy bohatera, który np. mówi do siebie w myślach: zrozumiałem z tego, że…. Zabieg jest o tyle ciekawy, że rzeczywiście pozwala się czytelnikowi przenieść w miejsce, gdzie wspólny język nie jest dla nikogo językiem rodzimym i porozumiewanie się może sprawiać problem, a jednocześnie nie sprawia, że tekst staje się niezrozumiały. Może być natomiast pewnym problemem dla kogoś… kto zna używane w „Wylęgarni” języki. Bardzo często, po zdaniu po rosyjsku lub niemiecku, dla mnie zrozumiałym, czułam się dziwnie, czytając niemal to samo, ale już po polsku.
Wspomniałam, że z tą stroną „Wylęgarni” kojarzy mi się postać Filipa. Spośród wszystkich bohaterów włada on największą ilością języków, w dodatku zagadkowe jest jego pochodzenie – nikt nie wie, jakiej naprawdę mężczyzna jest narodowości. Jedną z rzeczy, które zainteresowały mnie w Filipie, były właśnie jego rozważania o językach obcych. Sądzę, że najlepiej oddać je cytatem:
– Au juste – potwierdził po francusku Filip, uśmiechnął się i nisko ukłonił.
– Dlaczego w trakcie rozmowy używa pan kilku języków – zagadnęłam.
Spojrzał na mnie, jakby to pytanie go zaskoczyło.
– Chyba dlatego, że pewne języki wydają mi się najlepsze do wyrażania pewnych kwestii. Lubię francuski, można bardzo wulgarnie, a zarazem bardzo elegancko kogoś obrazić. Ale to też najlepszy język do wyrażania uznania i komplementowania kobiet.
Niestety, pewne gry słowne związane z mnogością języków okazały się nieprzetłumaczalne, przez co dla polskiego odbiorcy są raczej niezrozumiałe. Jak np. w sytuacji, w której rozmawiają ze sobą osoby anglo- i czeskojęzyczna, niemogące się porozumieć co do słowa komputer – w podobieństwie komputera do computera trudno przecież odnaleźć wręcz egzotyczne czeskie počítač. Nie wiem też, czy powinnam mieć żal do autora, czy do tłumacza, ale wyjątkowo raziło mnie używanie słowa Kirgizja zamiast Kirgistanu.
W „Wylęgarni” znalazło się też miejsce dla mojego ulubionego motywu – powieści w powieści. Bohaterowie raz na jakiś czas spotykają się z książkami, które napisał Jiří Rulhánek – tajemniczy pisarz, o którym wiadomo jedynie, że jest niezwykle bogaty. W miarę upływu rozdziałów wzmianki pojawiają się coraz częściej i wszystko zaczyna wskazywać na to, że motyw ma drugie dno.
I na koniec akcja. „Wylęgarnia” to tekst bardziej sensacyjny niż fantastyczny – czytając, rzeczywiście można się poczuć jak w kinie przy najnowszym Bondzie. Wydarzenia pędzą na łeb, na szyję, krew leje się często, gęsto padają trupy. W powietrzu roi się od kul z rozmaitych broni. Bohaterowie to funkcjonariusze policji, członkowie mafii – nie tylko tej przyjaznej Marice – oraz ich ofiary. Niestety, Zahaňská i jej nowi znajomi by przeżyć muszą więcej niż tylko dobrze strzelać. Okazuje się bowiem… że ich wrogów nie imają się żadne pociski. Czym są dziwne monstra, które wydają się niemal nieśmiertelne? Dlaczego polują właśnie na nich? Te pytania razem ze świstem kul będą nam towarzyszyć przez całą książkę,. Jeśli ktoś lubi sensacyjne fabuły, to „Wylęgarnia” jest tekstem dla niego.
Książka została w Polsce wydana całkiem ładnie. Tylko „całkiem”, ponieważ nie przypadła mi do gustu jej okładka. Postać Mariki na białym tle odstaje od poziomu grafik, do jakich przyzwyczaił swoich fanów Piotr Cieśliński. Z drugiej strony polskie wersja prezentuje się lepiej niż czeska, więc nie jest tak źle. Podoba mi się natomiast wnętrze książki – dużo tekstu na stronie, subtelne ilustracje rozpoczynające rozdział i zupełnie inne, mocno „komiksowe”, uzupełniające treść. Do moich ulubionych należy postać nagiej Mariki (którą można znaleźć na stronie 405). Prócz wspomnianej Kirgizji nie znalazłam w tekście nic rażącego – widać, że redaktor i korektor dobrze się spisali. Pozostaje mi polecić „Wylęgarnię” czytelnikom spragnionym akcji, a samej sięgnąć po tom drugi, czyli „Wylęgarnia 2. Królowa śmierci”.
Anna Tess Gołębiowska
dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów.

tytuł: Wylęgarnia. Śmierć zrodzona w Pradze
autor: Miroslav Žamboch
wydawnictwo: Fabryka Słów
tytuł oryginału: Líheň. Smrt zrozená v Praze
język oryginału: czeski
tłumaczenie: Rafał Wojtczak
ISBN-13: 978-83-7574-086-8
ilustracje: Filip Myszkowski
grafika i projekt okładki: Piotr Cieśliński
wymiary: 125 x 205
liczba stron: 472
oprawa: miękka
seria: Obca Krew
cykl: Marika Zahaňská
miejsce wydania: Lublin
data wydania: kwiecień 2009



























































Ha, na pewno spodobaliby Ci
Firewarrior, sob., 07/08/2010 - 13:39Ha, na pewno spodobaliby Ci się mentaci z "Diuny" (też ludzie-komputery) ;)
Czuję się zaintrygowała, a
Lorelay, sob., 07/08/2010 - 23:33Czuję się zaintrygowała, a jednocześnie już wiem, że rzeczywiście pewnie inne elementy zwrócą moją uwagę. Wiem, że chcę tę książkę przeczytać, przede wszystkim dlatego, że nadal nie mam pojęcia jak mogłabym ją odebrać.