Mars (Rafał Kosik)
Wciągająca Czerwona Planeta
I znów to zrobiłam – sięgnęłam po książkę z gatunku, z którym było mi zupełnie nie po drodze. Wciąż pod wrażeniem „Kameleona” nie umiałam, przechodząc obok półki z polską fantastyką, nie sięgnąć po „Marsa” Rafała Kosika. Zachęcająca, czerwona okładka, ładne wydanie… Przeczytałam pierwsze słowa i wsiąknęłam. Po raz drugi w ciągu dość krótkiego czasu zainteresowała mnie powieść science fiction. I tym razem, jak w przypadku „Kameleona”, nie mogę się bronić tym, iż początek na klimaty SF nie wskazywał; już pierwsze sceny przeniosły mnie na czerwoną – jak okładka książki – planetę. Wniosek jest chyba prosty – proza Kosika zdziałała to, czego nie osiągnął kiedyś Lem. Przekonała mnie do fantastyki naukowej.
Czy zastanawialiście się kiedyś, czym jest dla Was rozwój techniki? Ułatwieniem życia, szansą? Czy przeraziło Was kiedykolwiek, jak bardzo jesteśmy od niej zależni? Przykłady można by mnożyć, ale po co? Rafał Kosik w „Marsie” pokazuje, jak może rozwinąć się technologia… i nasza zależność od niej.
Książka dzieli się na trzy części, w tym prolog, którego akcja dzieje się w 2040 roku. Obserwujemy początek kolonizacji Marsa, pierwsze próby przygotowania planety do przyjęcia osadników. Poznajemy też plany opisujące to, jak Mars ma wyglądać za kilkaset lat.
Kolejna część to już okres o dwa i pół wieku późniejszy. Kolonizacja planety kwitnie. Wciąż przylatują ludzie z Ziemi, skuszeni łatwą pracą i przestrzenią życiową, której zaczyna brakować na przeludnionej planecie-matce. Technologia marsjańska nie dorównuje ziemskiej, warunki życia są trudne, planeta wciąż wymyka się spod kontroli. To jednak koniec różnic – ludzie się nie zmieniają. Śledzimy krętactwa polityków, tajne projekty, oszustwa na wielką skalę. W tle poznajemy życie osadników Marsa.
Trzeba przyznać, że Rafał Kosik przyłożył się do odtworzenia warunków mogących panować na planecie – od produkcji tlenu, poprzez różnice technologiczne sprzętów czy fizjologiczne organizmów, aż po takie detale, jakimi jest powszechność dostępu do Internetu czy sposób palenia cygar w odmiennej atmosferze. Nietrudno wyobrazić sobie, że jest się jednym z Marsjan, wczuć się w ich problemy, na równi z nimi szukać odpowiedzi, po której ze stron się opowiedzieć. Bo skąd przeciętny człowiek ma wiedzieć, czy rację mają ekologowie, każący przemęczyć się w imię przyszłych pokoleń, czy też przemysłowcy, alarmujący, że potrzeba nowszych technologii? Przecież obie strony mają silne argumenty, ujawniane w najmniej spodziewanych momentach…
„Mars” daje nam świetny przekrój przez społeczeństwo ludzkie – tak właśnie zachowuje się masa, tak zapewne zachowywalibyśmy się na miejscu bohaterów. Inna planeta nie sprawiła, że wybory stały się łatwiejsze, nie zniwelowała problemów. Pojawiły się nowe – te związane z oporną planetą i te – zdawałoby się – trywialne, polityczne. Bo jak długo uda się utrzymywać wspólne państwo na Marsie? Co Mars ma do powiedzenia w negocjacjach z Ziemią? Czy na zawsze pozostanie tylko zależną kolonią?
Wątek społeczny nie jest oczywiście jedyny. Dostajemy też intrygę kryminalną; wraz z parą głównych bohaterów lawirujemy między setkami pytań, które budzi projekt Waterfall, a które zaciemniają poczynania kolejnych senatorów. Z czasem coraz trudniej zostać obojętnym na grożące im zagrożenie, nie trzymać kciuków, by się udało... czy też nie zastanawiać się, kto jest godzien zaufania.
Ostatnia z części „Marsa” to kolejny przeskok, tym razem kilkadziesiąt lat do przodu. Technologia poszła naprzód w tempie tak niewyobrażalnym, że chyba tylko kunsztowi autora zawdzięczam niepogubienie się w technicznych szczegółach. Ludzie nie muszą już korzystać z komputerów, implanty wszczepione do podświadomości zastępują wszelkie techniczne gadżety. Wizja ta, już po pierwszych stronach, okazuje się naprawdę przerażająca. Bo kto chciałby się znaleźć w świecie, w którym przed oczami pojawiają mu się tysiące reklam, których nie da się wyłączyć, przed którymi nie da się uciec? W świecie, w którym jednym mrugnięciem możemy ukształtować rzeczywistość wokół nas, wliczając rozsianych w niej ludzi? I w którym w każdej chwili możemy złapać groźnego wirusa… Zagłębiając się w treść tekstu, tracimy świadomość, co z przedstawionego świata jest rzeczywiste, a co nie. W chaosie cyberpunkowego koszmaru wciąż i wciąż natrafiamy na nowinki techniczne, które w równej mierze zaskakują i fascynują. Między wierszami pojawia się jednak refleksja – czy naprawdę do tego dążymy? Zwłaszcza, że ten ogromny postęp obserwujemy w świecie, w którym wciąż nie opanowano problemu niedoborów tak codziennej, powszechnej dla nas wody… A następnie w tym świecie, w którym wydawałoby się, że nie da się odstawać od wszechobecnego systemu, ktoś dokonuje niezwykłego odkrycia. A ktoś inny bardzo stara mu się w tym przeszkodzić. Wątek kryminalny tej części jest jeszcze wyraźniejszy niż w poprzedniej, wręcz przysłania całe technologiczne tło.
„Marsa” czyta się z zapartym tchem. Powieść po prostu fascynuje – także wielowymiarowością. Pozwala delektować się światem skolonizowanej planety, płynnie przechodząc od szczegółu do ogółu. Poznamy zarówno kalkulacje wybitnych polityków, jak warunki przeceny kanapki z tuńczyka. Czytelnik może skupić się na poszukiwaniach głównych bohaterów, wraz z nimi próbując odkryć, na co natrafili, ale może też delektować się smaczkami, takimi jak choćby nawiązanie do World Trade Center. Ciekawą perspektywą jest także spojrzenie ze strony „brata mniejszego”, za którego przyzwyczailiśmy się uważać, na potężniejszą Ziemię – a więc naszą obecną ojczyznę. Choć pozornie poszczególne części książki łączą się ze sobą tylko w nieznacznym stopniu, to właśnie te drobne nawiązania przynoszą najważniejsze odpowiedzi. Całość fabuły jest misternie spleciona, wszystko ujawnia się w swoim czasie, nie brakuje „lampki” zapalającej się z myślą: „Tak, pasuje!”. Nie ma też, częstego w wypadku fabuł polegających na stopniowym odkrywaniu czegoś, irytującej myśli: „Dlaczego bohater jeszcze na to nie wpadł?”
Ważni są też bohaterowie – dobrani nieprzypadkowo, o różnych poglądach, wywodzący się z różnych grup społecznych. Są wśród nich ci, co przylecieli z Ziemi, jak i tacy, którzy przyszli na świat już na Marsie. Nawet epizodyczne postaci nie są odmalowywane płasko, nie przechodzi się obok nich obojętnie. Empatia pojawia się w czytelniku naturalnie, nawet po tym, gdy już niektórzy z bohaterów znikną z kart książki, nie sposób nie wracać do nich myślą.
Powieść nie nudzi także w warstwie fabularnej. Gdy wydaje się, że wszystkie karty są już odkryte, odsłania się nowa talia, pozwalająca dotrzeć głębiej i spojrzeć na wszystko z nowej perspektywy. Finał powieści zaskakuje, mimo wcześniejszych tropów naprowadzających na jego kształt. Ponadto, poza zwykłą przyjemnością płynącą z lektury, pozostawia wiele refleksji, nad teraźniejszością i przyszłością.
Świetna treść została też sprzedana w ładnej formie. Wspomniana już przeze mnie, zaprojektowana przez samego autora okładka w czerwonej tonacji nie pozostawia wątpliwości, że będziemy mieli do czynienia ze science fiction. Kolorystyka od razu przywodzi na myśl Marsa – Czerwoną Planetę. Plusem jest też to, że tom pasuje idealnie do serii „dla dorosłych” Powergraphu – sygnuje go charakterystyczny czarny grzbiet.

Zawartość książki także prezentuje się dobrze – nie ma nadmuchiwanych marginesów czy wielkich odstępów między wierszami, jednak tekst nie zlewa się, jest bardzo wygodny dla wzroku. Czytając „Marsa”, doceniłam też biały papier, kiedyś przeszkadzający mi w swobodnej lekturze – książkę zabrałam ze sobą do nocnego pociągu. Przy tak słabym oświetleniu lektura książki jakiegokolwiek innego wydawnictwa byłaby niemożliwa, jasny papier Powergraphu idealnie chwytał niewielkie ilości światła. Korekta także stanęła na wysokim poziomie, choć nie uniknęła błędów, np. formy „Gared” zamiast „Jared”. Miałam też wrażenie, że w jednym momencie zniknęła linijka z dialogu – wypowiedzi nie pasowały do siebie. Usterek było jednak na tyle niewiele, że nie psuły przyjemności z czytania, niemal nie odrywały od treści.
Warto wspomnieć, że zetknęłam się nie z pierwszym wydaniem „Marsa”. Powieść ta była książkowym debiutem Kosika, ukazała się już w 2003 roku. Wydanie z 2009 roku zostało poprawione w stosunku do pierwowzoru, uzupełnione o pewne kwestie, wygładzone pod względem detali – choćby wspomnianego World Trade Center. Lepiej od poprzedniego „Mars” prezentuje się też także pod względem graficznym. Konieczność wznowienia, spowodowana licznymi pytaniami czytelników pierwszej wersji, powinna sama w sobie pokazać, że jest po co sięgnąć. Bez wątpienia „Mars” jest bardzo dobrą książką, a jako obraz silnego debiutu tym gorętszym zaproszeniem do zapoznania się z pozostałymi pozycjami autora.
autor: Rafał Kosik
tytuł: Mars
wydawnictwo: Powergraph
miejsce wydania: Warszawa
wydanie: 2., poprawione
data wydania: 2009
grafika i projekt okładki: Rafał Kosik


























































Recenzja świetna, długa,
Firewarrior, nie., 18/10/2009 - 14:19Recenzja świetna, długa, wyczerpująca. Gdybym miała kasę, to nie zastanawiałabym się ani chwili, tylko popędziła do księgarni :)
Bardzo dobra recenzja,
Gotan, nie., 18/10/2009 - 15:10Bardzo dobra recenzja, zachęciła mnie do książki. Prawdopodobnie w najbliższym czasie po nią sięgnę :)