Opowieści z meekhańskiego pogranicza (Robert M. Wegner)
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ – południe
Gdybym miała sugerować się jedynie tytułem, najprawdopodobniej nie sięgnęłabym po tę pozycję. Bo z czym się on kojarzy? Z ciężkostrawną powieścią-klocem, w której aż roi się od dziwnych, trudnych do wymówienia nazw, fabuła jest sztampowa, postaci płaskie, a całość nie warta tego, by ją doczytać do końca.
Gdybym miała sugerować się jedynie tytułem… Przegapiłabym jedną z lepszych polskich książek fantasy, jaką miałam przyjemność w życiu czytać!
Jakże przyjemnie jest nie zawieść się na debiucie książkowym - Robert M. Wegner nie był mi bowiem wcale znany (mimo iż opublikował już na łamach SFFiH trzy opowiadania). Wróżę mu jednak świetlaną przyszłość, jeśli tylko kolejne jego książki będą trzymać ten sam poziom (lub go przeskoczą). Autor posługuje się językiem sprawnie, a sposób, w jaki konstruuje fabułę i stopniuje napięcie, jest wręcz mistrzowski. Czytając „Opowieści…”, nie sposób się znudzić. Żaden fragment nie wydawał mi się nie na miejscu, nie spotkałam niepotrzebnych „zapychaczy objętości”, przy których z ust wyrywają się ziewnięcia.
Książka składa się z dwóch oddzielnych części, z których każda zawiera cztery opowiadania. Trzy z nich były co prawda publikowane wcześniej, ale nawet jeśli ktoś już jest z nimi zaznajomiony, warto książkę kupić dla pozostałych pięciu.
Część pierwsza, „Topór i skała”, rozgrywa się na północnym pograniczu imperium Meekhanu. Jest to dość niebezpieczne miejsce, gdzie aż roi się od konfliktów. Ale od czego jest Górska Straż - specjalnie wyszkolone, wytrzymałe oddziały składające się z nieustępliwych, wytrzymałych i zahartowanych ludzi, pilnujących, by na granicy panował względny porządek?
W górach, jak to w górach – panuje chłód, ostre, porywiste wiatry, na wędrowców czyhają lawiny, osad ludzkich jest niewiele, a mieszkańcy są nieufni. W takich właśnie warunkach przebywa główny bohater czterech opowiadań, nie pojedynczy człowiek, ale cały oddział Górskiej Straży, słynna Szósta Kompania.
Pierwsze opowiadanie, „Honor górala”, bardzo dobrze wprowadza czytelnika w klimat, ale samo w sobie nie jest wybitne. Pogoń za bandą przestępców – to już było wałkowane w naprawdę wielu wersjach, znajdziemy tu jednak kilka niestandardowych, świeżych smaczków, między innymi Wegnerowskie przedstawienie magii, bardzo logiczne i sensowne. Widać, że magia nie jest tu dopchnięta na siłę, ale stanowi część naprawdę przemyślanej całości. Jednak dopiero przy drugim opowiadaniu, „Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami”, można w pełni docenić kunszt autora. Występuje tu ciekawa dwuwarstwowość fabuły (opowieść właściwa jest opowieścią jednego z członków Szóstej Kompanii), a opis jednej z najważniejszych bitew w historii Imperium jest wręcz niesamowity. Budzi skojarzenia z historią Spartan broniących dzielnie wąwozu w Termopilach.
„Szkarłat na płaszczu” wywołuje zupełnie inne uczucia. Opowiada o misji dyplomatycznej, w której Szósta Kompania pełni rolę straży. Jest spotkanie z inną kulturą, trochę polityki, bardzo ciekawa postać hrabiny, a przede wszystkim występuje w nim moment, który wzruszy chyba każdego… Bez wątpienia jest to najbardziej poruszające opowiadanie z całej pierwszej części zbioru, na długo pozostające w pamięci. „Krew naszych ojców” ma z kolei dość dużo wspólnego z horrorem. Mała, położona na uboczu wioska, ginący ludzie, tajemnicze, przerażające krzyki słyszane w nocy… I zakończenie, które daje do zrozumienia, że pierwsza i druga część książki w końcu połączą się w całość.
„Miecz i żar” to nazwa części drugiej. Tym razem przeniesiemy się w diametralnie inne warunki klimatyczne, na południowe, spalone słońcem pustynie. Tu kończy się granica potężnego Imperium, kończy się też cywilizacja. Plemię Issaram żyje od wieków w ten sam sposób, związane siecią tradycji. Z niego plemienia pochodzi główny bohater (tym razem pojedynczy, lepiej zarysowany), Yatech, mistrz miecza. Ze swobody, z jaką posługuje się swymi dwoma mieczami, przypomina mi nieco Drizzta Do’Urdena z książek R.A. Salvatore’a (a Wegner potrafi opisywać pojedynki nie gorzej niż ów autor), jednak ma o wiele ciekawszą osobowość niż mroczny elf z Faerunu.
W opowiadaniu „Ponieważ kocham cię nad życie” spotykamy Yatecha w momencie, gdy zaciąga się do służby u pewnego bogatego kupca, staje się jego ochroniarzem, ale i również kimś bliskim, niemalże synem. Mało kto pochwala ich zażyłość - Issarczycy są bowiem traktowani jak dzikusy, brudasy i dziwadła. Nie tylko ze względu na fakt, że ich plemię żyje w oddali – ich obyczaje, których przestrzegają ze śmiertelną powagą, są często nierozumiane przez innych. Na przykład zakaz odsłaniania twarzy przed kimkolwiek spoza plemienia. Gdy ktoś zobaczy twarz Issarczyka, musi zginąć. Do tego dochodzą setki modlitw na różną okazję… Swoją ortodoksyjnością Issarczycy przypominają nieco Arabów. Ale wróćmy do fabuły. Yatech poznaje córkę swego gospodarza i zakochuje się w niej z wzajemnością… Nie może z tego wyniknąć nic dobrego.
„Gdybym miała brata” jeszcze lepiej opisuje styk dwóch różnych kultur, próbę wzajemnego zrozumienia, a także daje dalszy wgląd w obyczajowość Issarczyków. Wszystko jest świetnie przemyślane i opisane. Tu akcja toczy się nieco bardziej leniwie, spokojnie, dając czas na refleksje. „Pocałunek skorpiona” także trzyma poziom, będąc bezpośrednią kontynuacją poprzedniego opowiadania. Ostatnie opowiadanie, „Zabij moje wspomnienia”, było dla mnie najsłabszym z całego zbioru. Łączą się tu wątki z obu części, ale zakończenie jest niezwykle smutne – na dobrą sprawę wcale go nie ma, na rozwiązanie wątku fabularnego trzeba czekać do następnej części. Chwyt przypominający ten zastosowany przez Jakuba Ćwieka w „Kłamcy 3”. Czytelnik pozostaje z wielkim niedosytem i pobożnymi życzeniami, by autor jak najszybciej napisał i wydał kontynuację. Co w sumie nie jest takie złe, bo oznacza, że ta kontynuacja w ogóle powstanie.
Jeśli miałabym porównywać obie części zbioru… Dopasowane są one doskonale do klimatu, w jakim toczą się opowieści. Bohaterowie „Północy” są chłodni, bardzo honorowi, twardzi niczym górskie skały, Yatech z kolei ma serce rozżarzone uczuciem niczym pustynny piasek prażony przez słońce. Nawet język opowieści nieco się różni – w pierwszej części jest bardziej oszczędny, powściągliwy, by w „Południu” rozwinąć się kwieciście i rozpromienić. Daje to miły, ciekawy i spójny efekt. Raz jeszcze muszę się zachwycić tym, jak bardzo książka jest przemyślana.
Wspomnę jeszcze o bardziej technicznych faktach. Książka została wydana bardzo ładnie, starannie, na dobrym papierze, czcionką nie męczącą oczu. Okładka jest dość prosta, ale dobrze współgra z zawartością książki. W środku nie uświadczymy niestety żadnych ilustracji (czasem miło jest zobaczyć, jak artysta grafik wyobraża sobie bohaterów i porównać to z własnymi obrazami wytworzonymi w głowach). Do jednej rzeczy niestety muszę się złośliwie doczepić. Korekta. Przez większość książki jest w porządku, ale zdarzają się błędy wręcz kłujące w oczy. W jednym wypadku występują one nawet na dwóch sąsiednich stronach. Czyżby się korektorowi skleiły? Edytor tekstu się zawiesił? Mniejsza z tym, tych kilka błędów nie jest przecież w stanie zepsuć niewątpliwej przyjemności, jaka płynie z lektury.
Na koniec napiszę raz jeszcze - warto kupić tę książkę. Stosunek ceny do jakości jest zadowalający, 576 stron starcza na długo, a radość z czytania jest przeogromna.
Wydawnictwu Powergraph bardzo dziękuję za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

tytuł: Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ – Południe
autor: Robert M. Wegner
cykl: Opowieści z meekhańskiego pogranicza
tom: 1
wydawnictwo: Powergraph
miejsce wydania: Warszawa
data wydania: 17 czerwca 2009
grafika i projekt okładki: Rafał Kosik
liczba stron: 576
ISBN-13: 978-83-61187-08-0
oprawa: miękka ze skrzydełkami
wymiary: 125 x 195 mm
seria: Fantastyka z plusem
cena: 32,00 zł

















































Odpowiedzi
Recenzja zdecydowanie
Recenzja zdecydowanie zachęciła mnie do przeczytania tej książki. Muszę również przyznać, że napisana została rzetelnie, na tyle obiektywnie, na ile recenzja obiektywna być może. Wielki plus za wzięcie pod uwagę również na jakość korekty, papieru i inne szczegóły, które większości z nas (w tym często i mnie samej) umykają, albo też nie zwracają naszej uwagi.
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna