Część VI
Gerard posłusznie ułożył się do snu, ale zasnąć jeszcze długo nie potrafił. Mimo kilkuwiekowego doświadczenia Fronda nie mógł mieć przecież racji we wszystkim, w to nie potrafił uwierzyć, jednak jego słowa były jakoś mało optymistyczne dla płci męskiej w całości. W dodatku było dla niego nieprawdopodobne, by Anne była z nim dla któregoś z powodów wymienionych przez przyjaciela. Głęboko wierzył w ich wzajemną miłość, co zresztą teraz mogło już nie mieć dla nikogo żadnego znaczenia, skoro w opinii świata był od dawna martwy. Gdy wreszcie zasnął, spał krótko i źle, a w dodatku zaspał, sądząc po tym, że jego dwaj towarzysze byli już ubrani i zawzięcie nad czymś dyskutowali.
- O rany, zaspałem? Zaraz będę gotowy! - zawołał wyskakując z łóżka. Never podał mu szklankę.
- Wypij, to resztka – powiedział – Konserwy nam wyszły, musimy iść na miasto. Nie jest to nawet takie złe, możemy zabawić się po obiedzie.
- Dobra, a dokąd dziś pójdziemy? - spytał aktor ochoczo, wciągając spodnie.
- Może do lokalu Erziki? Popatrzylibyśmy sobie na gołe piękności. - zaproponował Hindus.
- Ja poszedłbym do ZOO. Strasznie już dawno tam nie byłem. - westchnął Thierry, czeszący przed lustrem swą czarną grzywę.
- Można, choć ja nie przepadam za widokiem klatek. - rzekł Gerard niezbyt
chętnie. Thierry zerknął na niego i długim pociągnięciem grzebienia zaczesał włosy na bok.
- Szukasz problemów tam, gdzie ich nie ma – powiedział – Te zwierzaki to któreś tam pokolenie urodzone w niewoli, i nie dzieje się im tu żadna krzywda. Ja osobiście pamiętam dawne menażerie, które przypominały raczej obozy koncentracyjne. Kiedy pierwszy raz odwiedziłem taki przybytek, byłem chory przez tydzień. Absolutnie nie potrafię dopatrzeć się niczego złego w dzisiejszych zoologach.
Odłożył grzebień na półkę i przyjrzał się sobie z zadowoleniem. Był trochę próżny, choć nie na tyle, by stanowiło to jakiś istotny problem.
- Dobrze. Zjemy na mieście, a potem pójdziemy do ZOO. - zgodził się z nim Never. On też nie przepadał za widokiem zwierząt w klatce, zwłaszcza, że sam miał pewne zwierzęce cechy i nikogo z jego przyjaciół nie zdziwiłoby, gdyby nagle stanął na czworakach i zaryczał. Miał w sobie coś z czarnej pantery, kruka i nietoperza zarazem, a do tego otaczała go aura niesamowitości. Gerard zdążył już poznać jego historię, więc nie dziwił się temu wszystkiemu tak, jak na początku ich znajomości. Wiedział już, że mały Sinclair wychowywał się w świątyni wyznawców bogini Kali, gdy on i jego matka zostali wygnani z miasteczka Dwaraka, w którym piękna Sita miała dom. Właśnie jej uroda skusiła angielskiego arystokratę, o którym Never właściwie nic nie wiedział poza tym, że był ponoć wyjątkowo przerażający, bezlitosny i jednocześnie wyjątkowo pociągający, nawet jak na wampira. Matka mówiła o nim niechętnie, czemu trudno było się dziwić – był w końcu przyczyną jej hańby i nieszczęścia. Wampiry są naogół bezpłodne, jednak zdarzają się jakieś specyficzne wyjątki od tej reguły, i takim wyjątkiem był chyba Neville Poe of Widmore, skoro jego nocne odwiedziny u Sity przyniosły taki owoc. Chłopiec początkowo nie różnił się zbytnio od innych dzieci z Dwaraki, jeśli nie liczyć kocich oczu, nawet jadł to samo, co inni, jednak i wtedy budził w ludziach jakiś niezrozumiały lęk. Z biegiem czasu coraz więcej mieszkańców miasteczka było wrogo usposobionych do niego, a jeszcze gdy przekonali się, że mały jakimś sposobem umie ujść cało z zasadzek (kilkakrotnie próbowano go zabić), musiał wraz z matką uciekać w lasy. Kapłani bogini Kali przygarnęli ich nawet chętnie i następne kilka lat oboje spędzili wśród dziwnych, ponurych obrzędów ku czci bogini śmierci. Sinclair miał już dwanaście lat, gdy jego matkę napotkał opodal świątyni jeden z lokalnych właścicieli ziemskich, Nathoo Radjhaleah, i zakochał się w niej do tego stopnia, iż oficjalnie poślubił ją, adoptując jednocześnie jej syna. Taka ochrona bardzo przydała się chłopcu, gdy powoli zatracał zdolność przyjmowania normalnego pokarmu i zaczynały budzić się w nim krwiożercze skłonności. Przybrany ojciec ukrył go wtedy w swej prywatnej menażerii, położonej w ogromnym parku, aż do czasu, gdy chłopiec nauczył się kontrolować swe instynkty i maskować naturę wampira. Never był prawdopodobnie jedynym okazem w swoim rodzaju i trzeba było przywyknąć, by móc znajdować przyjemność w jego towarzystwie. Gdy chciał, umiał nie wyróżniać się z tłumu, to prawda, ale że wymagało to od niego pewnego wysiłku, nie zadawał sobie trudu, gdy nie musiał. W nocy, tak jak teraz, miało to mniejsze znaczenie, gdyż przyjaciele trzymali się raczej bocznych uliczek, gorzej oświetlonych (żaden wampir nie lubi jaskrawego światła, nawet taki jak Never, który bez zbytniej przykrości poruszał się w dzień). Zresztą
właśnie na bocznych ulicach, koło obskurnych knajpek, łatwo było upolować sobie posiłek. Kilku pijanych w sztok wystarczało, by wampir mógł się najeść, nikomu nie robiąc żadnej krzywdy. Wbrew obiegowej opinii żaden wampir nie potrzebuje zbyt wiele krwi, by zaspokoić swój apetyt na hemoglobinę, dlatego ich ofiary są zazwyczaj trudne do wykrycia. Oprócz chwilowej anemii i siniaków na karku nie ma bowiem innych objawów, a takich żaden alkoholik nie uzna za coś poważnego, ba, nawet doświadczony lekarz nie zwróci na nie większej uwagi. Jest to jeden z powodów, dla których wampiry polują najchętniej właśnie w okolicach knajp i tawern portowych. Drugi to ten, że krew zmieszana z tanim alkoholem ma dla nich wspaniały smak. Gerard dziwił się bardzo, odnajdując w wypijanym prosto „ze źródła” płynie wyraźną nutę zupy szparagowej, chałwy czy melby z ananasem, a nawet kawioru.
- To zależy od grupy krwi, a także od tego, co taki delikwent przedtem zjadł czy wypił – objaśnił mu Never – Kubki smakowe wampira odczytują po prostu krew w taki właśnie sposób. Gusto Vanderbelt nazywa to smakowym odruchem warunkowym, jednak to chyba wszystko jedno, czemu ten mechanizm działa tak, a nie inaczej. Jest miły. No nie?
- Owszem. - zgodził się z nim Gerard. Nasyciwszy się przyjaciele postanowili resztę nocy poświęcić na rozrywkę i, jak to wcześniej sugerował Fronda, udali się do ZOO. Brama o tej porze była już zamknięta, nie stanowiło to jednak żadnej przeszkody dla wysportowanego Frondy ani dla kociozwinnego Nevera. Obaj wspięli się na ogrodzenie bez najmniejszego trudu. Gerard po chwili wahania poszedł za ich przykładem, przekonany, że spadnie i skręci kark, jednak z jakiegoś powodu jego poczucie równowagi było teraz dużo wyższe, a ciało zdawało się być lżejsze, zręczniejsze. Dawniej co prawda Gerard obywał się na planie filmowym bez dublera w ujęciach, wymagających cyrkowych niemal popisów, ale jak dotąd nigdy nie wspinał się tak wysoko bez żadnego zabezpieczenia.
- Nie dotykaj drutów, są pod napięciem – ostrzegł go Never, zarzucając na przewody swoją kurtkę – Nie jesteśmy tak wrażliwi jak ludzie, ale odpowiednie napięcie telepnie tobą, aż miło. Lepiej tego uniknąć.
Po zrzuconym z ogrodzenia sznurze ześlizgnęli się na ziemię. Brak sztucznego oświetlenia w niczym im nie przeszkadzał, jako że oczy wampira są wrażliwsze niż ludzkie, czasem do tego stopnia, że osiągają tzw. mikrozdolność adaptacyjną: widzą w ciemności z ogromną precyzją, przypłacając to jednocześnie utratą zdolności wyodrębniana drobnych szczegółów z większej płaszczyzny. Jest to bardzo kłopotliwe, gdyż oznacza stratę możliwości czytania druku, nie jest jednak częste. Naogół wampiry mają wzrok bardzo ostry, choć przewrażliwiony, tak jak cała trójka, wędrująca po uśpionym ZOO i zaglądająca do klatek z ciekawością. Zwierzęta gładkie, włochate, pokryte łuską lub piórami, podnosiły czasem łebki na odgłos ich kroków, kuliły się nieznacznie pod dotykiem wsuwanych do klatek rąk, błyskały w ciemności wpółsennymi ślepiami, czasem pomrukiwały z cicha. Dziwne było takie zwiedzanie ogrodu po nocy, w ciszy, mąconej jedynie głosami nocnych zwierząt lub dalekimi szumami przejeżdżających ulicami miasta samochodów.

























































