Część I
„Pomiędzy ludźmi tej ziemi nie poznasz szczęśliwego, póki śmierć jego życia nie zakończy.”
Gerard Philipe przeczytał to zdanie dwukrotnie, następnie podkreślił je i odłożył egzemplarz „Trojanek” na nocny stolik koło łóżka. Czuł się zmęczony. Prawdę mówiąc, od czasu operacji czuł się coraz gorzej, choć lekarze zapewniali go, że wszystko jest w porządku, zaś Anne powtarzała za nimi te słowa. Powinien im wierzyć, nic go przecież nie bolało, czuł jednak, że czegoś mu nie mówią i że jego stan wcale nie jest tak dobry, jak twierdzą. Czasem miał ochotę potrząsnąć mocno żoną i krzyknąć:
- Czego mi nie mówisz, Anne?! O czym milczysz tak uparcie?! Czemu płaczesz, gdy myślisz, że cię nie widzę i z takim smutkiem przyglądasz mi się, gdy sądzisz, że śpię?!-
Nie wiedział nawet, czy zna już odpowiedź na te pytania, czy też obawia się ją usłyszeć, a najbardziej – czy obawia się usłyszeć ją właśnie od Anne, której do tej pory ufał bezgranicznie. Wszyscy dziwili się, kiedy ją poślubił – on, bożyszcze kobiet całego świata, filmowy amant o, jak mawiano, urodzie anioła, ją, drobną i nieładną rozwódkę z małym dzieckiem, starszą na dodatek od niego o trzy lata i nic nie znaczącą w świecie. A przecież dobrze wiedział, czemu to robi: po prostu kochał ją. Ona też go kochała, należeli do siebie od początku świata. Była inteligentna, wrażliwa i czuła, o głęboko zakorzenionym poczuciu prawości. Kiedyś przysięgli oboje, że zawsze będą mówić sobie prawdę, bez względu na to, jaka by była, i nigdy się nie okłamywali... aż do teraz. Teraz wszystko się zmieniło, coś ich rozdzieliło, czuł to i był bezradny. Przez uchylone drzwi swego pokoju mógł widzieć pokój, w którym spała, dostrzegał jej szczupłą postać skuloną na łóżku, zwiniętą w pozycji embrionalnej i opanowała go rozpaczliwa chęć, by wstać, pójść do niej i raz na zawsze wyjaśnić to, co było niedopowiedziane. Wiedział dobrze, iż nie zrobi tego, gdyż nie utrzyma się już na nogach, wyciągnął więc tylko rękę do wyłącznika lampy, ale zastygł wpół gestu. Na oknie siedział On. Inaczej nie nazywał w myślach tej dziwnej postaci, która go prześladowała od czasu pobytu w klinice, postaci młodego mężczyzny o złowrogich oczach i włosach czarnych jak szkło wulkaniczne, opadających na plecy i ramiona. Myślał, że jest przywidzeniem, zrodzonym z podawanych mu leków przeciwbólowych, nic więc nikomu o nim nie mówił, ale On zjawiał się wciąż i wciąż, uparty jak myśl, i wpatrywał się w aktora tymi wąskimi, zachodzącymi aż na skronie oczami koloru złotej cynfolii. Jak na urojenie, był przerażająco realny i Gerard zaczynał się go bać.
- Czego ode mnie chcesz? – spytał zdławionym głosem, wbrew wszelkiej logice – Dlaczego mnie tak dręczysz?
Nieznajomy poruszył się i niespodziewanie odpowiedział, dając tym samym dowód swego niezaprzeczalnego istnienia:
- Nie dręczę cię, nie mogę się tylko zdecydować, czy złożyć ci swoją propozycję, czy też dać sobie spokój.
- Jaką znowu propozycję? Czemu nie dasz mi spokojnie zasnąć? - Gerard wbrew swojej woli dał się wciągnąć w tę rozmowę, choć nie do końca jeszcze wierzył w realność przybysza.
- Niedługo zaśniesz na wieki. - rzekł On z głębokim, przeszywającym smutkiem. Głos miał śpiewny i aksamitny, jednocześnie chłodny i gorący.
- Twoja żona oszukała cię – mówił dalej – Być może uważała, iż wyświadcza ci przysługę, nie wiem, w każdym razie doradzili jej to lekarze. Nie chce prawdopodobnie, żebyś cierpiał, dlatego woli, by śmierć zabrała cię nieświadomego, iż musisz umrzeć.
- Muszę? - spytał Gerard zdławionym szeptem. Domyślał się tego, jednak potwierdzenie tych domysłów było strasznym przeżyciem, tym straszniejszym, że jednocześnie uświadamiał mu nieszczerość żony. Sam nie wiedział, co jest dla niego gorsze.
- To nowotwór, mój biedny Fanfanie, i to najbardziej złośliwy, adenoma. Nic nie można ci pomóc, nie w dzisiejszym stanie rozwoju medycyny. Dziś lub jutro twoje wyczerpane ciało podda się ostatecznie. Ach, jaka szkoda - nieproszony gość podciągnął lewe kolano aż pod brodę, a drugą stopą, spuszczoną z parapetu, zaczął swobodnie kołysać – Nie spytasz, po co tu jestem?
- Jak dotąd, po to, by mnie dręczyć. Nawet nie wiem, kim jest człowiek, co natrząsa się z mojej agonii. - odpowiedział mu aktor nienawistnie. Teraz, gdy znał już prawdę, wyraźnie czuł zimny oddech śmierci na karku i nieznany dotąd lęk ściskał mu gardło.
- Ależ skąd, mój mały – zaprzeczył jego gość z dobrotliwym uśmiechem – Nawet mi to w głowie nie postało, cóż za pomysł. Jestem tu po to, by przedstawić ci pewną propozycję, nic wielkiego, prosty wybór między życiem, a śmiercią. Ale by dokonać tego wyboru, musisz najpierw wiedzieć, kim jestem.
- Kim? - spytał aktor, lustrując jego czarno ubraną sylwetkę spojrzeniem nie tyle ciekawym, co przerażonym. Zaczynał się domyślać i, choć jego przypuszczenia były absurdalne, zadrżał na całym ciele. Urzekająco piękna, wąska twarz o niewielkim, haczykowato złamanym niemal u nasady nosie, zaskakująco łagodnej linii ust przy drapieżnych rysach i tych kocich oczach, błyszczących spod ukośnych brwi nie miała w sobie ani odrobiny człowieczeństwa, choć mniej była upiorna, niż można było się tego spodziewać po kimś, składającym podobne propozycje.
- Nazywam się Sinclair Radhjaleah – przybysz zmrużył powieki – Ale wszyscy mówią mi Never.
- To od angielskiego ‘jamais’? - przerwał mu Gerard.
- Nie, od nefferdin, co w jednym z arabskich dialektów oznacza syna diabła – odparł gość – Nazywano mnie tak na Wschodzie, gdy byłem jeszcze bardzo młody i nie umiałem jeszcze, no, zachować umiaru.
Uśmiechnął się, ukazując białe zęby, ostre jak u rekina, o nieco dłuższych, choć nie przesadnych kłach, i przy węższym przekroju dużo liczniejsze niż ludzkie. Czyniły jego uśmiech przerażającym.
- Wampir – szepnął Gerard – Powinienem od razu się domyślić. Czemu chcesz ratować mi życie, a raczej sprawić, żebym był taki jak ty?
Never zeskoczył z parapetu i wyprostował całą swą czarną postać, szczupłą do przesady, choć jednocześnie dość szeroką w ramionach.
- Byłem na wszystkich twoich filmach i sztukach – rzekł – Jesteś wielkim aktorem, dziecinko, naprawdę wielkim. Poza tym masz uroczą buźkę i piękne, zielone oczy, a to mój ulubiony kolor. Nie patrz tak, to nie to, co myślisz, ale oczywiście szkoda tego wszystkiego, nie uważasz? Śledziłem twoją karierę i polubiłem cię, a to nie zdarza mi się codziennie, pytam zatem: czy chcesz żyć?
- A znasz takiego, co na moim miejscu odpowiedziałby przecząco? - spytał Gerard z rozpaczą w głosie.
- Może się zdziwisz, ale są i tacy – nieproszony gość pochylił się nad nim – Chcę, żebyś wiedział, że uszanuję twoją decyzję, jaka by nie była, choć będę cię opłakiwał. Nie winię cię za wypaczone poglądy na temat nas, w końcu wiedzę swą czerpałeś z książek i filmów, a tam oczernia się nas od samego początku. Nie wszystko jest tak, jak myślisz, tyle ci tylko mogę powiedzieć, bo na dokładniejsze wyjaśnienia nie ma czasu. Umierasz, mój biedny mały. Po co ci to? Odejdziesz, nie wiedzieć dokąd. Za kilka dni twoje ciało zacznie się rozkładać. To okrucieństwo natury, któremu my się wymykamy i właśnie dlatego ludzie tak nas nienawidzą, że przypisaliby nam każdą możliwą zbrodnię. A my nie jesteśmy źli, no, w każdym razie nie gorsi od całego ludzkiego plemienia. Pomyśl, ja daję ci szansę, a śmierć nie da ci żadnej. To dama okrutna i nie wzrusza jej nic. Dokonaj wyboru.
- Prawdziwy z ciebie drań – szepnął aktor – Chcesz, żebym umierał w cierpieniu? Teraz wiem, czemu Anne przede mną milczała.
Zamilkł, usiłując wyobrazić sobie, jak wyglądało jej życie w tych ostatnich dniach, odkąd dowiedziała się prawdy. Jak żyła, dzień po dniu, godzinę po godzinie, uśmiechając się pogodnie, rozmawiając z nim, redagując setki listów i odpowiadając dziennikarzom na ich pytania. A dzieci? Nie widział ich od czasu operacji. Zapewne Anne nie chciała, by te dwa małe elfy musiały patrzeć na jego śmierć i pewnie miała rację. Nagle tak mocno za nimi zatęsknił, że aż go zabolało. Never nie spuszczał z niego swych złocistych oczu.
- Nie chcę, żebyś cierpiał – powiedział łagodnie – Chcę, żebyś się zdecydował. Co wybierasz?
Gerard zamknął oczy, przesunął ręką po czole i podjął decyzję.
- Wybieram życie. - rzekł cicho i wstrząsnął nim dreszcz, którego nie potrafił opanować. Never pogładził go palcami po twarzy, przesuwając powoli palce w dół, na szyję, gdzie pod skórą pulsowała tętnica.
- Nie bój się – zaszeptał tkliwie – To nie będzie bolało. Dam ci po prostu odrobinę swojej krwi i zapadniesz w letarg. Włożą cię do trumny i pogrzebią, a ja będę czuwać na cmentarzu, by w odpowiedniej chwili otworzyć twój grób i cię stamtąd uwolnić. Pamiętaj, ani przez chwilę nie będziesz sam.
Pochylił się i Gerard poczuł ostre ukłucie na szyi. Ból był znikomy, osobliwie przyjemny i sercem umierającego targnęła rozpacz na myśl, że wszystkie jego plany i nadzieje muszą skończyć się w taki sposób. Poczuł okropny żal, nie do Nevera, który właśnie odbierał mu tę żałosną resztkę życia, co się jeszcze w nim tliła,
co do nieubłaganego losu. Wampir ostrożnie wyssał kilka kropli krwi, smakując ją z wyraźną przyjemnością, po czym wbił zęby we własny nadgarstek.
- Pij. - nakazał przytykając rękę do ust Gerarda. Aktor poczuł, jak słony, gorący płyn wypełnia mu usta i świat rozpłynął mu się przed oczami w pustą i ciemną ciszę.



















































Ha, Eviva dotrzymała słowa :)
tess, sob., 20/02/2010 - 19:49Ha, Eviva dotrzymała słowa :)
Staram się być słowna
Eviva, sob., 20/02/2010 - 20:30Ze względu na długość wpisów nie będę pewnie wklejać ich codziennie, ale postaram się robić to dość regularnie.
Evivo. warto jest czekać!
Jostein Siwy, nie., 21/02/2010 - 21:55Evivo. warto jest czekać!
Ba! :) Niespecjalnie lubię
Firewarrior, pon., 22/02/2010 - 10:30Ba! :)
Niespecjalnie lubię formę odcinkową, ale w tym wypadku warto czekać ;)