Część II
Otworzył oczy nagle, jak ktoś zbudzony szarpnięciem za ramię lub gwałtownym wystrzałem nad głową. Dookoła panowała cisza, pachniało drewnem, świeżo skopaną ziemią i więdnącymi kwiatami, ciemność była nieprzenikniona. Poczucie zamknięcia uświadomiła mu, że leży w trumnie i opanowało go uczucie narastającej paniki, dławienia, serce waliło mu tak mocno, że jego stukot rozlegał się niczym werbel, ale jednocześnie jakby z daleka nadszedł odgłos przypominający zgrzyt, a zaraz potem szmer odgarnianej łopatą ziemi. Wkrótce potem nieprawdopodobnie silne targnięcie oderwało wieko trumny i Gerard zobaczył nad sobą twarz Nevera. Zaczerpnął gwałtownie powietrza z otwartej nad nim przestrzeni i użył całej siły woli, by opanować rozdygotane nerwy. Silne ręce Nevera pomogły mu wydostać się z grobu i stanąć na ubitej ziemi między rzędami nagrobków. Świat wkoło milczał, jeśli nie liczyć zwykłych odgłosów nocy, wysoko w górze mrugały gwiazdy, okazjonalnie przesłaniane przez małe obłoczki, ciemność była przejrzysta dla oczu wampira niczym kryształ, tak że mógł bez trudu policzyć liście na pobliskiej topoli. Gdzieś niedaleko huknęła polująca sowa, ale poza tym panował kojący spokój. Never szybkimi ruchami porządkował rozkopany grób, przesuwając na swoje miejsce marmurową płytę i układając we wzorowym porządku bukiety kwiatów, znicze, oraz wieńce przewiązane trójkolorowymi szarfami.
- No, to by było na tyle – oznajmił wreszcie, podnosząc się z klęczek – Jak się czujesz, mały?
- Jestem przeraźliwie głodny.- wyznał mu Gerard po chwili wahania. Określenie, którego użył, nie było w pełni ścisłe. To, co odczuwał, było stanem pośrednim między głodem, pragnieniem a czymś na kształt palącej żądzy, i nie dawało się ani do końca zdefiniować, ani opisać słowami. Dla nowicjusza, którym był, nie było to łatwe do opanowania.
- Tak, wiem – powiedział Never współczująco – Trudno, musisz jeszcze trochę pocierpieć. Przede wszystkim musimy dotrzeć do Paryża, a poza tym trzeba będzie skołować dla ciebie jakieś ubranie, bo chyba nie zamierzasz tak chodzić po ulicach?
Dopiero teraz aktor zwrócił uwagę na to, jak jest ubrany.
- O raje, to mój kostium do Cyda – jęknął – Grałem w nim don Rodriga. Musieli ubrać mnie do trumny w tę szmatę. Taki wstyd...
Never roześmiał się, ubawiony jego miną.
- Nie przypuszczali, że jeszcze wstaniesz – rzekł – A gdybym ja ze swej strony przewidział, że ułożą cię do wiecznego snu w tych błyszczących łaszkach, przywiózłbym ci coś na zmianę. A tak mam tylko zapasowe spodnie w bagażniku. No nic, jakoś to będzie.
Odpiął od lewego przedramienia ukryty w rękawie nóż marki bowie i odciął nim bufiaste rękawy kostiumu.
- Od dołu normalne spodnie i jakoś to będzie. Chodź. - powiedział nagląco. Gerard ruszył posłusznie za nim, starając się opanować jakoś dręczący go z przeraźliwą siłą głód, co było jednak wysiłkiem daremnym. Kiedy tylko w zasięgu jego wzroku pojawił się nocny stróż z latarką, wątła nić rozsądku prysła pod naporem pierwotnego instynktu, przełamującego wszelkie opory moralne, jakie mógłby mieć. Błyskawicznym skokiem znalazł się tuż przy nieszczęśniku i ogłuszył go ciosem w kark, zadanym z siłą, jakiej nawet się po sobie nie spodziewał. Klęknął przy leżącym, rozglądając się chaotycznie za czymś ostrym, jego zęby były przecież jeszcze zbyt krótkie i tępe, by mógł się nimi posłużyć. Nie mogąc nic wypatrzyć uderzył latarką, która wypadła z ręki stróża, o kamień i odłamkiem szkła chlasnął go po szyi, aż krew trysnęła mu na ręce. Drżąc z niecierpliwości przywarł ustami do przeciętej arterii, pijąc ogromnymi haustami płynny nektar, którego tak bardzo był spragniony. Krew miała orzeźwiający, wspaniały smak świeżego soku truskawkowego, co powinno go zdziwić, ale nie myślał o tym. Dopiero, gdy trawiący go od wewnątrz płomień zaczął przygasać, zreflektował się i przeraził tym, co zrobił. Uniósł głowę. Nad nim stał Never i patrzył na niego z politowaniem.
- No, gdybyś się zabrał w ten sposób do rzeczy gdzieś w mieście… – powiedział – Kończ już tę rozkosz, mamy kawał drogi przed sobą i raczej mało czasu.
- A on? - zapytał Gerard, ocierając usta z poczuciem winy. Starszy wampir wzruszył ramionami.
- Co on? Wykrwawiłeś go na śmierć – powiedział – Musisz nauczyć się poskramiać swój apetyt, bo jak będziesz tak mordował, to daleko nie zajedziesz. Zostaw go i chodź.
Aktor posłusznie ruszył za nim, gnębiony strasznymi wyrzutami sumienia. Fizycznie czuł się wspaniale, niczym młody bóg. Dawno nie było mu tak dobrze, przecież już od jakiegoś czasu przed operacją czuł się źle, nawet bardzo źle, a w Meksyku, gdzie kręcił swój ostatni film, wręcz ledwo trzymał się na nogach. Mimo przepajającego go teraz uczucia zdrowia i siły samopoczucie miał jednak fatalne. Oto obciążała go śmierć niewinnego człowieka, ledwie podniósł się z grobu, co dopiero będzie dalej? Nie chciał być mordercą, a ten aspekt sprawy umknął jakoś jego uwadze, gdy przyjmował propozycję wampira.
- Nic się nie martw – powiedział Never, odgadując widocznie jego myśli – Nauczę cię, jak być sytym i nie siać trupami po drodze. Mamy dwudziesty wiek, o ile pamiętasz. Wsiadaj na tylne siedzenie, masz tam butelkę z wodą i ręcznik, doprowadź się do porządku na wypadek kontroli glin.
Rzucił mu wyjęte z bagażnika spodnie i usiadł za kierownicą eleganckiego royce’a, zaparkowanego dyskretnie pod bramą cmentarza. Gerard potulnie wciągnął spodnie, po czym zaczął wycierać twarz i ręce zmoczonym ręcznikiem, przeglądając się w zawieszonym na oparciu fotela lusterku.
- Pospiesz się – mruknął po chwili – O ile wiem, powinniśmy schronić się gdzieś przed wschodem słońca. Ono może nas zabić, czyż nie?
- Bez obaw, zapowiada się deszczowy dzień, a takie dni są dla nas bezpieczne – odpowiedział Never, prowadząc szybko, ale z wyczuciem – Zabić to słońce nas nie zabija, w każdym razie nie tak od razu. Pochmurne dni są bezpieczne, a jeszcze bardziej deszczowe, wiąże się to wszystko z poziomem melaniny we skórze,
czy czymś równie kretyńskim. Dokładnie nie wiem, tymi rzeczami zajmuje się Gusto, ja nigdy nie miałem głowy do nauk ścisłych.
- To znaczy, że z tymi kołkami osinowymi to też bujda? - spytał Gerard po chwili, konstatując, że jest już mniejwięcej czysty, choć bluzy nie udało mu się do końca wytrzeć z krwi.
- Bujda i nie – Never pokręcił głową niechętnie – Widzisz, wiele plotek o nas to brednie, totalne brednie, ale w niektórych tkwi ziarno prawdy. Sam zauważyłeś, że odbijasz się w lustrze zupełnie normalnie, zapewniam cię też, że nie wyrastają nam nietoperze ryjki, nie boimy się płynącej wody i po śmierci nie rozsypujemy się w proch jak zeschłe liście. Jeśli idzie o kołki, to pewne gatunki żywic drzewnych są dla nas trujące i sporządzone z tych drzew kołki, wbite w serce tak, by ostrze dokładnie przeszło przez węzeł zatokowo-przedsionkowy, zabijają. Jednak wcale nie osika jest dla nas najgroźniejsza, a olcha czarna, następnie olszyna nadwodna, a osika dopiero na trzecim miejscu. Nie jest oczywiście obojętne, czy drewno jest świeże, czy stare i wyschnięte. Taki na przykład Tygier był już kołkowany dwa razy, i przeżył. Za pierwszym razem Łowcy pomylili się o centymetr w obliczeniach, a za drugim trafił na kompletnych amatorów, użyli dębu, masz pojęcie, mój mały, dębu! To tak, jakby...
Nie dokończył i z całej siły nadepnął na pedał hamulca, aż royce’m rzuciło. Mimo to słychać było, jak coś dużego gwałtownie uderzyło o maskę i zostało odrzucone na bok.


















































