Część III
Never zaklął i wyskoczył na pobocze drogi.
- Czyś ty na głowę upadł, Fronda?! – wrzasnął, pomagając komuś się podnieść – Już nic idiotyczniejszego nie mogłeś wymyślić?! Nie masz się w co bawić, czy jak?!
Wepchnął do samochodu wysokiego, zgrabnego młodzieńca w najmodniejszym fasonie dżinsów i granatowej koszuli. Ten rozsiadł się wygodnie obok Gerarda i uśmiechnął się do niego, odgarniając na bok długą, stanowczo za długą grzywkę. Miał miłą, nieco kwadratową twarz o bardzo delikatnych rysach, prostym nosie i pięknie zarysowanych ustach. Brutalniejszy akcent stanowiły brwi, zalegające ciężkimi łukami nad szeroko osadzonymi,
podłużnymi oczami, w których tliły się wesołe iskierki, ale mimo to ich wyraz budził mglistą pewność, że bardzo dawno temu były to oczy człowieka naprawdę młodego. A przecież wyglądał na jakieś dwadzieścia parę lat, nie więcej.
- Nie złość się, Radża, nie zwariowałem – rzekł pojednawczo – Ktoś musiał uprzedzić cię o zasadzce. Musisz zmienić trasę i jechać przez Saint Germain Des Pres, a tylko ja i Cień mieliśmy dość odwagi, by cię poszukać. Cień by cię przecież nie zatrzymał.
- Ano nie. - zgodził się z nim Never. Fronda spojrzał na Gerarda.
- No, no, udało ci się jednak utrwalić tego komedianta – powiedział – Cieszę się. Pomysł był dobry, wykonanie jak widzę też, tylko pora może nienajlepsza. Zagraża nam dzikie polowanie, a ten jest całkiem zielony.
- No to co? Dłużej czekać nie mogłem, przecież wiesz o tym lepiej niż ja, bo to ty romansujesz z tą pielęgniarką. - burknął Hindus.
- Wiem, wiem – Fronda machnął niedbale ręką i zwrócił się do aktora – Jestem wielbicielem twego talentu, mały.Byłem na wszystkich twoich filmach, na każdej sztuce. Nikt tak jak ty nie umie poruszyć we mnie każdej struny. Kiedy jako Oktaw w ‘Kaprysach Marianny’ krzyknąłeś: ‘Puste jest moje miejsce na ziemi!’, to się popłakałem, słowo daję.
Never parsknął śmiechem.
- Akurat. Nie wierz mu ani na grosz – powiedział – To średniowieczny rycerz, płakał może przy swoim urodzeniu, a i to nie na pewno.
- Średniowieczny rycerz? - powtórzył Gerard, marszcząc czoło pod wpływem jakiegoś wspomnienia. Fronda pokiwał głową potakująco. Wspomnienie stało się nagle wyraźniejsze: dawna wycieczka do Chateauroux, muzeum urządzone w starym zamku i poczerniały portret, przed którym zatrzymał się na chwilę. Portret przedstawiał młodego rycerza, którego stan wyznaczał jedynie rycerski pas z mieczem i srebrny ryngraf na łańcuchu z dużych, ozdobnych ogniw, bo ubrany był w prosty kafan bez rękawów, zesznurowany z przodu cienkim rzemykiem. Gerard pamiętał, jak długo przyglądał się jego twarzy, pięknej nawet mimo średniowiecznej maniery w rysunku, gładko wygolonej, okolonej czarnymi włosami, spadającymi na czoło i zakrywającymi niemal całkiem uszy, co nie było przecież modną podówczas wśród rycerstwa fryzurą.
- Kto to jest? - spytał kustosza.
- To nieskatalogowane malowidło – odparł starszy pan – Pochodzi z XIVgo wieku, tyle o nim wiadomo, ale wśród mieszkańców tych okolic przetrwała legenda o tym człowieku. W czasie wojny stuletniej był podobno kimś w rodzaju Robin Hooda. Nazywali go Thierry la Fronde, od procy, którą ponoć nadzwyczaj zręcznie się posługiwał. Ile w tym prawdy, sam nie wiem.
Zachęcony błyskiem zainteresowania w oczach znanego aktora opowiedział mu kilka z tych legend, podczas gdy Gerard przyglądał się portretowi z fascynacją. Czyżby więc...? Pod kołnierzykiem koszuli tego młodego mężczyzny siedzącego obok coś pobłyskiwało. Gerard nie mógł się opanować. Sięgnął i wyciągnął spod jego koszuli medalion na płaskim łańcuchu z ozdobnych ogniw, połączonych przegubowo, dokładnie taki sam jak na portrecie.
- Miałem rację – szepnął, przyglądając się srebrnemu ryngrafowi, choć nie wiedzieć czemu chłodny metal nieprzyjemnie kłuł go w palce – To ty byłeś na portrecie w Chateauroux. Francuski Robin Hood z wojny stuletniej, Thierry la Fronde z ludowej legendy.
Fronda roześmiał się z ukontentowaniem.
- Jaki domyślny – powiedział – Na szczęście mało kto zwraca uwagę na ten portret, choć przyznam, że jest trafiony.
- Rany, musisz mieć chyba ze sześćset lat. - westchnął Gerard.
- Sześćset dwadzieścia siedem – poprawił go Thierry – Ale to nic trudnego, wystarczy poczekać. Są starsi ode mnie i nikt się im jakoś nie dziwi.
Uśmiechał się ciepło, ukazując dziewczęce dołki w policzkach. Był szalenie przystojny na ten chłopięcy sposób, który podoba się kobietom w każdym wieku, ale najbardziej podlotkom, a w dodatku miał jakiś kapryśny wdzięk, powodujący, że lubiło się go od pierwszej chwili.
- Rycerz, więc pewnie chrześcijanin... i jak ty zostałeś wampirem? Never cię nim uczynił? - spytał Gerard z niedowierzaniem.
- To byłby dopiero wyczyn, zważywszy na to, że jest ode mnie o ponad dwieście lat młodszy – zaśmiał się Fronda – Nie, mój mały, moim mistrzem był ktoś inny. Kobieta.
- Mademoiselle Pas de Chance. - dorzucił Never.
- Ładna? - spytał aktor po chwili.
- Zależy jak na to patrzeć, Fanfanie – odparł Thierry – Trochę dziwna, ale bezsprzecznie pociągająca. Nazywano ją Czarną Damą z Sologne i uważano za lekko pomyloną, bo raczej po nocy chodziła niż za dnia, naprawdę jednak miała na imię Katarzyna. Moja chorągiew stacjonowała niedaleko jej zamku, poznaliśmy się więc... oczywiście było to już po tym, jak zostałem ułaskawiony, zresztą tylko po to, by zasilić armię. Opowiedzieć ci tę historię?
- Jasne. - odpowiedział Gerard entuzjastycznie. Uwielbiał takie opowieści, choć nigdy mu się nawet nie śniło, że usłyszy coś takiego „z pierwszej ręki”. Jego zaciekawienie wyraźnie pochlebiło starszemu wampirowi, który obdarzył go zadowolonym spojrzeniem i zaczął mówić :
- Widzisz, ja dobrze wiedziałem, że nie powinienem wiązać się z Katarzyną w żaden sposób, ale właśnie dlatego pociągał mnie taki związek. Mieliśmy wojnę, a wojenne romanse nie wymagają długich podchodów, korzystałem więc z okazji, nie myśląc o jutrze. Przedtem cztery lata ukrywałem się po lasach, ścigany jak zwierzę, moje życie było jedną walką, tak że możliwość bycia ponownie rycerzem swego króla zawróciła mi w głowie i spowodowała, że zapomniałem o tym, co bolało, tak jakby tego w ogóle nie było. To był o tyle błąd, że właśnie dlatego nie zwróciłem uwagi na to, jak dziwnie zachowywała się Katarzyna, zwłaszcza wobec mnie. Myślę, że wybrała mnie już wtedy, ale bitwa, jaka rozegrała się później niedaleko jej zamku, pokrzyżowała jej plany. To była zacięta walka między naszym rycerstwem a oddziałami Czarnego Księcia. Nie wdając się w szczegóły powiem, że miałem pecha, a moi towarzysze broni zostawili mnie na polu bitwy, sądząc, że nie żyję. To były inne czasy, nie było służb sanitarnych ani szpitali polowych, więc leżałem po prostu w towarzystwie trupów i konających, czekając na śmierć, a było to straszne czekanie. Kiedy zaszło słońce, przyszła ona.
- I ugryzła cię? - zaryzykował Gerard. Nie wiedział jeszcze, które tematy są między wampirami tematami tabu, ale ten chyba nie był, gdyż Fronda tylko potrząsnął głową.
- Nie – odparł – Byłem zbyt wykrwawiony, by ryzykowała tradycyjną procedurę, więc zmusiła mnie tylko do przełknięcia swojej krwi, a potem zabrała mnie w bezpieczne miejsce. Tam lizałem się długo z ran, gdyż Anglicy pocięli mnie nieomal na dzwonka, jak za przeproszeniem śledzia, ale wyzdrowiałem. Tak to było.
Ukląkł na tylnym siedzeniu i sięgnął przez fotel obok kierowcy do schowka pod tablicą rozdzielczą.
- Siadaj normalnie – ofuknął go Never – Zaraz dojeżdżamy, nie chciałbym narazić się glinom.
Thierry wrócił na swoje miejsce i pokazał Gerardowi to, po co sięgnął: bardzo stary sztylet z wyrytym na rękojeści takim samym herbem, jak na ryngrafie.
- Znalazłem go niedawno w muzeum – rzekł – Zdobycie go kosztowało mnie pół godziny strachu i całonocny pościg po ulicach. Z trudem udało mi się zgubić gliniarzy, pewnie nikogo bym nie przekonał, że wziąłem tylko coś, co należało do mnie.
- Zawsze się w coś wpakujesz – Never zatoczył łuk przez bulwar St. Germain i wjechał w jakiś zaułek – Czasem mam poważne wątpliwości co do twego zdrowia
psychicznego. Żeby narażać życie dla jakiegoś zardzewiałego majchra, to doprawdy trzeba być tobą.
- To nie jakiś tam majcher, tylko mizerykordia, którą otrzymałem od ojca w dniu pasowania na rycerza. - Thierry oglądał sztylet z nostalgią graniczącą ze wzruszeniem.
- Ostrzegałem cię już, nie przywiązuj się do przedmiotów. Wysiadamy tutaj. - powiedział Hindus, zatrzymując royce’a na tyłach jakiejś niewielkiej knajpy. Rozejrzał się czujnie.
- Nikogo. Możemy wchodzić. - wyjętym z kieszeni kluczem otworzył drzwi i sprowadził przyjaciół krętymi schodami gdzieś w dół, przez kilka oddzielonych od siebie kondygnacji.


















































