Część IV
- Ostrzegałem cię już, nie przywiązuj się do przedmiotów. Wysiadamy tutaj. - powiedział Hindus, zatrzymując royce’a na tyłach jakiejś niewielkiej knajpy. Rozejrzał się czujnie.
- Nikogo. Możemy wchodzić. - wyjętym z kieszeni kluczem otworzył drzwi i sprowadził przyjaciół krętymi schodami gdzieś w dół, przez kilka oddzielonych od siebie kondygnacji. Na samym dole, jak się okazało, było coś w rodzaju sypialni – obszerne pomieszczenie, w którym stało kilkanaście łóżek, pooddzielanych od siebie zasłonami i parawanami, większość już zajętych. Thierry podszedł do parawanu w rogu i odsłonił kotarę, ukazując niskie łóżko, zasłane skórami.
- Witaj, moje łóżeczko – rzekł pieszczotliwie – Bardzo żeś tęskniło? Już jestem, łóżeczko...
Położył się na skórach i zasunął kotarę.
- O rany. - mruknął Gerard.
- Niech cię to nie zraża – pocieszył go Never – Fronda to dziwak, ale czego się spodziewać po kimś z samego średniowiecza? Poznaj innych: To jest Tygier, tamten, który czyta ‘Fizykę nuklearną’ to Gusto Vanderbelt, tamten to Jyan Min, zwany Velvet, ten w panterce to Jackie Kłamca, a ów Saladin ibn Hakim. Inni i tak śpią. A to, moi przyjaciele, nasz nowy kamrat, Gerard Philipe, który jest jeszcze za młody, żeby mieć ksywkę.
- Miło nam. - mruknęli bez zainteresowania przedstawieni. Gerard zauważył, iż byli tu sami mężczyźni, wszyscy bez wyjątku ciemnowłosi, tak jakby inna barwa włosów nie występowała w tym klanie. Idąc za przykładem Nevera znalazł dla siebie wolną leżankę i zasunął za sobą parawan. Zasypiając zdążył jeszcze pomyśleć, że jednak głupio to wszystko wyszło, i zaraz potem zapadł w lekki, niespokojny sen. Kiedy się zbudził, duża część gości kryjówki już wyszła na swoją nocną eskapadę, a ci, co jeszcze zostali, przeciągali się leniwie na swoich leżankach i ziewali. Never podał Gerardowi wysoką szklankę, wypełnioną ciemnoczerwonym, mętnym płynem. Gerard spróbował nieufnie i spojrzał na niego, nie kryjąc zdumienia.
- To krew konserwowa – wyjaśnił mu starszy wampir – Mamy swoich dostawców w każdej stacji krwiodastwa. Niby jak inaczej dalibyśmy sobie radę w dzisiejszych skomplikowanych czasach?
Gerard skinął głową.
- To rozumiem – rzekł – Ale powiedz, czemu wyraźnie czuję smak truskawek?
- W zależności od grupy krwi, czynnika RH oraz diety dawcy będziesz czuł różne smaki – odezwał się wampir zwany Gusto, unosząc się na łokciu – Twój organizm zaczął się już przystosowywać. Radża, mnie też nalej.
Otrzymawszy pełną szklankę usiadł i zaczął pić ze smakiem. Nie był zbyt wysoki, ale zbudowany jak zapaśnik, o pociąghłej twarzy kowboja z reklamy papierosów Malboro i kędzierzawych włosach, raczej ciemnobrązowych niż czarnych. Mówił z wyraźnym, niemieckim akcentem.
- Czemu tak pocierasz palce? - spytał po chwili.
- Bolą mnie, jakby były poparzone – wyznał z pewnym zakłopotaniem aktor – Zupełnie nie wiem, co się stało.
Gusto wzruszył ramionami.
- Pewnie dotykałeś medalionu Frondy – rzucił – To przecież srebro, musiałeś się sparzyć. Z nas wszystkich tylko jeden Fronda jest uodporniony na działanie srebra.
- A dlaczego? - zaciekawił się Gerard. Gusto stracił na chwilę rezon.
- Nie wiem. - wyznał po chwili.
- Też mi naukowiec – dobiegło złośliwe prychnięcie z leżanki zajętej przez Tygiera – Uodpornił się, bo jest cholernie uparty i za Chiny Ludowe nie chciał zdjąć tej blachy z karku. Czekaj, Gusto, idę z tobą!
Thierry odsunął zasłonę.
- Uparty, też coś. Ten ryngraf to moje dziedzictwo rodowe i to, że zostałem wampirem, w dodatku wbrew mojej woli, to jeszcze nie powód, żebym się z nim rozstwał. - rzekł buntowniczo. Wziął podaną mu butelkę i wypił jej zawartość, nie trudząc się przelewaniem jej do szklanki.
- Zawsze tu śpicie? - spytał Gerard po chwili, śledząc bez zainteresowania opuszczające kryjówkę wampiry. Never uśmiechnął się.
- Ależ skąd – odpowiedział – To tylko jeden z punktów awaryjnych. Używamy takich, gdy Łowcy z Insytutu Van Helsinga... to łowca wampirów z Draculi, wzięli jego nazwisko za logo swej instytucji... aktywizują się. Ostatnio wytropili nas tutaj, spalili jedną z pracowni Gusty i poważnie zagrozili nam wszystkim. Fatalnie się to zbiegło w czasie z twoją inicjacją, ale nie miałem wyboru. Fronda wiedział, że mam zamiar cię utrwalić, ruszył więc za mną, by nas ostrzec na czas. Ostatecznie roztrąbiono na cztery strony świata, gdzie zostaniesz pochowany, więc trzeba być ostatnią jałopą, by zmylić drogę. Dobrze, że udało mu się ominąć Łowców.
- Jeśli chodzi o ścisłość, to niezupełnie – powiedział Thierry lekko – Przydybała mnie jedna Diana Łowczyni, gdy wychodziłem od Erziki, taka nadgorliwa małolata z kuszą.
- Zdążyłeś ostrzec grupę Erziki? - zaniepokoił się hinduski wampir.
- Jasne, że zdążyłem – odparł jego przyjaciel, odkapslowując następną butelkę – A Dianie zafundowałem anyżkowy pocałunek.
- Ja zwariuję. Dlaczego anyżkowy? - jęknął Gerard. Rycerz w dżinsach napił się i wyjaśnił mu:
- Tak się mówi. To dlatego, że przy tradycyjnym poborze krwi twoja ofiara czuje smak anyżku, a przy zwykłym pocałunku mięty. To taki zabawny skutek uboczny. Zachichotał, jakby to było coś bardzo śmiesznego.
- Dziwne. - szepnął Gerard.
- Ano dziwne, ale nie pytaj mnie, jaki jest mechanizm tego zjawiska. Gdy jesteś w romantycznym nastroju, sam czujesz smak czekolady... jak ja teraz. Do licha, wezmę prysznic i idę do Agnes, podkręciłem się.
Rzucił opróżnioną butelkę do kosza, uśmiechnął się łajdacko i wszedł za drzwi, zza których po chwili doszedł szum lecącej wody.
- Fronda to czyścioszek – powiedział Never, przysłuchując się tym odgłosom – Inni myją się rzadko, korzystając z tego, że nasze ciało nie wydziela żadnych przykrych woni niezależnie od okoliczności, a on po prostu uwielbia chlapać się w wodzie. Jak kiedyś pojechaliśmy nad morze, to mało nie zamienił się w fokę ze szczęścia.
- Dobrze się znacie? - spytał aktor po chwili. Never zmarszczył lekko czoło.
- Dość dobrze – odpowiedział – Jesteśmy tym, co Amerykanie w stylu Jackie Kłamcy nazywają ‘sidekicks’. Trzymamy się razem od czasu wojen napoleońskich i naprawdę niejedno przeszliśmy. No dobra, zbieraj się, musimy zająć się tobą, Thierry da sobie radę sam.
- Jak to, zająć się mną? - spytał aktor, posłusznie wstając.
- A tak. Musimy zafundować ci całkowitą zmianę tak zwanego image – powiedział Never – Nie możesz chodzić po ulicach tak ubrany i tak uczesany, bo to byłoby jawną prowokacją. No nic, najpierw znajdźmy się w mieszkaniu, potem pomyślę, co da się zrobić.
Przyjrzał się mu krytycznie. Gerard wiedział, o co mu chodzi. Zazwyczaj nosił jasne lub ciemne spodnie smokingowego kroju i starannie wyprasowaną koszulę pod kolor, czasem marynarkę, a w chłodniejsze dni jasny trencz. W takim stroju znali go wszyscy, od Gibraltaru aż po Ural. Doświadczony wampir z dalekich Indii miewał już doczynienia z podobnymi przypadkami i wiedział dobrze, jak dalece zmienia człowieka w oczach innych fryzura i odpowiednio dobrany strój. Już w drodze zatrzymał wóz przed sklepem z ubraniami i po chwili wyszedł stamtąd z dużą paczką pod pachą. Następnie zawiózł młodszego kolegę do wielkiego apartamentu, mieszczącego się w starej, na wpół zrujnowanej kamienicy, opatrzonej tabliczką „Obiekt zabytkowy, nie podlega rozbiórce”.
- Tu nie trafili – stwierdził z zadowoleniem – Gdyby było inaczej, rozwaliliby wszystko, wiesz, oni są bardzo staranni w tym, co robią. Niszczą i palą wszystko z wzorową dokładnością.
Apartament rzeczywiście nie nosił żadnych śladów nieprzewidzianej wizyty. Urządzony był raczej dziwnie, choć w sposób niepozbawiony swoistego gustu, cały w stonowanych barwach granatu i jasnego fioletu, nie przeładowany zbędnymi meblami. Część sypialną wyznaczał rzeźbiony parawan, z sufitu zwisał kryształowy żyrandol osobliwego kształtu – jakby wieloramienna gwiazda, siejąca różnobarwnymi błyskami. W jednym kącie stała ogromna szafa, pełna książek, w drugim staromodny klawikord, a na ciemnopurpurowym dywanie leżało kilka wielkich poduszek, zastępujących wschodnim obyczajem krzesła.
- Łazienka jest tam.- powiedział Never, wskazując na ozdobne drzwi w jednej ze ścian. Gerard kiwnął głową i udał się tam, zabierając po drodze podany mu ręcznik i przybory do golenia. Nie bardzo miał ochotę oglądać samego siebie w lustrze, które z brutalną wyrazistością ukazywało mu kościste ciało, półprzezroczystą skórę z przeświecającymi na skroniach żyłkami, bezkrwiste wargi i wychudłą twarz, w której jedynie szmaragdowozielone oczy płonęły po dawnemu. Jak mógł wcześniej nie zauważyć, że jest z nim naprawdę bardzo niedobrze? Może nie chciał tego widzieć? Jego żona jednak widziała to na pewno, nie mógł więc zrozumieć, czemu milczała, pozwalając, by umierał nieświadomie, choć przecież kiedyś przyrzekli sobie, że będą zawsze wobec siebie szczerzy, bez względu na okoliczności.


















































