Część III: DOM
Nikt nie zwrócił na jego powrót uwagi. Więcej, miał wrażenie, że napotkani dworzanie czy służący unikają jego wzroku, tak jakby mieli coś do ukrycia. Gdyby nie był taki zmęczony i obolały, pewnie zainteresowałoby go to, ale teraz marzył tylko o tym, żeby się wreszcie położyć. Gdy wreszcie zamknął się w swej komnacie, zdjął wyszywany srebrem kaftan i czarną koszulę i z przyzwyczajenia obejrzał w wysokim lustrze swe poznaczone krwiakami i szramami ciało. Cały lewy bok miał granatowoczerwony, przez pierś biegła szeroka blizna o poszarpanych brzegach, mniejszych siniaków nawet nie liczył. Stawy łokci i nadgarstków były opuchnięte i bolesne w dotyku, jak to się często zdarzało. Wzruszywszy ramionami z fatalistyczną rezygnacją, książę narzucił na siebie piżamę i, otworzywszy sekretną szufladę swego biurko, wybrał dwie spośród leżących tam pigułek. Miał ich duży zapas – tylko dzięki nim wytrzymywał jakoś te noce i poranki po kolejnej akcji Tytana. Zwykłe ludzkie siły nie starczały, by wytrzymać reakcję organizmu na wyzwania, stawiane nadprzyrodzonej mocy wielkiego wojownika. Gdyby ktoś wpadł na pomysł, by zrobić królewiczowi kompleksowe badania, pewnie złapałby się za głowę, zobaczywszy wyniki… ale nikt tego nie robił. W królestwie Terny nie było takiego zwyczaju. Jeśli ktoś sam nie zgłaszał się do lekarza z jakąś dolegliwością, nie interesowano się jego zdrowiem. Badanie, a tym bardziej leczenie kogoś wbrew jego woli, uważano za pogwałcenie praw jednostki. Nie istniało coś takiego, jak badania okresowe, wstępne czy pracownicze. Tym bardziej nikt nie zmuszałby do nich syna króla. Taki stan rzeczy był Silvandowi bardzo na rękę, nikomu bowiem nie musiał tłumaczyć się ze swych ran czy niezwykłego u dwudziestolatka przeciążenia organizmu. Leki kupował sam, wybierając apteki w odległych dzielnicach, i w wolnych chwilach studiował podręczniki medyczne, by móc się sam leczyć. Teraz połknął pigułki, popił wodą z kranu i z ulgą wsunął się w chłodną, czystą, jedwabną pościel. Zasypiając pomyślał jeszcze, że oto wreszcie jest wolny, ale ta konstatacja nie ucieszyła go jakoś. Przeszła bez echa, jakby dotyczyła kogoś innego.
Rano, gdy Silvand zjawił się na śniadanie, zauważył, że ojciec patrzy na niego z jakimś dziwnym wyrazem twarzy – jakby z troską czy żalem. Nie miał siły, by się nad tym zastanawiać, ale w obolałej głowie zamajaczyło mu nieśmiałe spostrzeżenie, ze nie jest to normalne. Etykieta dworska Terny wymagała, by nawet w ściśle rodzinnym gronie panujący władca nie okazawał nic, poza bezwzględnym, chłodnym spokojem. Odkąd pamiętał, jego ojciec zawsze był właśnie taki, płakał zaś jedynie po śmierci matki Silvanda, piękności z dalekiego kraju, która do końca życia nie nauczyła się kochać nowej ojczyzny. Książę nie wyobrażał sobie ojca śmiejącego się, śpiewającego, krzyczącego z gniewu… Król Yaher zawsze był opanowany, o doskonałych manierach, mówiący spokojnym, równym głosem. Skąd więc ta nagła troska? Poza zdawkowymi, dopuszczonymi przez etykietę słowami nie powiedział nic, Silvand więc szybko zapomniał o swym zdumieniu. Miał inne zmartwienia. Całe ciało bolało go nieznośnie, czuł się chory, a ponadto doskwierało mu uczucie pustki, braku tego, co, choć znienawidzone, stanowiło treść jego życia przez ostatnie cztery lata. To było dużo, wiedział o tym. Długość życia Tytanów wynosiła zazwyczaj od trzech miesięcy do półtora roku. Rzadko który z nich przeżywał do dymisji, książę Silvand powinien więc czuć się dumny, ale… wcale się takim nie czuł. Pocieszał się myślą, że ten stan ducha minie, sam w to jednak nie wierzył. Był jak narkoman pozbawiony dostępu do narkotyku i wiedział, że nigdy już nie będzie w pełni szczęśliwy. Ten moment, gdy przesuwał diadem z szyi na skronie i wypowiadał magiczną formułę, kompensował wszystkie niedogodności bycia Tytanem. Wypełniała go wtedy czysta Moc, dając wolę walki, poczucie własnej kolosalnej siły i szaloną radość z samego faktu istnienia. Nic nie mogło się z tym równać. A teraz musiał nauczyć się bez tego żyć i nikt go nie spytał, czy tego chce. Co prawda, to nikt też nie spytał o to, czy pragnie zostać bohaterem – po prostu miał nim być. Bohaterem… Co to za bohater, który nawet nie korzysta z jakiegoś drobnego procentu należnej mu sławy? Silvand nie był próżny, ale czuł, że za jego walkę, za przelewaną krew, ból i całkowite zniszczenie życia osobistego należy mu się coś, cokolwiek. Tymczasem wszystko, co teraz miał, to zrujnowane zdrowie i opinię beznadziejnego niedołęgi, który myśli tylko o własnych przyjemnościach. Ta opinia była świetną przykrywką dla jego działalności – zgoda, ale jeśli miała zostać jego jedyną pamiątką po czterech latach nadludzkich wyczynów, to było to co najmniej niesprawiedliwe. Przecież Półbóg mógł coś z tym zrobić, gdyby chciał. Był Półbogiem, potrafił w zasadzie wszystko, ale sam nigdy nie ingerował w przebieg wydarzeń. Mógłby jednak zrobić dla niego wyjątek…
W ponurym nastroju Silvand dokończył śniadanie i wyszedł do ogrodu. Z trudem zmuszał obolałe ciało do wysiłku, wiedział jednak z doświadczenia, że tylko w ten sposób może nad nim jakoś zapanować. Gdyby, jak tego bardzo chciał, pozwolił sobie na przeleżenie tego dnia w łóżku, byłby potem obłożnie chory przez tydzień, a tego wolał uniknąć. Nie chciał tłumaczyć się ojcu. Krążył po ogrodach, omijając pracujących tam ogrodników szerokim łukiem. Nigdy dotąd nie czuł takiego lęku przed stykaniem się z ludźmi. Czuł się rozpaczliwie samotny, a jednocześnie bał się czyjejkolwiek bliskości. To było tak obce dla jego natury, że zaniepokoił się, i to poważnie.
- Powinienem chyba wybrać się do jakiegoś psychiatry – pomyślał i aż sam wzruszył ramionami – Tylko co ja mu powiem? Że byłem Tytanem, potem przestałem być Tytanem i nie mogę się teraz pozbierać? Absurd.
Nagłe pojawienie się Ezze w polu widzenia przerwało mu tok rozumowania. Ku swej wielkiej uldze spostrzegł, że jej obecność go nie drażni, przeciwnie, jest dla niego czynnikiem uspokajającym i podnoszącym na duchu. Gdy podeszła, zdobył się nawet na nikły uśmiech.
- Oho, coś nie tak, mój książę – powiedziała dziewczyna, obrzuciwszy go chłodnym spojrzeniem – Nie mów mi, że nie, bo przecież widzę.
Nie było sensu zaprzeczać. Ezze trudno byłoby oszukać, a jej zdolność „widzenia prawdy” bywała chwilami aż niesamowita.
- Jakoś mi źle i ciężko na duszy – powiedział – Posłuchaj, mam prośbę: zabierz mnie na przedmieście, tam, gdzie mieszkasz ty i twoi przyjaciele. Chcę zrobić sobie całodzienną wycieczkę, z dala od tego wszystkiego.
Dziewczyna popatrzyła na niego uważnie i po chwili skinęła głową. Jak zwykle, rozumiała wszystko, co nie zostało wypowiedziane i nie traciła czasu na zbędne słowa. I stało się tak, że królewicz Silvand po raz pierwszy udał się w te rejony stolicy, których nigdy nie odwiedził, nawet jako Tytan.
Życie Tytana wypełniała walka. Nie miał czasu myśleć o sprawach społecznych, a jako królewicz Silvand zajęty bywał przeważnie leczeniem urazów, jakie doznał. Sprawy poddanych zostawiał ojcu, wychodząc z całkiem słusznego założenia, że dbanie o ich byt nalezy do króla, nie do następcy tronu. Jedyną osobą „z ludu”, jaką do tej pory poznał, była matka Luuv, u której z początku mieszkała Ezze – na dobrą sprawę jej samej nie można było zaliczać do tej warstwy społecznej, mimo że tak się deklarowała. Jak określił to kiedyś kuzyn Silvanda, Enkid, po tej dziewczynie „widać rasę”. Na pewno nie pochodziła z ludu, choć mawiała czasem o sobie, że jest „ostatnią z ostatnich”. Nie zmieniało to jednak faktu, ze żyła między biedakami i była dla nich prawdziwym błogosławieństwem. A czy dla niego nie była?
Wszyscy przyjaciele Silvanda zginęli podczas czteroletniej wojny z demonicznymi wojskami Medona. Ten potwór miał nieprawdopodobną moc – nie tylko atakował w konwencjonalny sposób, umiał równiez wywoływać w sztuczny sposób naturalne katastrofy, a Tytan musiał sobie za każdym razem poradzić. Nie było czasu, by zawierać nowe znajomości, a dawnych przyjaciół nie zdołał ochronić. Ginęli jeden po drugim, aż w końcu nie został mu nikt, jedynie Ezze, której nigdy nie wciągnął w sprawy Tytana. Nie chciał tego. I teraz została mu tylko ona.

















































Odpowiedzi
Twoja podstawowa wada brzmi:
Twoja podstawowa wada brzmi: narzucasz zbyt duże tempo. Lubię twoje teksty, ale dodajesz je z taką częstotliwością, że się zwyczajnie w nich zakopuję i nie nadążam.
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna