Część V: TRZEBA ŻYĆ DALEJ
W ciągu kilku dni życie w pałacu ułożyło się tak, jakby Corado od zawsze był następcą tronu. Co prawda 'na mieście' obrzucono go na powitanie zgniłymi owocami (sprawców nie udało się ustalić, choć policja królewska bardzo się o to starała – Silvand podejrzewał w tej napaści rękę Ezze, ale rzecz jasna nikomu nie zwierzył się z tych podejrzeń), ale poza tym incydentem nie było nic niezwykłego. Corado, młodzieniec doskonale nijaki, ugrzeczniony i zdyscyplinowany, był niemal zbyt idealny i Silvand od razu powziął do niego jakąś dziwną niechęć. Starał się tego nie okazywać, ale unikał Corada, jak mógł, co przychodziło mu tym łatwiej, że już nikt go w niczym nie ograniczał. Co za ironia losu – teraz, gdy mógłby z łatwością bawić się w bohatera, bez narażania się na zdemaskowanie, nie był już Półbogowi do niczego potrzebny. Postanowił, że tak, jak mu to proponowała Ezze, ułoży swoje życie od nowa, ale okazało się to nadspodziewanie trudne. Był niczym weteran, który ma wreszcie czas dla siebie, ale nie ma już siły, by robić cokolwiek. Ta niemoc wypływała raczej z głębi ducha, niż z ze słabości fizycznej, bo mimo wszystko lata ciężkiej walki wzmocniły jego muskuły, nauczyły wykonywania nieomal cyrkowych akrobacji. Gdyby tylko nie bolały go stawy, zniszczone przez długotrwałe nadmierne obciążanie kośćca, gdyby, dotykając dłońmi żeber, nie wyczuwał zgrubień po złamaniach, gdyby wreszcie nie blizny, niektóre bardzo głębokie…
- We wszechświecie panuje równowaga – powiedział mu kiedyś Półbóg – Gdy pojawia się Wielkie Zło, równoczesnie zjawia się i Wojownik Dobra. I niepodobna, by było inaczej, bo cała kosmiczna kombinacja po prostu by się rozsypała. Czuj się zaszczycony, że to ciebie wybrano.
Półbóg nigdy nie zwracał uwagi na to, co Silvand czuje lub co myśli. Nie było to dla niego ważne. Początkowo młodziutki książę rzeczywiście czuł się dumny z tego, że jest Tytanem, szybko jednak przekonał się, że nie ma się z czego cieszyć. Życie, które przypadło mu w udziale, było ciężką niewolą, w której był takim samym przedmiotem jak miecz czy łuk, którymi walczył. Nie była to miła świadomość i buntował się przeciw temu nie raz, nie dwa. Teraz też czuł w sobie bunt, chociaż z zupełnie innego powodu. Towarzystwo Corada przy każdym posiłku było dla niego torturą, i nie dlatego, by miał do niego jakiś żal. Po prostu nie mógł znieść tego ugrzecznionego, spokojnego intelektualisty o zimnych oczach, a ukrywanie negatywnych uczuć kosztowało go dużo wysiłku. Starał się jak najmniej bywać w domu, ale zawsze w końcu musiał tam wrócić. W domu… Coraz mniej czuł się tam jak w domu. Tylko, gdy przychodziła Ezze, zapominał o zgryzotach i złym samopoczuciu. Jej sarkastyczne uwagi i piosenki, których go uczyła, były niczym wytchnienie, ale Ezze nie mogła siedzieć u niego cały czas. Miała swoje życie. Był jej wdzięczny za to, że w ogóle go odwiedzała.
- Nie rozumiem, jak możesz się tak spoufalać z podobną prostaczką – rzekł pewnego dnia przy śniadaniu Corado, gdy służąca przyszła z wiadomością, że śpiewaczka czeka w ogrodzie – To nie moja sprawa, ale ty nie powinieneś wdawać się w takie koneksje.
- Masz rację –powiedział Silvand, wstając śpiesznie od stołu – To nie twoja sprawa.
Był umówiony z Ezze na wycieczkę i z góry cieszył się na dzień spędzony z dala od pałacu królewskiego. Wziął po drodze koszyk z prowiantem, przygotowany przez jedną z kucharek i niemal wybiegł do ogrodu.
Ezze czekała na niego, przyglądając się kwiatom i szepcząc coś do nich jak do przyjaciół. Taki miała zwyczaj i nikt się już temu nie dziwił. Nie po raz pierwszy uderzył Silvanda kontrast między bogactwem jej wspaniałych włosów i ubogą sukienką, jaką miała na sobie. Nigdy nie chciała nic od niego przyjąć, ani w ogóle od nikogo. Ubierała się w jakieś szmaty ze 'skrzyni dla ubogich' i zdawało się, że specjalnie wybiera najgorsze łachmany. Zwykle nosiła jeszcze narzutkę ze zszytych ze sobą białych i czarnych rombów, ale tego dnia było wyjątkowo ciepło.
- Dokąd jedziemy?- spytał Silvand, mocując koszyk w bagażniku skutera.
- Och, przed siebie – odparła dziewczyna niedbale – Nie mam określonego celu. Byle za miasto. Mam dość murów i tłoku.
Była jakaś smutna i roztargniona, a jej mała twarz wydawała się szczuplejsza niż zwykle. Silvand zgodził się bez słowa. Niejeden już raz robili sobie pikniki pod lasem, w górach, tam gdzie nie było nikogo oprócz nich. Silvand lubił to, mógł wtedy być sobą, tylko sobą, nie księciem i nie herosem, a po prostu sobą, tak jakby na całej planecie nie istniało oprócz niego nic, tylko ta drobna dziewczyna i zieleń w koło. Chyba tylko wtedy naprawdę wypoczywał. Zastanawiające było to, że gdyby chciał opowiedzieć komuś o takim pikniku, to właściwie nie miałby o czym mówić – bo też nic się wtedy nie działo. Rozmawiali, albo nie rozmawiali, jedli to, co mieli, leżeli na trawie, wpatrzeni w niebo, które wtedy dziwnym sposobem należało tylko do nich… Nic osobliwego. Nawet sam dla siebie nie umiał sformułować określenia, czym dla niego są te krótkie wypady poza obowiązującą rzeczywistość.
- Chciałabym ci coś powiedzieć – rzekła Ezze tym razem, gdy obserwowali wspólnie obłoki – Ale jeszcze nie dzisiaj. Może jutro. Może pojutrze. Powiem ci. Będziesz musiał zmierzyć się ze sprawą, która być może cię przerośnie.
- To dobrze – odparł Silvand obojętnie – Będę miał o czym myśleć. Na razie czuję się niepotrzebny, bezużyteczny i beznadziejny. Tak, wiem, jak to skomentujesz: że powinienem znaleźć sobie zajęcie. Masz rację, tylko że nie potrafię zmusić się do niczego, tak jakbym cały czas był okuty w niewidzialne kajdany.
- Melancholia. Musisz ją zwalczyć sam, bo nikt ci w tym nie pomoże.
- Nawet ty?
- Zwłaszcza ja. Nie jestem przecież twoim dobrym duszkiem, mój książę. Jestem tu obca tak, że bardziej chyba nie można. Pochodzę z innego świata. Nie z innej planety, to byłoby zbyt proste, a z innego świata, który na mgnienie oka zwarł się z waszym. Nie mam prawa ci doradzać, skoro do tej pory nie wszystko o was wiem i nie całkiem was pojmuję.
Książę spojrzał na nią w zamyśleniu. Nie sądził wcale, by Ezze była tak obca, jak mówiła. Zaklimatyzowała się przecież wspaniale w ich środowisku, bardzo szybko opanowała też ich mowę, choć początkowo miała trudności z artykułowaniem niektórych głosek – podobno w jej rodzimym języku brzmiały zupełnie inaczej. Była odmienna, ale w powierzchowny sposób. Na Arnanie uważano, że o człowieczeństwie stanowią określone cechy osobowości, nie wygląd, a Ezze miała te cechy. Była inteligentna, współczująca, szlachetna, obdarzona silnym poczuciem sprawiedliwości i wrażliwością na piękno… Jej cynizm i zimna krew były tylko pozą, przybieraną chyba dla obrony przed kimś, kto mógłby chcieć ją skrzywdzić, przynajmniej tak się wydawało. Bo i któ chciałby ją skrzywdzić? Nie miała wrogów.
Powróciwszy do zamku Silvand nie od razu zauważył, ze coś jest nie tak. Brakowało znanych mu wartowników przy wejściu, ale był tak zadumany, że zlekceważył to. Nawet zupełnie puste korytarze nie wzbudziły jego niepokoju, ale zagłębiając się w plątaninę komnat odczuł wreszcie nieokreśloną obawę, jakby przeczucie czegoś, co mu się nie spodoba.
















































