Pendragon, tom II: Merlin (Stephen Lawhead)
Merlin - potężny czarodziej i
jasnowidz. Myrddin Emrys - królotwórca. Celtycki Sokół.
To imię z pewnością większości z nas kojarzy się
jednoznacznie pozytywnie. Mnie jednak, przyznam szczerze, po
dwukrotnej lekturze (kilkanaście lat temu i całkiem niedawno) jego
historii w wydaniu Stephena Lawheada, już mniej.
Na wstępie muszę Wam powiedzieć, że
nie bardzo wiem, od czago powinnam zacząć recenzję drugiej części
cyklu Pendragon, zatytułowaną właśnie tym imieniem - od wrażeń
miłych czy tych bardziej irytujących. Jak "Taliesin",
pomimo zgrzytów przy końcu, zostawił we mnie jesnak
przyjemne wspomnienie, tak "Merlin" zdecydowanie wywołał
bardzo mieszane uczucia.
Kim bowiem jest tu legendarny bohater?
Oczywiście boskim pomazańcem. Jakiego jednak boga? Oczywiście
Jezusa! Nie żebym była jakoś z zasady uprzedzona do tego akurat z
bóstw, jednak przedstawienie postaci takiej jak Merlin znany
mi wcześniej ze standardowych (i tych mniej tradycyjnych też)
legend arturiańskich, jako gorliwego chrześcijanina, wzywającego
co i rusz imienia Chrystusa, także podczas swych magicznych i z
gruntu pogańskich praktyk, jakoś nie bardzo mi przypadło do gustu.
Na domiar złego kult uprawiany przez
wczesnych chrześcijan, z tym starszym, czysto celtyckim, płynnie
miesza się w osobie głównej postaci. Autor starał się
usilnie znaleźć dla tegoż faktu jakieś logiczne wytłumaczenie,
moim zdaniem jednak bardzo nieudolnie. Mimo jego najszczerszych
starań oba wierzenia i ich praktyki gryzą się ze sobą
niemiłosiernie i wbrew temu, czego Lawhead próbował dowieść,
wcale nie znajdują wspólnego mianownika. Z jednej strony
przedstawia on dawne wiary jako plugawe zło, które należy
wykorzenić, z drugiej zaś jego chrześcijańscy bohaterowie w wielu
kwestiach nadal się ich kurczowo trzymają i czują wobec nich
sentymentalno-tradycyjny szacunek. Jak dla mnie jedno drugiemu,
przynajmniej w takim przedstawieniu, zaprzecza i nie dam się
przekonać, iż jest inaczej.
Czarę goryczy przelewają postaci
poboczne - Hafgan, teraz naczelny druid, który niszczy swoje
bractwo, ponieważ druhowie nie chcą przyjąć Jezusa za swojego
pana oraz Charis, która radośnie wywijając krucyfiksem,
przegania złe duchy z opętanych niewiast. Tego, mimo całej mojej
cierpliwości i sentymentu dla tego cyklu, wyniesionego z dawnych
lat, było już dla mnie za wiele. Ile razy autor pozwolił mi
ponownie poczuć niesamowity klimat dawnych legend o potężnych i
walecznych wielkich władcach, tyle razy skutecznie niszczył go
takimi oto ciekawostkami i odnoszeniem wszystkiego jak leci do
jedynej słusznej wiary chrześciajańskiej.
Książkę ratują jednak rozmaite
zalety, których mimo wszystko, wciąż nie brakuje. Opisy
nadal są barwne i pobudzające wyobraźnię czytelnika. Pojawiają
się sceny wzruszające do głębi. Nowe postacie poboczne nadają
smaku rozmemłanej, chrześcijańskiej papce głównych
bohaterów. Prawdziwymi perełkami okazują się wojowniczy i
nieco zbyt zapalczywy Uter, dwukrotna królowa-wdowa Igerna,
niejednoznaczny Gorlas czy utrzymujący szlachetność i tradycję
dawnych wodzów Teudrig i Kustennin, wesoły Gwendolaj i
Ganieda - jednocześnie mocno kobieca i nieco "męska".
























































* "To mienię" - miano? Ta
tess, nie., 12/07/2009 - 13:24* "To mienię" - miano?
Ta recenzja przypadła mi do gustu bardziej niż pierwszego tomu. Brakuje jednak zdania kończącego, podsumowującego - jest dobry wstęp, dobrze prowadzone rozwinięcie, ale brak konkretnego zakończenia, tekst się urwał.
Co do książki - już widzę, że pewnie miałabym do niej podobny zarzut... ;p
--
bezczelna i ruda
Heh. Zakończenie... Szkoda,
Lorelay, nie., 12/07/2009 - 18:03Heh. Zakończenie... Szkoda, że ja nie mam na ten temat już nic więcej do powiedzenia :P Nie zakończę tego przecież w stylu "książka jest zajebista" - bo tak nie uważam, ani "jest do bani" - bo też tak nie uważam. Mija się też z celem powtarzanie, że mam mieszane uczucia. Może to przez złość na szefową, pogodę i niskie ciśnienie, migrenę i ból wszystkiego mam chandrę po prostu. Jak mi przejdzie to pewnie jakieś wymuszone zakończenie napiszę.
"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"