Red Rising: Złota krew (Pierce Brown) - recenzja

    Ponoć wśród pisarzy science fiction zdarza się mniej grafomanów niż pomiędzy autorami fantasy – ponieważ ten pierwszy gatunek postrzega się jako wymagający większej dyscypliny i przygotowania merytorycznego. Wynika to także z przekonania, że w przypadku sf twórca nie może uzasadnić swoich decyzji stwierdzeniem: „bo tak sobie wymyśliłem, a ponieważ to fantastyka, to mi wolno”. Nie będę oceniać prawdziwości takiego postawienia sprawy ani rozwodzić się nad procentowym udziałem złych i dobrych książek w rynku wydawniczym. Powyższą myśl przywołuję raczej na prawach anegdoty, ale także dlatego, że najwyraźniej Drageus za punkt honoru postawiło sobie bronienie tezy o wyższości science fiction nad fantasy. Rzeczywiście, książki tego wydawnictwa to, jak dotąd, wyłącznie fantastyka naukowa, w dodatku utrzymana na wysokim poziomie.

    Nie inaczej ma się rzecz z powieścią Pierce’a Browna Red Rising. Złota krew. Początkowo nie chciałam wierzyć, że książka zaoferuje mi cokolwiek nowego lub chociaż ciekawego. Zraził mnie do niej, niestety, okładkowy opis i zapowiedź ze strony wydawnictwa. Brzmiały tak banalnie, że aż odpychały. A tu, proszę, w środku niespodzianka.

    Ludzkość ewoluowała na tyle, że podzieliła się na nowe „subgatunki”, posegregowane według odpowiednich kolorów (taki „neorasizm”?). Najniżej w hierarchii stoi uciskana masa robotnicza znana jako Czerwoni (sic!), najwyżej zaś rasa panów, nieomal nadludzkich Złotych. Główny bohater, młodziutki Darrow, żyje w zupełnej nieświadomości istnienia okrutnego systemu kastowego. Jak każdy Czerwony, posłusznie wykonuje naznaczoną mu ciężką pracę w przekonaniu, że buduje lepszy świat dla przyszłych pokoleń. W jego życiu najważniejsza jest rodzina – przede wszystkim niedawno poślubiona Eo. Łatwo się domyślić, że chłopak wkrótce zostanie uświadomiony co do rzeczywistego wyglądu świata. Ba, czeka go szalone zadanie – przeobrazić się w prawdziwego Złotego, nie tylko ciałem, lecz także umysłem, a następnie zinfiltrować szeregi „wroga”.

    Zarysowaną powyżej fabułę Pierce Brown polewa smakowitym sosem różnorodnych odniesień kulturowych. Propagandowe przemowy Złotych trącą niekiedy nietscheanizmem, a sam tytuł książki aż zbyt nachalnie budzi skojarzenia z Marksistowską rewolucją społeczną. Żeby było ciekawiej, świat Złotych, zupełnie odmienny od realiów, w jakich żyją Czerwoni, pielęgnuje ideową więź z Imperium Rzymskim. Spokojnie, nikt nie biega po Marsie w togach! Chodzi raczej o zapożyczenie nomenklatury, imion oraz pielęgnowanie cnót uosabianych przez starożytnych bogów. Poza tym klimat pozostaje na wskroś futurystyczny.

    Autor Red Rising zdecydowanie wie, jak poruszyć w czytelniku czułe struny. Nie tylko szykuje dla niego wiele gwałtownych zwrotów akcji (czasem spodziewanych, a czasem nie), ale także świetnie manipuluje nastrojem poszczególnych scen. W tej książce żaden z dramatów postaci nie spłynie po odbiorcy jak po kaczce, gwarantuję. Naturalizm i brutalizm świata przedstawionego tylko utrudniają utrzymanie nerwów na wodzy. Sceny śmierci potrafią być koszmarne i wzruszające zarazem. Mimo tego lektura nie zakrawa na thriller ani horror, raczej na mroczną powieść przygodową.

    Muszę przyznać, że główny bohater, choć nie pozyskał sobie mojej sympatii, został bardzo ciekawie skonstruowany. Do gustu przypadła mi jedna jego cecha, rzadko spotykana dziś w literaturze: delikatność względem kobiet. Poza tym Darrow to postać nie uznająca kompromisów. W trakcie powieści ewoluuje na różnych poziomach: niemal dosłownie, ponieważ z Czerwonego staje się Złotym, a także w sensie dojrzałości psychicznej. Choć twarde życie w kopalni i tak pozwoliło mu wydorośleć ponad wiek, z biegiem zdarzeń chłopak nabiera doświadczenia i zmienia motywacje swoich działań. A przeczucie podpowiada mi, że w kolejnych tomach może również zmienić stronę, po której gra...

    Pozostali bohaterowie wypadli różnie. Niektórych Pierce Brown potraktował bardzo utylitarnie – dał im do spełnienia pewną funkcję, a potem odsunął na bok.

    Niestety, muszę się trochę przyczepić do polskiego wydania. Zaznaczę, że miałam w rękach egzemplarz recenzencki, zatem część moich uwag mogła ulec dezaktualizacji. Nie rozumiem na przykład decyzji o nietłumaczeniu niektórych oryginalnych nazw. O ile jeszcze przeboleję anglojęzyczny tytuł, o tyle wydaje mi się, że tłumaczka powinna wykazać trochę kreatywności i wymyślić jakiś zgrabny polski odpowiednik dla helldivera. Przy sortowaniu uczniów do poszczególnych domów w tekście kilkakrotnie pojawia się słowo pick zamiast zwykłego wybór. Poza tym imię Mickey nie odmienia się Mickeya, Mickeyowi i tak dalej – wie o tym każdy, kto choć raz oglądał kreskówki Disneya.

    Red Rising nie nudzi. Początek powieści może budzić pewne wątpliwości, ale w końcu akcja porywa odbiorcę. Czyta się lotem błyskawicy – rozdzialiki są krótkie, nieraz po kilka stron, więc gdy jeden z nich dobiega końca, natychmiast pojawia się pokusa: „...ten następny to już naprawdę ostatni”. I następny, i następny, i nie wiedzieć kiedy przeleciało sto stron. W dodatku finałowa scena budzi autentyczne zaskoczenie, wręcz niedowierzanie. A tu do następnego tomu przyjdzie pewnie nieco poczekać...

    Anna „Kresyda” Drwal
    korekta: Monika „Katriona” Doerre

    Za egzemplarz recenzencki dziękujemy
    wydawnictwu Drageus

    Tytuł: Red Rising: Złota krew
    Tytuł oryginału: Red Rising Trilogy #1: Red Rising
    Autor: Pierce Brown
    Wydawca: Drageus
    Tom: I
    Tłumaczenie: Kinga Składanowska
    Projekt okładki:Design Partners
    Miejsce wydania: Warszawa
    Data wydania: 2014
    Liczba stron: 432
    ISBN: 978-83-64030-25-3

    Konkursy

    Nazwa użytkownika

    Facebook

    Discus