Łabędzi śpiew. Księga I (Robert McCammon) - recenzja

    Przejdę od razu do treści, bez zbędnych wywodów o apokaliptycznych wizjach końca świata (wszak tych istnieje niezliczona ilość) czy podawania książek podejmujących problematykę ostatecznej zagłady (których jest zapewne więcej niż samych pomysłów). Łabędzi śpiew posiada bardzo niejasny blurb, ponieważ oprócz noty o autorze i ogólnych informacji na temat nagród i wpływu tytułu na swój gatunek (pozycji klasyfikowanej jako arcydzieło literatury postapokaliptycznej), występuje, jak to zazwyczaj bywa, zarys treści. Ale jaki to zarys! Chaotyczny, niejasny w swoim przekazie: tu jakieś dziecko, tam żebraczka z magicznym pierścieniem, w oddali czyhający chłopiec-zabójca, a także szereg mutantów krążących po ziemi! Tak po prawdzie, o czym traktuje ta pozycja?

    Jest to przede wszystkim wielowątkowa epopeja, której akcja rozpoczyna się kilka godzin przed wybuchem bomb atomowych. Tak, w Łabędzim śpiewie świat stanął na głowie, bowiem Stany Zjednoczone Ameryki wypowiedziały otwartą wojnę Rosji i rozpoczęły atak nuklearny. Wydarzenia w powieści zostały ukazane z perspektywy trzech grup bohaterów: oszalałej fanatyczki religijnej oraz żebraczki zwanej Siostrą Nawiedzoną, która przeżywszy wybuch atomowy w nieużywanym tunelu metra, znalazła mały, szklany pierścionek działający podobnie jak ten we Władcy Pierścieni Tolkiena. Wkrótce dołączają do niej ocalali nowojorczycy i postanawiają podążać za swoją szaloną przywódczynią. Z drugiej strony mamy do czynienia z zapaśnikiem Joshem, mężczyzna zupełnie przypadkowo, wraz z kilkuletnią Swan i jej matką, znalazł się na wypełnionym pociskami nuklearnymi polu kukurydzy w Kansas. Trzecią ekipę stanowi swoista mieszanina cywilów i generałów, którzy podczas wybuchów byli w podziemnym schronie we wnętrzu góry Idaho. Każda z grup opuszcza swoje miejsce i wyrusza w podróż bez celu, mając nadzieję spotkać innych ocalałych, a także zdobyć jedzenie, odzież, broń i przede wszystkim trochę opału (bowiem Słońce skryło się za radioaktywną grubą warstwą chmur i pyłu).

    Pierwsza część dylogii McCammona skupia się na ukazaniu kilkudziesięciu pierwszych godzin po eksplozji. Na początku pisarz wprowadza czytelnika w świat przedstawiony, jednak nie na zasadzie prostej i linearnej narracji, wręcz przeciwnie – wrzuca go w sam środek wydarzeń wprost do Waszyngtonu, gdzie lada moment prezydent podejmie decyzję o rozpoczęciu bombardowań. W kolejnych rozdziałach poznajemy nowych bohaterów, lecz również w konkretnym momencie ich życia, bez wyjaśniania przeszłości, tłumaczeń ich psychologicznych skaz czy też przyczyn skrzywień osobowościowych. Są to postacie już ukształtowane, dojrzałe, posiadają pełną świadomość swoich słabych i silnych stron. I to właśnie taka kreacja bohaterów pozwala autorowi na ukazanie ludzkich reakcji w skrajnych warunkach atomowego nalotu. Początkowo w fabule można dostrzec dość spory chaos w prezentowaniu owych historii, nie mających żadnego związku przyczynowo-skutkowego, niemniej stopniowo zazębiają się one, ukazując wyjałowioną ziemię i cudem ocalałych, silnie poparzonych protagonistów. W Łabędzim śpiewie nie ma miejsca na literackie upiększanie, wszystko jest tu brutalne, odrażające i pełne bólu.

    Z pewnością część lęków autora da się uzasadnić okresem politycznym, w jakim ta książka powstawała: koniec lat 80-tych, powszechna obawa przed wojną na linii USA-Rosja, tymczasowa moda na budowanie schronów atomowych (która nie przeminęła, co łatwo można zaobserwować w przypadku ciągle powstających bunkrów chroniących przed zombie, epidemiami i tym podobnymi rzeczami) panująca u bogaczy, napięte stosunki polityczne między krajami Europy Środkowo-Wschodniej a światem Zachodu, a także eksplozja różnego rodzaju sekt i grup religijnych głoszących rychłą zagładę Ziemi. Niemniej autor nie ubarwia swojej historii, część opisów przedstawionych w powieści jest bardzo drastyczna, wręcz wzbudzająca obrzydzenie (jak chociażby amputacja dłoni pułkownika Macklina, dokonana przez kilkuletniego Rolanda za pomocą tępego tasaka kuchennego), przy których to sceny z czołowych tytułów anime poświęconych skutkom nalotów bombowych (wystarczy wspomnieć Grobowiec świetlików oraz Boso przez Hieroszimę) wydają się tylko błahostką.

    Silną stroną Łabędziego śpiewu są jego bohaterowie – poddani skrajnym sytuacjom, często ukazują swoją prawdziwą osobowość oraz ujawniają skrywane lęki. Na tle kilkudziesięciu postaci wyróżniają się trzy: Swan, Roland oraz tajemniczy, bezimienny fan filmu. Dziewczynka posiada niezwykły dar, słyszy bowiem odgłos „umierającej rzeczywistości” skrytej między innymi w ścinanej trawie, zrywanych kwiatach, a także w spadających liściach drzew. Warto tu podkreślić, że tytuł książki nawiązuje do tej właśnie bohaterki, jej imię symbolizuje coś kruchego, niewinnego a zarazem pięknego, natomiast frazeologizm „łabędzi śpiew” odwołuje się do ostatnich godzin życia nieskalanej fizycznie protagonistki (jej twarz zostanie bezlitośnie zdeformowana przez skutki atomowej zagłady). Intrygujący jest również Roland, mały chłopiec cudem ocalały w podziemnym schronie. Jego dziecięca psychika wyparła tragiczne zdarzenie do tego stopnia, iż od chwili odzyskania przytomności dzieciak snuje „wielką narrację”, jakoby był potężnym i nieulęknionym Królewskim Rycerzem mającym za zadanie chronić swego króla (Macklina). I dochodzimy do trzeciej, najbardziej skrytej i mrocznej postaci, która w chwili wybuchu oglądała czarno-biały film w studyjnym kinie Manhattanu, zaś po skończonej projekcji filmu (już po nalocie bomb) wyszła bez najmniejszego szwanku i rozpoczęła poszukiwania Siostry Nawiedzonej wraz z jej magicznym pierścieniem. Ów bohater to ucieleśnienie czystego zła, czystą destrukcję, który z pasją szerzy zniszczenie wśród ocalałych.

    Łabędzi śpiew wciąga czytelnika od samego początku. I nie tylko ze względu na samą akcję, ale również realistyczne detale, jak na przykład panoszących się zmutowanych, dzikie zwierzęta, czy też uwolnionych pacjentów szpitali psychiatrycznych oraz kryminalistów i zwyrodnialców. Przy tak licznych zagrożeniach początkowe godziny po wybuchu pełne grozy, walki o czyste powietrze i zmniejszenie bólu wydają się zaledwie preludium do nadchodzących wydarzeń. Miliony osób leży i umiera na ulicach, brak jakiejkolwiek łączności z innymi miastami i kontynentami, niedobór prądu, leków i paliwa mocno dają się we znaki bohaterom. Wszystko, co stare, przeminęło, każdy otrzymał szansę na nowe życie, wymazując wszelkie błędne decyzje przeszłości. Świat po totalnym kataklizmie utracił jakąkolwiek spójność, dotychczasowe podstawy moralne i humanistyczne wartości legły w gruzach, na ponownie trzeba odbudowywać całą rzeczywistość. Z jakimi skutkami? Tego nie zdradzę, niemniej gorąco zachęcam do lektury Łabędziego śpiewu.

    Patrycja ‘Pattyczak’ Wołyńczuk
    Korekta: Monika ‘Katriona’ Doerre

    Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego
    dziękujemy Wydawnictwu Papierowy Księżyc


    Tytuł: Łabędzi śpiew. Księga I
    Autor: Robert McCammon
    Tytuł oryginalny: Swan Song
    Tłumaczenie:Maria Grabska-Ryńska
    Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
    Data i miejsce wydania: Słupsk, listopad 2013
    Oprawa: miękka ze skrzydełkami
    Wydanie: I
    Format: 145x205mm
    Liczba stron: 517
    ISBN: 978-83-61386-34-6

    Polski