Avengers: Czas Ultrona (2015) - recenzja


Kino superbohaterskie, nieważne jakie by było, i tak zawsze spotka się z ogromnym zainteresowaniem widzów. Słowa te potwierdza niedawna premiera filmu Avengers: Czas Ultrona. Długo wyczekiwana produkcja prezentuje się dwojako – z jednej strony odbiorca otrzymuje to, co lubi najbardziej, a więc supernaturalną nawalankę z dziesiątkami efektów specjalnych, z drugiej zaś dostaje zaskakująco płytką jak na tak rozbudowane uniwersum historię.

Zanim jednak napiszę, dlaczego uważam najnowszych Mścicieli za średnio udany film, postaram się nakreślić pozytywne strony dzieła Jossa Whedona. W dużej mierze produkcję ratuje scena otwierająca: atak Avengersów na zamek ich antagonisty reprezentuje to, co w uniwersum Marvela zawsze najbardziej mi się podobało, czyli doskonałe zgranie zespołu, który momentami nawet nie potrzebuje słów, by się porozumieć. Właśnie to w tej drużynie jest najlepsze. Nie przemawiają do mnie te wszystkie konflikty, grane przez aktorów na siłę i bez przekonania. Zdecydowanie bardziej wolę ich zjednoczonych przeciwko wrogowi, bo tylko wtedy wydają mi się interesujący. Sekwencją tą byłam dodatkowo urzeczona z uwagi na to, że przedstawiała jedność, którą w pierwszej odsłonie Mścicieli mogłam zobaczyć dopiero pod koniec obrazu. Cieszę się, że tym razem nie musiałam długo czekać, by poobserwować ich w skoordynowanej, wspólnej akcji. Wielka szkoda, że powoli następuje zaplanowany przez studio rozłam i wraz z kolejnymi filmami dojdzie do wydarzeń, które raz na zawsze zmienią to uniwersum w twór niekoniecznie przeze mnie lubiany.

Po drugie: rodzeństwo Maximoff. Co prawda wymuszone na twórcach niekanoniczne pochodzenie Wandy i Pietra nieco mnie irytuje, jednak w żadnym stopniu nie umniejsza to mojej sympatii wobec tej dwójki. Nieźle wykreowani, nie ginący w nawale innych superbohaterów, jednym słowem: wyraziści. Nawet w najśmielszych snach nie spodziewałam się, że marmurowa Elizabeth Olsen będzie w stanie zagrać tak skomplikowaną postać, a tu proszę, Scarlet Witch jak się patrzy! Wiem też, że wielu fanów narzekało na Aarona Taylora-Johnsona, ale dla mnie nie mogłoby być lepszego Quicksilvera. Charyzmatyczny i odrobinkę buńczuczny – właśnie tak go sobie wyobrażałam. No i ten akcent! Końcowa scena z jego udziałem okazała się zresztą jedyną, która mnie wzruszyła, a w filmie było kilka innych mogących do tego doprowadzić, lecz nic takiego się nie stało. Oczywiście, jego rola nie umywa się do epizodycznego występu bohatera w Przeszłości, która nadejdzie, jednak z pewnością zapada w pamięć. A przynajmniej mi zapadła.

Jeśli już mowa o postaciach drugo-, a nawet trzecioplanowych, to warto wspomnieć Visiona. Paul Bettany zdecydowanie ukradł show wszystkim pozostałym herosom, z Tonym Starkiem na czele. Według szacunków poświęcono mu niecałe dziewięć minut czasu ekranowego, jednak muszę przyznać, że każde sześćdziesiąt sekund aktor wykorzystał w stu procentach. Mocna, dobra rola – liczę, że postać Visiona będzie stale gościć w kolejnych projektach Marvela.

Po trzecie: humor. Bez niego nie byłoby Avengersów. Raczej niewyszukany, mimo wszystko sprawia, iż obcowanie z dziełem Jossa Whedona staje się dużo przyjemniejsze. Wszak reżyser przyzwyczaił już fanów do tego, że u niego zawsze jest śmiesznie. Szczególnie przypadły mi do gustu sceny z młotem Thora, a sądząc z głośnego chichotu na sali IMAX, nie mi jednej. To już chyba sztandarowa cecha filmów o marvelowskich superbohaterach, bo humor miesza się tu z patosem, ładnie się równoważąc. Dzięki temu produkcję łatwiej się ogląda, można odpocząć przed jakąś większą jatką, odprężyć się i czerpać z seansu prawdziwą przyjemność. Przecież krew, pot i łzy nie muszą lać się tu bez przerwy, odrobina humoru jest więc jak najbardziej wskazana.

To teraz trochę o minusach. Największą krzywdę Mścicielom wyrządził montaż. Produkcja jest wyjątkowo chaotyczna, ponieważ wycięto z niej kilkadziesiąt minut treści, która mogła nadać całości większy sens. Nie ma chyba nic gorszego niż wrzucić do filmu Andy'ego Serkissa, dać mu rolę charyzmatycznego rzezimieszka, a następnie zawęzić mu czas ekranowy do dwóch scen na krzyż, gdzie wypada grubo poniżej swoich możliwości. A to tylko jeden przykład z wielu. Mogłabym również rozwodzić się nad tym jak bardzo filmowi brakuje scen dających chwilowe wytchnienie. Takowych znalazłam w trakcie seansu dwie, góra trzy, przy czym jedna z nich to moment, w którym Ultron pojawia się na przyjęciu i oznajmia wszystkim, że postanowił doprowadzić do zagłady Avengersów.

Jeśli mowa o głównym wrogu superbohaterów, to muszę przyznać, że wypada blado na tle swojego komiksowego pierwowzoru. Pomijam już fakt, że w rzeczywistości to nie Tony odpowiadał za jego „narodziny” – o wiele gorsze jest tutaj powierzchowne potraktowanie motywów Ultrona. W obrazie mu poświęconym jego postać zostaje spłycona do androida, który zachowuje się trochę jak przysłowiowa baba – sam nie wie, czego chce, i ciągle zmienia zdanie, marudzi i czepia się, gdy ktoś ma inną opinię niż on. Genialnemu Jamesowi Spaderowi, którego głos wywołuje ciarki na plecach, dano więc do zagrania średnio udaną postać, śmieszącą, a nie budzącą grozę. Już nawet Loki w pierwszej odsłonie Mścicieli momentami był groźniejszy, mimo że od początku kreowano go na tego, co pod koniec jednak się zreflektuje. Ultron miał być tym złym przez duże „z”, ale w efekcie okazał się wydmuszką.

Nie podobało mi się również spłycenie roli Iron Mana. W ostatnim solowym filmie Tony'ego Starka nastąpił przełom, który powinien odbić się w jakiś sposób na jego charakterze. Liczyłam, że w nowych Avengersach otrzymam jakieś wyjaśnienie, jak to się stało, że znów trafił w szeregi herosów, ale gdzie tam! Nie dość, że nikt nawet się o tym nie zająknął, to jeszcze sam Żelazny Człowiek zachowywał się tak, jakby nigdy nie doszło do wydarzeń z Iron Mana 3. Co więcej, w moich oczach jego postawa bardziej przypominała Tony'ego z czasów sprzed Pepper niż po. Nie powiem, by mi się to spodobało, bo liczyłam, że twórcy pokażą głębię jego charakteru, zamiast cofać się do początków. Wiem, że taki Stark jest przez wszystkich najbardziej lubiany, ale trzeba przecież zachować jakiś porządek. Jak widać Whedonowi kompletnie na nim nie zależało.

Sam Robert gra zresztą tak, jakby mu się zbytnio nie chciało i w sumie czemu się dziwić – młodszy już nie będzie. Podobne odczucia mam co do części innych bohaterów, w tym Kapitana Ameryki (Chris Evans chyba tylko czeka aż skończy mu się kontrakt z Marvelem) i Thora (bardziej go w filmie nie ma niż jest, co wydaje mi się mieć przyczynę w nadchodzącym Ragnaroku, czyli solowym występie syna Odyna). Dobrze zagrali jedynie ci, którzy nie mają własnych projektów, a więc aktorzy odpowiedzialni za Czarną Wdowę, Hulka i Hawkeye'a. Zwłaszcza ten ostatni najbardziej rozwinął skrzydła, stając się niejako spoiwem całej drużyny Mścicieli. Wdowa i Pan Zielony jako oddzielne byty wypadli świetnie, inaczej ma się już sprawa z ich wątkiem miłosnym. Sztuczniej już być chyba nie mogło, ale czemu się dziwić, skoro Mark Ruffalo zbliża się powoli do grona podstarzałych gwiazdorów, a Scarlet Johansson dopiero zaczyna być prawdziwą seksbombą. Gdzie tu ma powstać chemia? Niestety, momentami więź tej dwójki przypominała kontakty Hugh Heffnera z króliczkami Playboya...

Podsumowując, Avengers: Czas Ultrona to bardziej kino akcji niż film dla osób, które chcą czegoś więcej od fabuły. Plusy równoważą się z minusami, więc finalnie wyszłam z seansu zadowolona, bo przecież nie mogę napisać, że nie bawiłam się równie dobrze, co reszta osób obecnych na sali. Może i spodziewałam się po tej produkcji czegoś więcej, ale wpływ na to miał fakt, że po prostu od lat jestem wierną fanką Marvela i chcę dla ich kinowego uniwersum jak najlepiej. Poszukiwaczom dobrej rozrywki mogę zatem z powodzeniem polecić najnowsze dzieło Jossa Whedona. Miłośnikom studia również, aczkolwiek radzę, by brali poprawkę na to, że nie wszystko w nim wypaliło.

Angelika Angie Wu Wawrzyniak
Korekta: Monika Katriona Doerre

Za bilet na seans dziękujemy sieci Cinema City.


Oryginalny tytuł: Avengers: Age of Ultron
Gatunek: Akcja | Sci-fi
Reżyseria: Joss Whedon
Produkcja: Jon Favreau, Kevin Feige, Stan Lee
Scenariusz: Joss Whedon
Montaż: Lisa Lassek, Jeffrey Ford
Zdjęcia: Ben Davis
Muzyka: Brian Tyler, Danny Elfman
Długość: 141
Język: angielski
Premiera: 08/05/2015
Obsada: Robert Downey Junior, Chris Evans, Scarlet Johansson, James Spader, Chris Hemsworth

Konkursy

Nazwa użytkownika

Facebook

Discus