Diablo III: Nawałnica światła (Nate Kenyon) - recenzja


    Nate Kenyon do moich ulubionych pisarzy zdecydowanie nie należy – przynajmniej nie po kiepskim Diablo III: Zakonie. Przypomnę krótko: książka okazała się rozwlekła, nudnawa, a postaci nijakie. Czy zmienia się to w Diablo III: Nawałnicy światła? Trochę tak (na szczęście), ale tylko trochę (niestety).

    Tym razem rzecz skupia się wokół postaci Tyraela, a akcja toczy się już po odrzuceniu przezeń skrzydeł i przyjęciu doli śmiertelników. (Napis na okładce głosi: [...] historia stanowi pomost między wydarzeniami z Diablo III a fabułą Reaper of Souls[...]). Nie zrezygnował jednak całkowicie z przebywania w Królestwie Niebios – pragnie wciąż służyć swym braciom i siostrom, tym razem zarządzając domeną Mądrości. Szybko wyczuwa, że Czarny Kamień Dusz wypacza jego ukochaną krainę, choć inni zdają się tego nie zauważać. W dodatku większość aniołów nie potrafi zrozumieć decyzji Tyraela i uważa wybór śmiertelności za oznakę słabości, a może nawet zdradę.

    Ostatecznie Mądrość opuszcza Królestwo Niebios i udaje się do Sanktuarium. Tam zamierza zgromadzić drużynę Nefalemów zdolnych wykraść Czarny Kamień Dusz i ukryć go w bezpiecznym miejscu, z dala od zakusów zarówno Nieba, jak i Piekła.

    Tyle w telegraficznym skrócie o opisanej w Nawałnicy światła historii. Od strony „warsztatowej” niewiele można książce zarzucić, choć nie ma też specjalnie powodów do pochwał. Czyta się całkiem nieźle, odbiorca nie potyka się co drugą stronę o wołające o pomstę do nieba (!) błędy tudzież dziwne kalki z angielskiego – za to co jakiś czas wpada po kolana w dłużyzny, z których niewiele wynika ani dla rozwoju fabuły, ani dla budowanego klimatu mrocznej przygody. Nie zrozumcie mnie źle, oczywiście każdy w tej książce naczyta się do woli o plugastwach, krwi i wyprutych trzewiach – pytanie tylko, kiedy podobne opisy zaczynają powszednieć i (o zgrozo) obojętnieć.

    Jeśli zaś idzie o postaci (a tych ważniejszych można by wyliczyć pewnie z tuzin), to są one mało wyraziste. Odznacza się oczywiście Tyrael, choć bywa, że jego rozterki nie różnią się zbytnio od problemów nękających pozostałych. Do bardziej charakterystycznych bohaterów zaliczyłabym także nekromantę Zayla i może jeszcze uczonego Kullena. Reszta okazała się tylko imionami na papierze – zabrakło dla nich bardziej skomplikowanych cech dystynktywnych tudzież naprawdę rozbudowanych relacji – wszystkie te aspekty w trakcie lektury wydają się powierzchowne, schematyczne, mało przemyślane.

    Powieść podzielono na trzy części i dopiero ta ostatnia wciąga czytelnika głębiej w nurt wydarzeń. Akcja nareszcie przyspiesza i nabiera rumieńców, dochodzi do rozegrania długo zapowiadanych wydarzeń. Ba, znajduje się nawet miejsce na kilka niespodzianek, choć ogólny przebieg historii łatwo daje się przewidzieć z góry. Szkoda tylko, że żmudne (a wcale nie tak drobiazgowo opisane) przygotowania do finału trwały około dwóch trzecich objętości książki. Trochę dużo jak na swoiste preludium...

    Wspomniałam na samym początku, że Nawałnica światłato jednak ciekawsza książka niż wcześniejszy Zakon. Dodam od razu, że nie należy tego uważać za wielki wyczyn – ale zawsze jakiś postęp. Wydaje mi się, że całej serii wyszłoby na dobre, gdyby nie szpikować jej tak obficie fatalistycznymi rozważaniami bohaterów na temat niemożności uniknięcia ponurego końca lub pełnymi żalu i poczucia winy wspomnieniami minionych zdarzeń. Rozgrywanie tragizmu postaci w sposób, który nie każe czytelnikowi co chwilę przewracać oczami i wzdychać z irytacją, to trudna sztuka, a Nate Kenyon zdecydowanie jej nie opanował.

    Spodobał mi się wprowadzony przez autora motyw rozdźwięku między Tyraelem a jego braćmi i siostrami – nie w wymiarze osobistych rozterek tego pierwszego (patrz poprzedni akapit), lecz raczej ze względu na reakcje aniołów. Postępek archanioła wprawił ich nie tylko w całkowite zdumienie, ale także w swego rodzaju zakłopotanie. Niebiańskie istoty nie potrafią uwierzyć, że ktoś mógłby się tak poświęcić, w dodatku dla ludzi! Cierpią na tym relacje z Mądrością, jego dwoista natura wyraźnie niepokoi pozostałych mieszkańców Królestwa Niebios – urodził się jednym z nich, zatem przysługują mu te same prawa i przywileje. Z drugiej jednak strony – dobrowolnie odrzucił skrzydła. Śmiertelność Tyraela budzi u innych ciekawość, litość, nawet lęk. Sprawia, że staje się on wyobcowany pośród swoich, ponieważ różnica doświadczeń i postrzegania świata nagle okazuje się zbyt wielka.

    I tak Diablo III: Nawałnica światła to kolejna książka, która trafia do worka z napisem „można, ale po co”. Jasne, że zapaleni wielbiciele wydawanej przez Blizzarda gry zapewne sięgną po ten tytuł, choć nie sądzę, aby dowiedzieli się z niego czegoś nowego o mrocznym uniwersum. Powieść Nate’a Kenyona jest przy tym tak hermetyczna, że raczej nie przypadnie do gustu nikomu spoza tego grona.

    Anna „Kresyda” Drwal
    korekta: Diana „Mongfind” Cereniewicz

    Za egzemplarz recenzencki dziękujemy
    wydawnictwu Insignis

    Tytuł: Diablo III: Nawałnica światła
    Tytuł oryginału: Diablo III: Storm of Light
    Autorzy: Nate Kenyon
    Wydawca: Insignis
    Tłumaczenie: Przemysław Bieliński
    Miejsce wydania: Kraków
    Data wydania: 2014
    Liczba stron: 368
    ISBN: 978-83-6394-440-7

    Polski
    Veris
    A mi się z kolei podobały

    A mi się z kolei podobały obie powieści, wszystko zależy od tego, jak się do nich podchodzi. Ja po prostu nie oczekiwałam zbyt wiele. Dostałam zwykły zapychacz fabularny i tego właśnie się spodziewałam.