Herkules (DVD) - recenzja


    Odrobinę starsi widzowie mogą pamiętać jeden z wielu kiczowatych seriali fantasy lat dziewięćdziesiątych, czyli „Herkulesa”. Potem jednak na kilkanaście lat postać ta odeszła w zapomnienie, dopiero w 2014 roku doczekawszy się filmowej wersji swoich przygód. Aczkolwiek reżyser, Brett Ratner, stworzył wizję odrobinę odbiegającą od dotychczasowych dzieł z udziałem tego herosa.

    Tak naprawdę nie wiadomo, czy Herkules naprawdę jest dzieckiem Zeusa, czy też nie – odpowiedzi na to pytanie nie uzyska do końca nikt, zarówno bohaterowie, jak i widzowie. Sam film opowiada zaś nie o jego dwunastu pracach (bardzo krótkie urywki z kilku zadań pokazane są w scenie otwierającej), lecz o tym, jak został wynajęty wraz z towarzyszami przez króla Tracji, by powstrzymać wroga pustoszącego kraj. Jednak nawet on nie jest w stanie przeciwstawić się całej armii, zaś szeregi mocodawcy są co najmniej wątłe.

    Zasadnicza różnica między mitycznym Herkulesem a jego filmowym odpowiednikiem jest dość spora: w recenzowanym obrazie nie mamy do czynienia z człowiekiem dokonującym czynów niemożliwych, lecz prostym najemnikiem, którego na dodatek wspomaga kilku kompanów. Przedsięwzięcie dość śmiałe dla tej postaci, pytanie jednak, czy miało jakikolwiek sens?

    Problem w tym, że właśnie nie miało – wykorzystanie postaci Herkulesa w filmie jest tylko chwytem marketingowym mającym przyciągnąć widzów; w końcu mityczny heros jest z pewnością bardziej rozpoznawalny niż anonimowy barbarzyńca. Na dobrą sprawę jednak „Herkules” w niczym nie różni się od typowego filmu fantasy, w którym występuje kilku bohaterów zaznajomionych z polem bitwy. Ot, kilka efektownych wygibasów, odrobinę więcej trupów i klasyczna fabularna wolta. Czyli zdecydowanie za mało, nawet jeśli kilka elementów można policzyć twórcom na plus.

    Na pewno należy do nich sytuacyjny humor (chociaż nie jest go zbyt dużo) i dość charakterystyczna kompania Herkulesa. Amazonka, wieszcz, nożownik, barbarzyńca i stojący z boku siostrzeniec głównego bohatera w roli starożytnego speca od PR. Aczkolwiek tylko ten drugi zyskał trochę uwagi ze strony scenarzystów – z nad wyraz patetycznym podejściem do kwestii własnej śmierci (którą to zdołał przewidzieć, co zresztą dało mu sporo sławy). Jednak to nadal tylko wisienki, tortu po prostu brak. Co najwyżej niewielkie ciastko w postaci The Rocka (czyli odtwórcy Herkulesa) – trzeba przyznać, że w tej roli sprawdził się wyśmienicie, chociaż z drugiej strony nikt nie wymagał od niego wspięcia się na wyżyny aktorstwa.

    Zupełnie nijaki – w tych dwóch słowach można oddać istotę całej ekranizacji „przygód” Herkulesa. Scenarzyści ewidentnie nie mieli pomysłu na coś intrygującego i porywającego, w efekcie czego stworzyli klasyczny obraz o wojowniku szukającym zapomnienia, co szybko przeradza się w chęć zemsty. Krótko mówiąc, „Herkulesa” należy traktować raczej jako ciekawostkę – bo nie ma w nim nic, czego odbiorca nie widział już w innych filmach tego typu.

    Dawid "Fenrir" Wiktorski
    Korekta: Matylda Zatorska

    Dziękujemy dystrybutorowi Monolith Videos za udostępnienie kopii filmu do recenzji

    Tytuł: Hercules
    Kraj produkcji: USA
    Język: angielski
    Reżyseria: Brett Ratner
    Scenariusz: Ryan CondalEvan Spiliotopoulos

    Polski