HideOut (Andreas Eschbach) - recenzja


    Andreas Eschbach jako autor powieści młodzieżowych z niezbyt dobrej strony pokazał się na polskim rynku – nudni, infantylni i płytcy do bólu bohaterowie oraz niewyszukana, prosta fabuła to cechy, które można przypisać także do dziewięciu na dziesięć innych tekstów dla tej grupy czytelników. A szkoda, bo jako autor książek „doroślejszych” wykazał się niemałym kunsztem. Na szczęście druga część jego trylogii, „HideOut”, zmywa złe wrażenie, jednak do ideału nadal daleka droga.

    Nietrudno się domyślić, że Koherencji nie udało się powstrzymać, i obecnie jej władza obejmuje coraz szersze kręgi, zarówno wśród najwyższych władz, jak i na poziomie zwykłych ludzi. Osoby pośrednio zamieszane w stworzenie jej początków nadal ukrywają się w leśnym obozowisku w nadziei, że nie zostaną wyśledzeni przez satelity wojskowe. W tym konflikcie obie strony mają słabe strony, a przeciwnik będzie starał się wykorzystać je na swoją korzyść.

    Na dobrą sprawę trudno powiedzieć o „HideOucie” więcej niż to, co zawierało się w recenzji „BlackOutu” – to nadal opowieść o niezbyt równej walce z międzynarodowym spiskiem, który, jeśli nie zostanie powstrzymany, obejmie w krótkim czasie cały glob. Walka z kolosem na glinianych nogach (choć nieco wytrzymalszych, niż można się spodziewać na pierwszy rzut oka) wymaga dość niekonwencjonalnych metod – w końcu trzeba wykorzystywać media, które mogą w mgnieniu oka zostać ocenzurowane przez członków Koherencji. I właśnie na tych ostatnich warto skupić się podczas lektury „HideOutu”.

    Z pewnością pochwalić należy niemieckiego twórcę za to, że powoli wychodzi z wcześniej obranych schematów fabularnych i zaczyna tworzyć własne, chociaż tempo tej pracy nie jest powalające. „HideOut” to nadal wykorzystanie motywów obecnych w „Zderzeniu czołowym” (jednak największe ich natężenie pojawia się właśnie w pierwszym tomie trylogii), obecnie zaś można do tego dołożyć powieści Cory’ego Doctorowa. Nad całością wciąż unosi się jednak zapach infantylnej atmosfery, obecny w poprzedniej młodzieżowej powieści Eschbacha – i to ona sprawia, że trudno traktować jego trylogię jak „poważną propozycję” także dla starszych miłośników gatunku.

    Największą bolączką powieści nadal są jej bohaterowie – ci starsi stanowią tylko uzupełnienie tła, od czasu do czasu przewiną się w jakimś dialogu lub krótkiej scenie, i w zasadzie na tym kończy się ich udział w całej fabule. Pierwszy plan to najmłodsi – i zarazem najgorzej wykreowani – uczestnicy walki ze spiskiem.. Nudni, irytujący, często wręcz porażający głupotą przemyśleń w świetle tego, co im grozi (czego najlepszym przykładem jest nastolatka zirytowana tym, że jej klip na YouTube ma mało wyświetleń). Z jednej strony… prawdziwe, z drugiej strony literacko sztuczne i nie do zaakceptowania przez bardziej wymagającego czytelnika.

    Lepiej, ale nadal nie za dobrze – to najkrótsza charakterystyka „HideOutu”. Niemiecki autor zdołał stworzyć odrobinę bardziej dynamiczną fabułę i nie rzuca już czytelnika na głęboką wodę. Problem jednak w tym, że zalety powieści nadal przysłaniają źle wykreowani bohaterowie, którzy wzbudzą w czytelniku więcej irytacji niż sympatii. Nie nastraja to zbyt pozytywnie do ostatniego tomu „Trylogii Outsiderów”, a tym bardziej do kolejnych młodzieżowych projektów Andreasa Eschbacha.

    Dziękujemy wydawnictwu Jaguar za egzemplarz książki do recenzji

    Dawid "Fenrir" Wiktorski
    Korekta: Matylda Zatorska


    Tytuł: HideOut
    Autor: Andreas Eschbach
    Wydawca: Jaguar
    Miejsce wydania: Warszawa
    Data wydania: 2014
    ISBN: 978-83-7686-239-2
    Oprawa: miękka

    Polski