Hobbit: Bitwa Pięciu Armii (2014) - recenzja

    Hasztag #OneLastTime mówił sam za siebie – dla większości miłośników tolkienowskiej prozy przeniesionej na ekrany to będzie ostatnie spotkanie ze Śródziemiem. Jako że fanką twórczości Profesora jestem od piątej klasy szkoły podstawowej, wizja zakończenia tej wspaniałej przygody wydawała mi się czymś strasznym i nierealnym, a mimo to ten dzień i tak w końcu nadszedł. Osiemnastego grudnia, na 24 h przed urodzinami mojego taty, wybrałam się do IMAX Cinema City w Łodzi na trzecią część Hobbita, zatytułowaną Bitwa Pięciu Armii.

    Podobnie jak rok temu na pokazie prasowym i tym razem sala była wypełniona po brzegi, jednak nie czułam, by komukolwiek poza mną udzielał się podobny nastrój – nostalgii z powodu definitywnego końca tego, co po Władcy Pierścieni raz jeszcze przeniosło mnie do tolkienowskiego Śródziemia.

    Widowisko właściwie od razu wrzuciło mnie w sam środek ekscytujących wydarzeń. Rozwścieczony Smaug nacierający na Esgaroth, Thorin wraz z kompanią zabarykadowany w Ereborze i szykująca się bitwa o nieprzebrane skarby ukryte we wnętrzu Samotnej Góry – Jackson zaczął z grubej rury. Nawet dobrze się złożyło, bo nie widziałam potrzeby raczenia widza nudnym wstępem. Od samego początku aż do końca filmu wiele się działo i czasem nie wiedziałam gdzie podziać oczy, ani w który fragment ekranu wpatrywać się w danej chwili. Wszystko wydawało mi się ważne i najchętniej w ogóle nie mrugałabym podczas seansu. Takiej produkcji należy w końcu poświęcić maksimum uwagi.

    Gdyby nie to postanowienie, pewnie wyszłabym z seansu przeświadczona o braku wad tego obrazu. Tymczasem parę takich mankamentów się znalazło. Największym absurdem, jaki rzucił mi się w oczy, był fakt, że orki z Gundabadu przebyły drogę porównywalną do tej, którą przeszła kompania Thorina z Rivendell do Ereboru, w kilka dni i w pełnym bojowym rynsztunku, podczas gdy krasnoludy, czarodziej i włamywacz tułali się podobną trasą całymi miesiącami. Jasne, orki są wytrzymałe, ale to samo można powiedzieć o spadkobiercach królestwa ukrytego pod Samotną Górą. Idiotyczne było zresztą to, że ledwo świat dowiedział się o wydarzeniach, które miały miejsce w Esgaroth, a elfy i cała reszta byli już w drodze po to, co kryło się w skarbcu świeżo upieczonego króla z rodu Throra. Na sam koniec warto wspomnieć o najgłupszym pomyśle reżysera, czyli glebołakach, a także nader durnym zachowaniu Thorina w potyczce na Kruczym Wzgórzu. Tak wprawiony w bojach krasnolud powinien wykazać się dużo większym rozsądkiem, a tu proszę – wściekłość i żądza zemsty wypleniły jego resztki z umysłu Dębowej Tarczy. Kreacją Richarda Armitage’a w tej części byłam zresztą zawiedziona. Uważam, że nie poradził sobie z zagraniem szaleństwa Thorina, przez co wypadł sztucznie i wzbudził we mnie niechęć. A poza tym, niech mi ktoś powie, od kiedy to koniec epickich bitew obserwuje się z klifu, a nie z samego środka wydarzeń? Pan Jackson tak bardzo skupił się na indywidualnych walkach w swoim dziele, że zapomniał, co było w nim najważniejsze. Odpowiedź kryje się w tytule.

    Ale żeby nie było, że tylko narzekam, napiszę teraz, co mi się w Bitwie Pięciu Armii podobało. Przede wszystkim Luke Evans w roli Barda wypadł naprawdę przekonująco! Urzekł mnie determinacją, gdy w jego mieście każdy ratował się ucieczką, a on wbrew rozsądkowi stanął do walki z groźnym smokiem. Decydująca scena na wieży wielu osobom nie przypadła do gustu, ale ja byłam nią urzeczona, głównie przez to, że widziałam w niej piękny moment w relacji ojca z synem, którzy szykują się na śmierć. Cały wątek Dol Guldur był według mnie fenomenalny, choć urwał się równie szybko, co obecność Smauga w obrazie Petera Jacksona. Elrond i Galadriela zupełnie ukradli show rannemu Gandalfowi, a i wobec Sarumana poczułam coś na miarę sympatii, mimo że wiem jaka z niego kanalia. Uważam też, że film bez Legolasa i Tauriel byłby niepełny. Choć ciemnowłosa elfka to kompletny wymysł reżysera, sądzę, że jest to jedna z lepiej wykreowanych postaci w trzeciej odsłonie Hobbita. Odważna towarzyszka księcia Mrocznej Puszczy stworzyła interesujący duet z synem Thranduila, tak że nawet naciągany wątek miłosny między nią a Kilim okazał się bardziej strawny niż sądziłam. No i sama bitwa! Ach, ten patos! Ach, ten Dain! Sześć filmów zajęło Jacksonowi wykreowanie idealnego krasnoluda, ale jak już przyszło co do czego, to przeszedł samego siebie. Z moim chłopakiem zgodnie uważamy, że Żelazna Stopa okazał się najciekawszym bohaterem Bitwy Pięciu Armii. I wcale nie przeszkadzało nam to, że na pole walki wjechał na opasłym wieprzku.

    Choć Peter Jackson ma swoje gorsze chwile w postaci antypatycznego Alfrida czy też wspomnianych wcześniej glebołaków, generalnie nie mogę mu zarzucić nic złego. Przeniósł na ekran jedną z moich ulubionych historii, zrobił z niej trzy świetne filmy i przedłużył moje szczęście o trzy lata. W każdej ze scen widać miłość reżysera do tolkienowskiego świata i cieszę się, że byłam świadkiem tego pięknego widowiska. Bitwa Pięciu Armii godnie zakończyła moją przygodę ze Śródziemiem. Zarówno muzyka, jak i obsada – wszystko spodobało mi się na tyle, bym mogła z czystym sumieniem powiedzieć, że trzy lata, które spędziłam, nerwowo wyczekując na kolejne premiery, nie były czasem straconym.

    Angelika Angie Wu Wawrzyniak
    Korekta: Monika Katriona Doerre

    Film obejrzeliśmy dzięki uprzejmości Cinema City.

    Oryginalny tytuł: The Hobbit: The Battle of the Five Armies
    Gatunek: Przygodowy | Fantasy
    Reżyseria: Peter Jackson
    Produkcja: Peter Jackson, Philippa Boyens, Carolynne Cunningham
    Scenariusz: Peter Jackson, Guillermo del Toro
    Montaż: Jabez Olssen
    Zdjęcia: Andrew Lesnie
    Muzyka: Howard Shore
    Długość: 144
    Język: angielski
    Premiera: 26/12/2014
    Obsada: Ian MacKellen, Martin Freeman, Benedict Cumberbatch, Richard Armitage, Orlando Bloom, Evangeline Lilly

    Polski