Igrzyska śmierci: Kosogłos. Część I (2014) - recenzja


    Rewolucję czas zacząć! Katniss Everdeen, wypuszczając pod koniec W pierścieniu ognia strzałę w kierunku sklepienia areny, uruchomiła mechanizm, którego nie da się już zatrzymać. Nieświadomie stała się dokładnie tym, w co usilnie nie chciała się przeistoczyć z powodu pogróżek prezydenta Snowa: symbolem rebelii, Kosogłosem zbuntowanych dystryktów.

    W pierwszej części Kosogłosa, ekranizacji ostatniego tomu trylogii autorstwa Suzanne Collins, główna bohaterka to kłębek nerwów. I nic w tym dziwnego, skoro chłopak, do którego ewidentnie coś czuje, choć nie potrafi przyznać się do tego nawet sama przed sobą, został zabrany do Kapitolu i najpewniej poddany wymyślnym torturom. Depresja Katniss pogłębia się zwłaszcza po wizycie w zdewastowanej Dwunastce. Miejsce, w którym mieszkała i wychowywała się pod okiem kochającej matki, stanowi w obrazie Francisa Lawrence’a obraz nędzy i rozpaczy. Zwłaszcza mi, osobie nazbyt emocjonalnie podchodzącej do filmów, łzy zakręciły się w oczach na widok rozszarpanych przez bomby budynków, a już szczególnie, gdy kamera powędrowała wraz z Everdeen na szczyt wzgórza pełnego doszczętnie spalonych ciał. W Kosogłosie scenarzyści przestali się patyczkować i dość obrazowo pokazali widzowi okrucieństwo Kapitolu, a także obłudę rządów prezydenta Snowa.

    Książkowy pierwowzór trylogii Igrzyska śmierci stanowi idealny przykład powściągliwości. Choć odbiorca odczuwa głęboką frustrację z powodu niesprawiedliwości, jaka spotyka w powieści Katniss i jej przyjaciół, mimo wszystko trzyma emocje na wodzy, a przynajmniej ja tak miałam, gdy ją czytałam. Wydawać by się mogło, że w ekranizacji nie da się tego odtworzyć, bo przecież każdy film w zamyśle reżysera ma za zadanie wywoływać w czytelniku różne reakcje. A jednak Francis Lawrence dokonał niemożliwego i stworzył obraz, który z powodzeniem nazwałabym ciszą przed burzą. I dopiero po niej nastąpi wybuchowy finał w postaci ostatniej odsłony historii Kosogłosa.

    W najnowszej części filmowych Igrzysk śmierci w szczególności spodobało mi się to, w jaki sposób ukazano stopniowe przeistaczanie się Katniss w symbol rewolucji. Jako rozbita emocjonalnie, załamana utratą Peety i zrozpaczona po zagładzie Dystryktu 12 nastolatka, Everdeen ma prawo nie czuć się na siłach, by stać się słynnym Kosogłosem. Spora część fabuły została poświęcona właśnie temu zagadnieniu, co w moim odczuciu sprawdza się doskonale z dwóch powodów. Po pierwsze, film jest wstępem do właściwej rewolucji w Panem. Po drugie, widać tutaj wspaniałą grę aktorską Jennifer Lawrence. Dowodem jej talentu są przede wszystkim sceny kręcenia pierwszych propagitów, gdzie odtwórczyni roli Katniss, uzdolniona, jakby nie patrzeć, dziewczyna, odgrywa rolę kiepskiej artystki. Zresztą nie jest to jedyny przykład doskonałego przygotowania Jen do wcielenia się w postać Kotnej. W jej wykonaniu faktycznie czuje się tę antyspołeczność Kosogłosa, wyobcowanie bohaterki, czy też brak jakichkolwiek atrybutów osoby, która miałaby poprowadzić lud do zwycięstwa. Choć nie można powiedzieć, by Lawrence grała wybitnie, to jednak z powodzeniem jestem w stanie zaakceptować jej kreację aktorską. Tylko w jednym przypadku Jennifer nie wypadła za dobrze – mowa o scenach, gdzie miała zaprezentować napad histerii głównej bohaterki, lecz zrobiła to niezbyt przekonująco. Widać nie było jej to pisane, warto jednak wiedzieć, że pod każdym innym względem Lawrence zachwyca.

    Kolejne pochwały należą się reszcie obsady Kosogłosa. Peeta Mellark grany przez Josha Hutchersona, mimo że obecny praktycznie tylko na ekranie telewizora w trakcie wywiadów z Caesarem, jest wręcz doskonały w grze samą twarzą! Praktycznie powaliły mnie na kolana wszystkie sceny z jego udziałem, gdy mówił jedno, a mimiką przekazywał drugie. Niesamowite, że tak młodemu aktorowi udało się pokazać coś tak nieuchwytnego na pierwszy rzut oka! Początkowo dziwiła mnie obecność w fabule Effie Trinket, ale w sumie została ona tak ciepło przyjęta przez fanów, że jej dalszy udział w filmie jest według mnie usprawiedliwiony. Grana przez Elizabeth Banks bohaterka pojawiała się rzadko i na chwilę, więc nie można powiedzieć, by była to nachalność ze strony scenarzystów. Wiele głosów chwali też ostatni występ Phillipa Seymoura Hoffmana. W zamyśle zagrał on człowieka zaślepionego ambicją bycia doskonałym marketingowcem, dla mnie jednak sceny z jego udziałem były koszmarne. Te wszystkie uśmieszki nie pasowały do mojej wizji Plutarcha, gdyż oczami wyobraźni widziałam w nim osobę poważną. Także prezydent Coin w interpretacji Julianne Moore oraz Cressida wykreowana przez Natalie Dormer zjednały sobie moją sympatię. Były wyraziste i posiadały pazur, co w tego typu filmach się sprawdza. Szkoda w tym wszystkim Liama Hemswortha wcielającego się przecież w jedną z ważniejszych postaci w serii. Mimo że Gale jest naprawdę istotny dla sprawy, to odtwórca jego roli i tak notorycznie sprowadzany jest do poziomu apetycznego, cierpiącego ciacha.

    Jeszcze słowo o oprawie muzycznej i wizualnej filmu. Uważam, że brak efektów specjalnych na skalę megaprodukcji to strzał w dziesiątkę. Kosogłos nie potrzebował wyolbrzymionych scen wybuchów, by przyciągnąć uwagę widza. Bardziej liczyły się tutaj elementy psychologicznej rozgrywki pomiędzy prezydentem Snowem a rewolucjonistami, a także skłaniająca do refleksji kwestia samej rebelii oraz konsekwencji, jakie za sobą niesie. Jeśli zaś chodzi o muzykę Jamesa Newtona Howarda, to nie mam co do niej żadnych krytycznych uwag. Jak zwykle jest klimatycznie, jak zwykle nostalgicznie i bardzo emocjonalnie, a to w twórczości tego człowieka cenię najbardziej. Do tego każdy fan z pewnością nie raz, nie dwa zanuci słynną piosenkę Hanging Tree zaśpiewaną przez Katniss. Co jak co, ale tego, że Jennifer Lawrence jest też świetną piosenkarką, chyba nikt z wielbicieli Igrzysk nie przewidział. Brawa za odwagę, bo wyszło wyśmienicie!

    Podsumowując, pierwsza część filmowego Kosogłosa to kawał porządnego kina, a nie kolejny z rzędu efekciarski obraz z arenami, wybuchami i pościgami. Uważam, że jest to spokojna i wyważona wizja, wspomniana wcześniej cisza przed burzą. Tylko czekać na pierwszy grzmot, który zabrzmi w polskich kinach dopiero za rok. Ale warto na niego zaczekać!

    Angelika Angie Wu Wawrzyniak
    Korekta: Monika Katriona Doerre

    Film obejrzeliśmy dzięki uprzejmości Cinema City.

    Oryginalny tytuł: The Hunger Games: Mockingjay Part 1
    Gatunek: Przygodowy | Sci-Fi
    Reżyseria: Francis Lawrence
    Produkcja: Suzanne Collins, Michael Paseornek
    Scenariusz: Danny Strong, Peter Craig
    Montaż: Allan Edward Bell, Mark Yoshikawa
    Zdjęcia: Jo Willems
    Muzyka: James Newton Howard
    Długość: 132
    Język: angielski
    Premiera: 21/11/2014
    Obsada: Jennifer Lawrence, Julianne Moore, Josh Hutcherson, Liam Hemsworth

    Polski