Stacja jedenaście (Emily St. John Mandel) – recenzja

    Pewnej zimowej nocy popularny aktor Arthur Leander, znany z licznych skandali, kilku małżeństw oraz niezliczonej ilości romansów, umiera w teatrze podczas finałowej sceny Króla Leara. Świadkiem tego wydarzenia jest kilkuletnia dziecięca aktorka Kirsten Reymond, która piętnaście lat później przemierza wraz z Podróżującą Symfonią amerykańską ziemię, wystawiając sztuki Szekspira. Dzień śmierci Leandera okazał się jednocześnie dniem zagłady ludzkości z powodu tajemniczego wirusa, który wybił 99,9% mieszkańców świata.

    Tak naprawdę Jedenasta stacja to powieść, której fabuła ledwie dotyka wątku fantastycznego, za to w dużej mierze skupia się na roli sztuki w społeczeństwie i sposobu, w jaki postrzega się całą rzeczywistość przez jej pryzmat. To książka przepełniona melancholią, piękna i jednocześnie bardzo nostalgiczna, traktująca o potrzebie obcowania z kulturą w nawet najbardziej ekstremalnych warunkach. Okazuje się, że obecność sztuki może stać się impulsem do utrzymania relacji między ludźmi, którzy chcą się skupić wokół nieuchronnie uciekającego piękna i wrażliwości, jaka zaczyna zanikać na ich oczach.

    Autorce w bardzo ciekawy sposób udało się uchwycić koniec znanej nam cywilizacji: z jednej strony przedstawia świat sprzed zagłady z punktu widzenia Arthura Leandera i kolejnych wydarzeń w jego życiu: rozstania, nowego związku, początków kariery, narodzin syna, kolejnego rozwodu i zbliżającej się śmierci. Z drugiej strony czytelnik ma do czynienia z wydarzeniami rozgrywającymi się piętnaście lat po epidemii tajemniczego wirusa powodującego gruzińską grypę. Cała znana nam rzeczywistość uległa zagładzie, samoloty i hotelowe budynki służą jako mieszkania, nie ma bieżącej wody, prądu, telefonów komórkowych. Młode pokolenie nie ma pojęcia, czym jest internet i dlaczego rodzice tak bardzo tęsknią za samochodami. Za to wiedzą, iż od draśnięcia starym gwoździem można umrzeć, a podróż między kolejnymi osadami zajmuje nawet kilka tygodni.

    W Jedenastej stacji przewija się kwestia tego, jak zostaniemy zapamiętani przez potomnych i co po sobie pozostawiamy. Czy są to tylko wycinki z gazet przywołujących kolejne skandale i ekscesy, czy kryje się pod tym coś więcej? Samo przetrwanie nie wystarcza – ten cytat ze Star Treka wytatuowała sobie Kristen, młoda kobieta poruszająca się w postapokaliptycznym świecie, starająca się pomóc odnaleźć ocalałym sens istnienia w rzeczywistości bez nadziei.

    Autorka pozornie ukazuje degradację wartości w dystopijnej wizji przyszłości, niemniej robi to z taką wrażliwością i delikatnością, iż osoby stroniące od fantastyki z pewnością odnajdą uniwersalizm poruszanych problemów i naprawdę ogromny ładunek emocjonalny, jaki niesie ze sobą lektura powieści. Do czego można przyrównać Jedenastą stację? Cóż, tak naprawdę nie ma żadnej książki, która chociażby w niewielkim stopniu była podobna do prozy Emily St. John Mandel. Świat po zagładzie i garstka ocalałych błąkających się po opustoszałych ziemiach? Przychodzi mi na myśl Łabędzi śpiew Roberta McCammona, niemniej jest to bardzo naciągane porównanie na niekorzyść omawianej pozycji. To bardzo oryginalna powieść, jedna z tych, których... nie chce się kończyć. Żadne słowa nie są w stanie oddać cudownego klimatu, jaki towarzyszy lekturze. Gorąco polecam, to jedna z najlepszych książek, jakie dane było mi poznać w tym roku.

    Patrycja ‘Pattyczak’ Wołyńczuk
    Korekta: Matylda Zatorska

    Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego
    dziękujemy Wydawnictwu Papierowy Księżyc


    Tytuł: Stacja jedenaście
    Autor: Emily St. John Mandel
    Tytuł oryginalny: Station Eleven, 2014
    Tłumaczenie: Magdalena Lewańczyk
    Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
    Data i miejsce wydania: 18.11.2015, Słupsk
    Oprawa: miękka ze skrzydełkami
    Wydanie: I
    Liczba stron: 426
    ISBN: 978-83-61386-74-2

    Polski