Świat odbity w kocich oczach

Kot jest stworzeniem niezwykłym. Udomowiony niemal dziesięć tysięcy lat temu, towarzyszy człowiekowi, ale nigdy nie dał się poznać do końca. Fascynuje i frapuje. Wielu twórców daje odbicie tego w literaturze.


(Alicja w Krainie Czarów, 2009)

Trudno wyobrazić sobie „Mistrza i Małgorzatę” bez Behemota, a „Alicję w Krainie Czarów” bez Kota z Chesire… czy dzieciństwo bez usłyszenia historii o Kocie w Butach. Koty utożsamiano z boginią Baset w starożytnym Egipcie i mumifikowano je tak jak ludzi, by zapewnić im życie wieczne; z kolei w średniowiecznej Europie wyobrażano sobie, iż towarzyszą czarownicom.

Tajemniczość oraz gracja towarzyszące tym stworzeniom sprawiły, iż ich imiona przybrały Kobieta Kot z DC oraz Czarny Kot z Marvela. Garfield, kot Simona, Hello Kitty czy Tom z „Toma i Jerry’ego” znane są na całym świecie. Nic więc dziwnego, że zwierzęta te powracają w wytworach kultury wciąż i wciąż…

W tym tekście chciałabym się jednak skupić nie na głównych kocich bohaterach, a przyjrzeć się tym epizodycznym – czasami bowiem przedstawienie niewielkiego wycinka świata potrafi uczynić opis o wiele bardziej przejmującym niż szeroki pejzaż uwzględniający mrożącą krew w żyłach liczbę ofiar.

Łatwo zaobserwować to u George’a R.R. Martina w „Pieśni Lodu i Ognia”. Gdy dowiadujemy się o okrucieństwach księcia (a później króla) Joffreya Baratheona, odkrywamy, iż jako dziecko wyciął on kocięta z brzucha ciężarnej kotki. Łagodność i dobre serce jego młodszego brata także zostają zaprezentowane przez stosunek do kotów – Tommen czule odnosi się do kociąt podarowanych mu przez jego znacznie starszą narzeczoną, nadaje im imiona i bawi się z nimi. Księżniczka Rhaenys wspominana przez bohaterów także budzi sympatię, choć prócz opisu jej śmierci poznajemy jedynie jej stosunek do czarnego kocura, którego niezwykle kochała.


(Gra o Tron, 2011-2016)

W literaturze fantastycznej zaobserwowałam trzy opisy, które – skupiając się na kocich losach – w idealny sposób zarysowały szerszą sytuację w świecie przedstawionym i dowiodły kunsztu literackiego autorów, głęboko zapadając w pamięć.

Pierwszym z twórców jest Andrzej Sapkowski. Jest to zapalony kociarz i niezwykle często przemyca te zwierzęta w tle swoich opowieści, napisał także „Złote popołudnie”, czyli opowiadanie poświęcone postaci Kota z Chesire. Najbardziej przejmującym jednak opisem jest według mnie ten pochodzący z przedostatniego tomu sagi o wiedźminie, czyli „Pani jeziora”.

Stary pręgowany kocur, z racji umaszczenia zwany przez ludzi Rudzielcem, umierał. Umierał paskudnie. Tarzał się, prężył, drapał ziemię, wymiotował krwią i śluzem, wstrząsany konwulsjami. Miał do tego krwawą biegunkę. Miauczał, choć było to poniżej jego godności. Miauczał żałośnie, cicho. Szybko opadał z sił.

Rudzielec wiedział, dlaczego umiera. A przynajmniej domyślał się, co go zabiło.

Kilka dni temu do cintryjskiego portu zawinął dziwny frachtowiec, stary i bardzo brudny holk, zaniedbana krypa, wrak niemal. "Catriona", głosiły ledwie widoczne litery na dziobie holku. Liter tych Rudzielec – rzecz jasna – przeczytać nie umiał. Z dziwnej krypy, wykorzystując cumę, zlazł na keję szczur. Tylko jeden. Szczur był wyliniały, oparszywiały, nieruchawy. I nie miał jednego ucha.

Rudzielec zagryzł szczura. Był głodny, ale instynkt powstrzymywał go przez zjedzeniem paskudy. Ale kilka pcheł, wielkich, błyszczących pcheł, od których roiła się sierść gryzonia, zdołało przeleźć na Rudzielca i zadomowić się w jego futerku.

– Co jest z tym zatraconym kotem?

– Struł go ktoś pewnie. Albo zauroczył!

– Tfu, obrzydliwość! Ależ cuchnie, swołocz! Zabierz go przecz od schodów, kobieto!

Rudzielec wyprężył się i bezgłośnie otworzył zakrwawiony pyszczek. Nie czuł już kopnięć ani szturchnięć miotły, którymi gospodyni dziękowała mu właśnie za jedenaście lat łowienia myszy. Wykopany z podwórka, dogorywał w spienionym od mydlin i uryny rynsztoku. Dogorywał, życząc tym niewdzięcznym ludziom, by też zachorowali. By cierpieli tak samo, jak on.

Jego życzenie miało się spełnić niebawem. I to na wielką skalę. Na naprawdę wielką skalę.

Kobieta, która wykopała i wymiotła Rudzielca z podwórka, zatrzymała się, zadarła kieckę i podrapała się w łydkę pod kolanem. Swędziało. Ugryzła ją pchła.

Choroba, a raczej umieranie jednego, jedynego kota przemawiają do wyobraźni czytelnika, świadomego, czym jest dżuma i jak straszliwe żniwo zebrała w historii naszego świata. Cierpienie zwierzęcia przejmuje nieuczciwością – Rudzielec życiem przypłacił to, że głodował, w dodatku dotychczasowi opiekunowie wyrzekli się go w tak paskudnej chwili. Wspomnienie o wielkiej skali przypomina jednak o wszystkich dzieciach i dorosłych, uczciwych i nieuczciwych, o wszystkich ludziach, ale też innych domowych zwierzętach – o każdym, kto wkrótce podzieli jego los. Opisem tej pierwszej, przypadkowej ofiary późniejszej epidemii pisarz oddał emocje, które stały się nieodmienną częścią życia bohaterów jego uniwersum dręczonych przez gorączkę krwotoczną – Plagę Catriony.


(Wiedźmin 3: Dziki Gon Krew i Wino. 2016)

Luke Scull w powieści „Miecz Północy” w historii pewnej kotki zawarł opowieść o mieście pogrążonym w zamieszkach.

Poszli razem w kierunku doków. Pokonali krótki odcinek drogi, gdy natknęli się na nieoczekiwaną twarz. Na mokrej ziemi siedział wielki mężczyzna tulący małe kocie ciało. Mimo szalejącej burzy dał się słyszeć jego szloch. Zwierzę, które trzymał w ramionach, było poczerniałe i zwęglone, jakby się spaliło.

– Ed? – rzekł Cole z niedowierzaniem.

Ogromny prostak odwrócił się, by na niego spojrzeć.

– Duch! – pisnął.

Cole dostrzegł grube bandaże, które pokrywały jego klatkę piersiową. Na przemokniętym opatrunku widniały jasnoróżowe plamy.

– Powinieneś odpoczywać na statku. Ed, ty prawie umarłeś.

Nudny Ed wzruszył masywnymi ramionami i wytarł ręką zwisający mu z nosa glut.

– Usłyszałem krzyki ludzi. Pomyślałem, że ktoś może potrzebować pomocy.

– Co ty z tym robisz? To jest martwe.

– Zadymiacz to zrobił! – ryknął ze złością Ed.

– Dorwałem go, jak krzywdził kocięta, i przepędziłem… ale mamusia kot była już martwa. Spalił ją.

– Gdzie są kocięta?

– Schowałem je w bezpiecznym miejscu. Gdzieś, gdzie jest sucho i ciepło.

Na twarzy Eda pojawiła się dziecięca nadzieja. Wyciągnął przed siebie pozostałości kota.

– Możesz jej wrócić życie, prawda? Spraw, żeby się ruszała, tak jak zrobiłeś to z martwymi.

– To tak nie działa, Ed. Mogę dowodzić spacerowiczami z Zarazy, ale nie potrafię wskrzeszać umarłych. Nie mogę nikomu przywrócić życia.

– Och. – Ed był teraz tak przybity, że Cole poczuł się winny. Nim zdążył cokolwiek zrobić lub powiedzieć, aby pocieszyć wielkiego mężczyznę, niebo w pobliżu pałacu przeciął błysk srebrnego ognia, a ulice miasta nagle się zatrzęsły.

– To nie była błyskawica – rzekł powoli Derkin.

– Ed, musimy już iść – powiedział pospiesznie Cole. – Miasto nie jest bezpieczne. Odłóż to… tę mamusię kot na ziemię. Nie możesz jej już pomóc.

– A co będzie z kociętami? – zapytał Ed.

Cole westchnął i zamrugał, zrzucając krople wody z oczu.

– Powiedziałeś, że są w ciepłym i bezpiecznym miejscu. Kocięta nienawidzą deszczu i boją się hałasu. Dopóki deszcz nie przestanie padać, będą tam szczęśliwsze. Możemy po nie później wrócić.

Ed uniósł grubą brew.

– Obiecujesz?

– Obiecuję.

Nudny Ed położył kota delikatnie na ziemi i wstał.

Tym razem wydarzenia nie są przefiltrowane przez świadomość zwierzęcia, a niepełnosprawnego umysłowo mężczyzny. Scull pokazuje, iż wojna wyciąga z ludzi to, co najgorsze, nie poprzez opisy mordów i gwałtów. Pokazuje krzywdę najsłabszych i bezbronnych – kotki z maleńkimi kociętami – obserwowaną przez kogoś, kto nie jest w stanie zrozumieć okrucieństwa. Między wierszami przebija zażenowanie towarzyszy Eda, którzy nie potrafią mu wytłumaczyć, iż powinni ratować swoje własne życia, zamiast zajmować się – niemożliwym – wskrzeszaniem martwej kotki. Trudno powiedzieć, czy bardziej bezradne są kocięta pozostawione bez matki w mieście ogarniętym konfliktem, czy mężczyzna o umyśle dziecka, który potrafi myśleć tylko o uratowaniu ich. Łatwo wyobrazić sobie jego cierpienie w momencie, gdy zrozumie, że obietnica najprawdopodobniej była fałszywa. Spalona kotka i bezradne kocięta symbolizują ofiary okrutnej, bezsensownej wojny, a Nudny Ed – inny rodzaj ofiar, czyli tych, którzy przetrwali, choć nie bez ran na duszy.


(Philip K. Dick i jego kot)

Ostatni z opisów, który przykuł moją uwagę różni się nieco od poprzednich. Zaraza i wojna to wydarzenia, które przychodzą i przemijają. Zawsze niosą ze sobą ofiary i zawsze prędzej czy później ostatnie ogniska epidemii gasną, a skonfliktowane strony uzgadniają warunki pokoju. Philip K. Dick w powieści „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” zawarł opis dnia codziennego bohaterów. Nie modlą się oni o koniec obecnej sytuacji, po prostu żyją z dnia na dzień w świecie, przed którym autor pragnął nas przestrzec.

Godzinę później, prowadząc już ciężarówkę przedsiębiorstwa, odebrał pierwsze w tym dniu szwankujące zwierzę. Elektrycznego kota. Leżał z tyłu w plastykowej, pyłoszczelnej klatce transportowej i dyszał nierówno. Można niemal pomyśleć, że jest prawdziwy, zauważył Isidore, wracając do Szpitala Zwierząt Van Nessa – niewielkiego przedsiębiorstwa o starannie wybranej, celowo mylącej nazwie, które ledwo wiązało koniec z końcem w bezwzględnie współzawodniczącym ze sobą świecie usług remontowych pseudozwierząt.

Cierpiący kot jęknął.

Ojej, powiedział do siebie Isidore. Miauczy, jakby rzeczywiście zdychał. Może jego obliczony na dziesięć lat akumulator ma zwarcie i wszystkie obwody przepalają się jeden po drugim. Poważna awaria. Milt Borogrove, technik Szpitala Zwierząt Van Nessa, będzie miał pełne ręce roboty. A ja nie podałem właścicielowi kosztorysu, pomyślał ponuro Isidore. Facet po prostu rzucił mi kota, mówiąc, l;że w nocy zaczął nawalać, a potem, jak sądzę, wystartował do pracy. W każdym razie jakakolwiek wymiana słów nagle się urwała – właściciel kota wzbił się z rykiem w niebo swoim nowiutkim, robionym na zamówienie hoverze. A był to zupełnie nowy klient.
Isidore powiedział do kota:

– Czy zdołasz wytrzymać do warsztatu? – Kot w dalszym ciągu popiskiwał cicho. – Po drodze doładuję ci akumulator – postanowił Isidore.

Skierował ciężarówkę w stronę najbliższego wolnego dachu i tam zaparkował nie wyłączając silnika. Wczołgał się do tyłu ciężarówki i otworzył plastykową pyłoodporną klatkę transportową. Widok jego białego ubrania i napisu na ciężarówce, dawał pełne złudzenie, że prawdziwy weterynarz udziela pomocy prawdziwemu zwierzęciu.

Elektryczny mechanizm umieszczony pod futrem, sprawiającym wrażenie całkowicie autentycznego, bulgotał i puszczał bąble. Kot miał wizyjne szkliste soczewki i zaciśnięte kurczowo metalowe szczęki. Wmontowane w pseudozwierzęta obwody „chorobowe” nigdy nie przestawały zadziwiać Isidore’a. Konstrukcja, którą obecnie trzymał na kolanach, została zmontowana w taki sposób, że kiedy ulegał uszkodzeniu podstawowy element, całe zwierzę sprawiało wrażenie nie uszkodzonego, ale chorego. Mógłby mnie oszukać, powiedział do siebie Isidore, macając sztuczny brzuch w poszukiwaniu pulpitu kontrolnego (bardzo małego w tej odmianie pseudozwierzęcia) oraz terminalu szybkiego ładowania. Nie mógł ich znaleźć. Nie mógł również zbyt długo szukać, mechanizm niemal całkowicie przestał funkcjonować. Jeżeli nastąpiło krótkie spięcie, pomyślał, to może powinienem próbować odłączyć jeden z przewodów prowadzących od akumulatora. Wtedy mechanizm się wyłączy, ale uszkodzenie nie będzie się powiększało. A potem w warsztacie Milt naładuje go z powrotem.

Zręcznie przesunął palcami po pseudokościstym grzbiecie. Przewody powinny być w tym właśnie miejscu. Cholernie dobra robota, absolutnie idealna imitacja. Kabli nie dawało się wyczuć przy najdokładniejszym nawet badaniu. To musi być robota Wheelrighta i Carpentera – kosztowały dużo, ale natychmiast rozpoznawało się doskonałą jakość.

Poddał się. Fałszywy kot przestał działać. Najwidoczniej spięcie, jeżeli właśnie spowodowało uszkodzenie, zniszczyło zasilanie i podstawowe serwomechanizmy. Naprawa będzie kosztować mnóstwo pieniędzy, pomyślał pesymistycznie. No cóż, pewnie zwierzakowi nie robiono profilaktycznego czyszczenia i smarowania trzy razy do roku. Na tym wszystko polega. Właściciel będzie miał nauczkę – i to bolesną.

Wrócił na fotel kierowcy, ustawił stery na wznoszenie, wzbił się znowu w powietrze i podjął lot w stronę warsztatu naprawczego.

W każdym razie nie musiał już słuchać szarpiących nerwy pojękiwań produktu, mógł się rozluźnić. Ciekawe, pomyślał, chociaż wiem, że to imitacja dźwięków wydawana przez pseudozwierzę, w którym przepalają się serwomechanizmy i zasilanie, ale jednak czuję skurcz żołądka. Chciałbym, pomyślał z bólem, znaleźć jakąś inną pracę. Gdybym nie oblał testu na inteligencję, nie musiałbym pełnić tych paskudnych obowiązków i znosić towarzyszących im bolesnych przeżyć emocjonalnych. Z drugiej jednak strony te syntetyczne cierpienia pseudozwierząt zupełnie nie przeszkadzały Miltowi Borogrove ani Hannibalowi Sloatowi. Może więc wszystko tkwi we mnie, powiedział do siebie John Isidore.

Obserwowana scena wydaje się zwykłym opisem życia w przyszłości – ludzie tworzą robotyczne zwierzęta, inni zajmują się serwisem. Przejmująca okazuje się dopiero później – w chwili, gdy czytelnik odkryje to, na co nie wpadł posiadający niezwykle niskie IQ Isidore. Zwierzę nie było sztuczne.

W świecie stworzonym przez Dicka o zamożności ludzi w zanieczyszczonym środowisku świadczyło posiadanie żywego zwierzęcia – na to jednak nie każdego było stać, powstał więc oszałamiający rynek podróbek. By jednak nie zdradzić sztuczności, związane z tą branżą usługi skoncentrowały się na udawaniu – pseudoropuchę karmiło się pseudomuchami, a serwisanci udawali lekarzy weterynarii. Pomyłka doprowadziła wreszcie do tragedii – właściciele żywego zwierzęcia dali się zwieźć i zadzwonili do „lecznicy”, czym pogrzebali szanse swojego kota na wyzdrowienie. Kolejny ponury moment pojawia się w kontynuacji tego wątku – gdy Isidore musi poinformować właścicielkę kota, że zwierzę nie przeżyło. Oferuje jej odkupienie pupila – zwierzęta miały wszak określoną wartość pieniężną – i spotyka się z niezrozumieniem. Dla kobiety (a przede wszystkim jej męża) kot był przyjacielem. Darzyli go miłością i nie wyobrażają sobie zastąpienia go innym dla prestiżu społecznego. W końcu nieszczęśliwa klientka decyduje się na zamówienie pseudozwierzęcia wysokiej jakości identycznego ze zmarłym, by nie ranić uczuć męża wiadomością o śmierci kota.

Choć na tle powieści sytuacja z kotem to jedynie epizod, wywołała we mnie więcej emocji niż wszystkie pozostałe wątki. Powieść Dicka sprawia wrażenie szkicowej i niedopracowanej, przez co pozostaje w ciele za jej filmową adaptacją, czyli „Blade Runnerem” Ridleya Scotta. W miejsce dylematów moralnych dopisanych w scenariuszu i rozważania nad człowieczeństwem replikantów dostajemy czarno-biały podział na złych do wyeliminowania i dobrych, którzy się tym zajmują. Taka też była zapewne intencja twórcy – który robotyzację i potencjalne stworzenie androidów postrzegał jako zło. Mimo to emocje towarzyszące scenie, w której Harrison Ford i Rutger Hauer rozmawiają o łzach w deszczu, odnalazłam właśnie we fragmencie poświęconym Isidore’owi i pseudozwierzęciu, które okazało się prawdziwe. To także ona niesie w sobie ostrzeżenie wyraźniejsze niż prosty podział świata tuż obok. Jak bardzo możemy zniszczyć nasze środowisko? Do czego doprowadzi rozwój techniki zdolnej imitować życie? Czy chcielibyśmy obudzić się w czasach, w których po śmierci naszego przyjaciela usłyszymy, że na szczęście kolejny zostanie dostarczony nam za darmo?

Możliwe, iż każda z tych scen byłaby podobnie przejmująca, gdyby dotyczyła psa lub małego dziecka. Możliwe, że przedstawiona z zupełnie innej perspektywy także zapadałaby w pamięć. Ale niewykluczone, że połączone bliskość zwierząt towarzyszących nam od milleniów wraz z ich obcością i tajemniczością sprawiają, że twórcy właśnie je umieszczają w centrum wydarzeń, choć na chwilę.

Anna Tess Gołębiowska

Lina
Smutne, ale bardzo ładnie

Smutne, ale bardzo ładnie napisane, aż mi łzy pociekły w pewnej chwili :(

tess
Przyznaję bez bicia, mnie

Przyznaję bez bicia, mnie kapały w czasie pisania, ale wspomniane fragmenty podziałały o mnie tak mocno, że nie dawały spokoju, póki o nich nie napisałam. Pozdrawiam! :)

Galvatros
Pani Anno, cóż mogę rzec,

Pani Anno, cóż mogę rzec, czekam na więcej. Dobrze się to czyta :)

tess
Ślicznie dziękuję, ale bez

Ślicznie dziękuję, ale bez "panowania" proszę ;) "Tess" wystarczy :)

Pisywałam już na Efantastyce przed laty, więc da się coś pewnie odnaleźć w archiwum, teraz jestem wolnym strzelcem, więc bywam tu i tam, ale na pewno będę się pojawiać przynajmniej co jakiś czas ;)

Warim
Zawsze we wszystkich

Zawsze we wszystkich konfliktach, najbardziej mi było szkoda dzieci i zwierząt. Czasami ciężko było przebrnąć przez niektóre opisy bo faktycznie wyrażały więcej, niż się na pierwszy rzut oka wydawało. Ból, krzywda, niesprawiedliwość.

Ciekawy artykuł, o coś takiego właśnie kiedyś apelowałem, więcej tego typu tekstów, choćby miały recenzje na tym ucierpieć. Tak mi się przynajmniej wydaje, że są atrakcyjniejszą formą, choć wiem, że może być ciężko, bo przecież zobowiązania wobec wydawców też są.

Nazwa użytkownika

Podium

"Apex" zdobywają:


Monika Kuźma
Maciej Andrzejczak
Mariusz Szymczak

Facebook

Discus

Ankieta

Tekst, który Twoim zdaniem zasługuje na zwycięstwo to:
Nie-szczęście (Sylwia Mierzejewska)
22%
Zapach umierania (Wojciech Feliks)
7%
Fala (Magdalena Pieńskowska)
15%
Lily (Zuzanna Karbowska)
15%
Równowaga (Anna Racław)
15%
Pani zabiła pana (Zuzanna Hejmowska)
15%
Spadek (Martyna Staniecka)
11%
Razem głosów: 27