Wehikuł czasu - Dragon Ball w Polsce

    Pamiętacie jeszcze, jak wyglądał świat dwadzieścia lat temu? Zimą śnieg i zaspy po kolana, karmienie tamagochi, gra w kapsle z kolegami z podwórka… Ba, koledzy z podwórka, a nie z serwera! A tak serio: godzina 15:00 i nagle podwórka robiły się puste. Podobny obraz możemy ujrzeć teraz, gdy w dobie pandemii wyjrzymy przez okno, jednak wówczas co innego sprawiało, że młodzież wolała spędzać czas przed telewizorami. Otóż w tamtych czasach prawdziwym fenomenem w naszym kraju był „Dragon Ball”, którego odcinki emitował nieistniejący już kanał RTL 7.

    O fenomenie produkcji, której główny bohater był nadludzko silny, a jego cechą charakterystyczną był małpi ogon, można by napisać wiele książek. Anime jest ekranizacją mangi autorstwa Akiry Toryiamy, a jego pierwsze odcinki miały premierę w 1986 roku. Jak zatem widać, musiało naprawdę sporo czasu upłynąć, nim produkcja dotarła do naszego kraju, co miało miejsce w 1999 roku. W chwili, gdy na antenie polskiej telewizji został wyemitowany pierwszy epizod „Dragon Balla”, na świecie był to już istny fenomen popkulturalny.

    Gotowe były już trzy serie tej produkcji, czyli: „Dragon Ball”, „Dragon Ball Z” i „Dragon Ball GT”, które uzupełniono o specjalne odcinki telewizyjne i produkcje kinowe (najczęściej praktycznie niemożliwe do wpasowania w chronologię mangi i anime), a także liczne gry. Polski odbiorca musiał się jednak początkowo zadowolić samym serialem, który bardzo szybko udowodnił, że na naszym rynku także jest w stanie zdobyć rzeszę oddanych fanów.

    Niestety nasze wydanie borykało się z wieloma problemami. Raz, że otrzymaliśmy ocenzurowaną, francuską wersję językową, którą wzbogacono następnie o polskiego lektora, a dwa – po pierwszej emisji całości zdecydowano się dokonać kolejnych cięć, byleby tylko usunąć sceny, które mogłyby gorszyć młodych widzów. Tym oto sposobem z „Dragon Balla” zniknęła choćby scena śmierci Krillana na Namek (ujrzeliśmy jedynie obłok po eksplozji), a także kilka innych brutalniejszych sekwencji. W dodatku cięcia nie były zbyt dokładne, a to z kolei powodowało, że albo ścieżka dźwiękowa nagle dziwnie się zmieniała (nieudolny montaż szczególnie przykuwał uwagę we fragmentach, gdy w tle pojawiała się muzyka), albo nagle na ekranie działo się coś, czego przyczyny nie dane nam było poznać (np. postać trzymająca się za brzuch po uderzeniu, które zostało wycięte).

    Cenzura była jednak nieubłagana, a jej powód był oczywisty. „Dragon Ball” był dość brutalny, a czasami pokazywał nam np. sceny w których główny bohater jeszcze jako dziecko zapominał o swoim ubraniu. Młody Goku był wychowany z dala od cywilizacji, dlatego też wiele aspektów związanych z pewnymi normami społecznymi było mu obcych, jednak w naszym kraju pewne normalne dla japońskich widzów elementy po prostu musiały zniknąć.

    Warto także odnotować, że zarówno „Dragon Ball”, jak późniejsza seria „Z” czy „GT” otrzymały tylko po jednym openingu (który w przypadku serii „Z” robił także za ending), podczas gdy wydanie oryginalne miało ich kilka, a każdy był dostosowany do tego, co akurat śledziliśmy na ekranie. Kultowe utwory takie, jak „Cha La Head Cha La” czy „We Gotta Power”, wzbogacone o specjalnie dla nich przygotowane ujęcia, nigdy u nas nie zagościły. Ich miejsce zajął francuski opening stworzony z obecnych w serialu scen z inwazji Vegety na Ziemię i poszukiwania Kryształowych Kul na Namek. Piosenka także oczywiście się różniła. Na przełomie stuleci nie był to aż tak wielki problem, jednak gdy fani odkryli, że ich koledzy z Niemiec mogą pochwalić się znacznie wierniejszym oddaniem całości (tam tradycją jest nagrywanie niemieckich utworów do oryginalnych melodii i twórcy naprawdę się do tego przykładają nawet w przypadku mniej popularnych anime), coś zaczęło w nich pękać. Trzeba także wspomnieć tutaj o tym, że wiele sieci kablowych oferowało wówczas w swojej ofercie dostęp do kanału RTL 2, gdzie emitowano „DBZ”, tak więc porównać pewne rzeczy było bardzo łatwo. Różnica pomiędzy tym, a naszym wydaniem była ogromna. Ciekawych odsyłam poniżej. „We Gotta Power” w Niemczech znane jest jako „Du wirst unbesiegbar sein”.

    Opening sagi Buu

    Jego niemiecki odpowiednik

    I na koniec polska wersja

    Co prawda fenomen Smoczych Kul nie był u nas tak widoczny jak u naszych sąsiadów z zachodu, ale bardzo szybko okazało się, że widzowie chcą czegoś więcej. Tym oto sposobem w roku 2000 otrzymaliśmy nie lada gratkę, gdyż Planet Manga zdecydowała się wydać u nas pierwsze trzy filmy kinowe „Dragon Ball Z” na kasetach VHS. Były to (w kolejności wydania u nas): „Najsilniejszy wojownik na Ziemi”, „Martwa Strefa” i „Największy pojedynek na świecie”. Jakość tego wydania nie była idealna, jednak nasz rynek był uzależniony od francuskiego dystrybutora, który dyktował zasady. Tym oto sposobem otrzymaliśmy filmy, które podobnie jak emitowany serial, miały francuski dubbing i polskiego lektora. W dodatku okładka pierwszej produkcji w ogóle nie pasowała do treści, gdyż przedstawiała nam już starszych bohaterów. Mimo to kasety te stanowią obecnie ciekawy element kolekcjonerski.

    Należy także wspomnieć, że premiery filmów spotkały się z zainteresowaniem firmy Star Foods, która postanowiła włączyć się w ich promocję za pomocą specjalnie na tę okazję przygotowanych wafelków „Dragon Ball Z”. Te nie tylko pozwalały młodym fanom „Dragon Balla” regenerować siły po intensywnych treningach, ale dołączane były do nich naklejki, które można było kolekcjonować w dwóch przeznaczonych do tego albumach.  Jeden zawierał grafiki dotyczące wydanych na kasetach filmów, drugi natomiast poświęcony był ogólnej tematyce „Dragon Balla”.

    Zbieranie naklejek było nawet ciekawe, ale niestety nie wszędzie dostępne były albumy na nie. Problem ten sprawiał, że wiele osób po prostu rezygnowało z poszerzania swojej kolekcji. Te już zakupione najczęściej przyklejano do mebli czy innych powierzchni, które nie gwarantowały im przetrwania.

    Coraz większe zainteresowanie marką sprawiło także, że w 2001 roku pojawiły się bardzo wówczas popularne karty z bohaterami. Można było je znaleźć w paczkach chipsów Chio, a niekiedy zdarzały się nawet promocje, dzięki którym w trójpaku można było natrafić na kilka bonusowych egzemplarzy. Zebranie całej kolekcji stanowiło pewne wyzwanie, gdyż niektóre postaci były trudniej dostępne, ale na szczęście powtarzające się karty łatwo było z kimś wymienić. W dodatku w przeciwieństwie do wspomnianych już naklejek, te nie potrzebowały żadnego albumu, choć takowy także był dostępny.

    Do dziś z resztą można na przeróżnych serwisach ogłoszeniowych znaleźć ludzi, którzy poszukują brakujących egzemplarzy bądź też chcą sprzedać swoją kolekcję. Ceny nie są specjalnie wygórowane. O wiele droższe są albumy i naklejki, a to z racji tego, że ich popularność była mniejsza, co przekłada się obecnie na trudniejszy dostęp do nich.

    W 2002 roku magazyn „Kawaii” zdecydował się przygotować numer specjalny w całości poświęcony tematyce „Dragon Balla”. Mogliśmy się z niego dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy, poznać lepiej bohaterów i ich historie, a także kilka ciekawostek ze świata Kryształowych Kul. Do dziś wydanie to stanowi ciekawy przewodnik po uniwersum Akiry Toryiamy. Nie da się jednak ukryć, że niektóre zawarte w nim informacje zdążyły się przez ostatnie lata zdezaktualizować. W końcu pojawił się na rynku „Dragon Ball Super”, który trochę namieszał, a dodatkowo geneza pewnych postaci uległa zmianom. Sytuacja taka spotkała dla przykładu Buu, który obecnie nie jest postrzegany jako dzieło czarnoksiężnika Bidibiego. Ten go tylko zniewolił, sam demon natomiast jest dużo starszy.

    W tym samym roku, a konkretniej 11 października, za pośrednictwem ITI Cinema do naszych kin trafiły dwa filmy, tym razem wzbogacone o pełny polski dubbing (Borys Szyc jako Vegeta!). Mowa o „Dragon Ball Z: Fuzja” (oryginalnie wydanym w marcu 1995 roku), który chronologicznie był dwunastym filmem związanym z serią „Z”, a także „Dragon Ball Z: Atak smoka” (oryginalnie wydanym w lipcu 1995 roku), czyli trzynastą i na tamtą chwilę ostatnią produkcją uzupełniającą uniwersum (dla ścisłości trzeba także wspomnieć, że w 1996 roku ukazał się „Dragon Ball: The Path to Power”. Produkcja ta jednak związana była z pierwszą serią anime). Widowiska były ciekawe, ale także cierpiały trochę z powodu cenzury, która pozbawiła je wielu scen, jak choćby w filmie dwunastym ujęcia ukazującego zbiegłego z piekła Adolfa Hitlera, którego następnie młodzi Trunks i Goten postanowili szybko odesłać z powrotem do miejsca bytowania.

    Polscy gracze raczej nie mogli liczyć na zbyt wielki wybór pozycji ze świata Smoczych Kul no chyba, że mieli szczęście i posiadali konsolę. Gracze mający do dyspozycji zwykły komputer PC (a w tamtych latach była to prawdopodobnie najpopularniejsza w Polsce platforma) tak naprawdę musieli zadowolić się dwiema pozycjami. Pierwszą z nich był mod do gry Quake III Arena zatytułowany „Bid for power”. Gra umożliwiała nam toczenie pojedynków na arenach inspirowanych charakterystycznymi lokacjami ze świata Dragon Balla. Pozwalała także wcielić się w jednego z kilku bohaterów serii. Twórcy zadbali o to, aby modyfikacja wprowadziła szereg ulepszeń, które umożliwiły nam choćby latanie czy używanie energii Ki. Niestety „BOF” posiadał także sporo wad, które dość mocno psuły klimat rozgrywki. Wystarczy choćby wspomnieć bardzo uproszczony system pojedynków czy błędy sprawiające, że na wielu komputerach modyfikacja lubiła zawieszać komputer.

    Zdecydowanie większą popularnością cieszył się jednak projekt zrealizowany na silniku M.U.G.E.N, a konkretniej „Dragon Ball Z Mugen Edition 2”. Na pierwszy rzut oka gra nie zachęcała. W dobie coraz liczniejszych produkcji konsolowych charakteryzujących się grafiką 3D, tutaj mieliśmy do czynienia z typowym środowiskiem 2D. W dodatku niektórzy bohaterowie nie byli zbyt dokładnie wykonani. Mimo to „Dragon Ball” w takim wydaniu miał niesamowity klimat, a możliwość rywalizowania z drugą osobą na jednym komputerze tylko nadawała mu uroku. Z czasem zaczęły powstawać kolejne wersje tej pozycji, wzbogacano je o nowych bohaterów, a potem także o ulepszoną wersję silnika, która wprowadziła scenografię wykonaną w 3D.

    Rosnącą w naszym kraju popularność „Dragon Balla” postanowiło wykorzystać także wydawnictwo Japonica Polonica Fantastica, dzięki któremu 12 lutego 2001 roku w ręce polskich fanów trafił pierwszy tom mangi. Dla wielu było to spełnienie marzeń, nie obyło się jednak bez pewnego skandalu. Dwa lata po premierze w mediach zawrzało. Reporter programu „UWAGA!” emitowanego na antenie TVN-u przygotował materiał dotyczący zagrożeń, jakie płyną z ociekających seksem mang skierowanych do dzieci. Oberwało się mandze „Dragon Ball”, gdyż w pierwszym jej tomie znalazła się grafika prezentująca Bulmę odsłaniającą przez Mistrzem Roshi swoje ciało. Dziennikarz uznał, że mamy w tym miejscu do czynienia z promowaniem pedofilii. Nie zdecydował się jednak wybadać sprawy głębiej, by odkryć, że bohaterka dzieckiem już nie była, miała około siedemnastu lat i w świecie Smoczych Kul była już dorosłą i samodzielną osobą (w wieku szesnastu dopiero natrafiła na pierwszą Kryształową Kulę i postanowiła przygotować radar, który umożliwi jej odszukanie pozostałych). W dodatku przemilczał przy okazji, że stacja TVN7 (powstała w miejscu RTL 7)… „Dragon Balla” emitowała.  

    Wspomniany skandal sprawił jednak, że część rodziców zaczęła baczniej obserwować, co ich dzieci oglądają i na co wydają pieniądze. „Dragon Ball” co prawda nie spotkał się aż tak skrajnymi emocjami, jak choćby „Harry Potter”, którego wielu posądza o satanizm, jednak materiał telewizyjny z pewnością odbił się na przyszłych losach marki w naszym kraju.

    W 2003 roku stacja TVN 7 po raz ostatni wyemitowała serial. Potem przez wiele lat produkcja była oficjalnie niedostępna w naszym kraju. Nie oznacza to jednak, że słuch o niej zaginął. Wręcz przeciwnie! Jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się mniejsze bądź większe serwisy internetowe poświęcone Smoczym Kulom. Niektóre z nich skupiały się jedynie na legalnie dostępnej treści, informowały o zagranicznych nowościach, a czasami organizowały petycje do telewizji o wznowienie emisji „Dragon Balla”. Były jednak i takie, które kusiły użytkowników dostępem do zgranych z telewizji odcinków. Niektórzy próbowali także swoich sił w sprzedaży takich kopii na serwisach aukcyjnych. Ich wartość – w zależności od ilości nośników i „jakości wydania” – wahała się w granicach 300 do nawet 1000 zł! Oczywiście proceder ten był nielegalny, ale skoro znajdowali się chętni by wydać kasę, to i sprzedawcy coraz śmielej sobie poczynali. Gdy w jednym miejscu tracili możliwość handlu, szukali sobie innego.

    Rozwój internetu w Polsce, a także coraz większa jego dostępność, przełożyły się na wzrastający sukces kilku stron, które zdążyły już sobie wypracować odpowiednią renomę. Fani szukali na nich nie tylko dostępnych online odcinków, ale także starali się doszukiwać jakichkolwiek wieści na temat potencjalnej kontynuacji ukochanej serii. Lata te były bowiem czasem, w którym w dalszym ciągu żyła plotka na temat mającego powstać kolejnego anime noszącego tytuł „Dragon Ball AF” (materiał o nim przeczytacie już wkrótce). Niestety obecnie prawie żaden z tych serwisów nie jest już dostępny. Część została zawieszona, kilka zamknięto z powodu udostępniania na nich nielegalnych treści, a niektóre wciąż jeszcze wiszą w sieci, jednak ostatnie, pojedyncze aktualizacje pochodzą sprzed kilku lat. Pewne strony dalej funkcjonują, nawet starają się regularnie publikować treści, jednak nie jest to z całą pewnością to, co kiedyś.

    „Dragon Ball” w końcu jednak powrócił do telewizji. 11 stycznia 2012 roku stacja AXN Spin HD rozpoczęła emisję serii „Dragon Ball GT”. Tym razem jednak zrezygnowano z ocenzurowanej francuskiej wersji językowej wzbogaconej o polskiego lektora, a zaserwowano widzom oryginalną, japońską ścieżkę dźwiękową z polskim lektorem (w przypadku emisji na RTL 7/TVN 7 część odcinków serii „GT” także miała japońską ścieżkę dźwiękową). W dodatku oprócz serialu zdecydowano się także nabyć prawa do emisji odcinka specjalnego, co bardzo przypadło do gustu fanom. Oglądalność była na tyle duża, że bez wahania podjęto decyzję o zakupieniu praw do emisji „Dragon Ball Kai”, czyli odświeżonej (a także znacznie skróconej) wersji „Z”. Ta w ofercie stacji pojawiła się 8 listopada 2012 roku.

    „Dragon Ball” powoli wracał do łask, jednak utrudniony dostęp do oferty programowej sprawiał, że nie każdy mógł sobie pozwolić na taki seans. Niektórzy obchodzili się smakiem, inni natomiast ponownie szukali w sieci miejsca, które zaoferowałoby im dostęp do odświeżonej produkcji.

    Pełnoprawna kontynuacja „Dragon Ball Z” (a raczej „Kai”) także znalazła w końcu miejsce w polskich mediach. „Dragon Ball Super” najpierw ukazał się na kanale Polsat Games, gdzie emitowany jest od poniedziałku do piątku o godzinie 18:30, a od 1 kwietnia 2019 roku dostępny jest także na TV4. Nie da się jednak ukryć, że dawnego sukcesu nie udało się powtórzyć. Być może po części dlatego, że wychowane na tym serialu pokolenie samo obecnie doczekało się dzieci, a te mają już swoich własnych bohaterów?

    Polski