Wywiad z Adamem Nowakiem i Michałem Szymczakiem

    W Polsce jest miejsce na rasowe kino science fiction, tylko producenci muszą to zauważyć. Wywiad z twórcami filmu „Angel.A”

    „Angel.A” to średniometrażowy film science fiction polskiej produkcji. Wysłannicy Efantastyki mieli przyjemność uczestniczyć w premierze tej produkcji. Po seansie przeprowadziliśmy kilka wywiadów. O pracy na planie produkcji rozmawialiśmy m.in. z Adamem Nowakiem i Michałem Szymczakiem.

    Adam Nowak to reżyser, scenarzysta, montażysta i specjalista zajmujący się efektami specjalnymi, który od ponad 10 lat współpracuje z Telewizją Polsat. Pracował m.in. przy fanowskich produkcjach jak „Pół Wieku Poezji Później” i "Ostatni Samotnik", animacji „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czy filmach fabularnych jak "Mayday". Jest też reżyserem i scenarzystą „Sacrum” oraz filmu „Angel.A”

    Michał Szymczak to operator kamery i obrazu, specjalizujący się w ujęciach efektowych z wykorzystaniem kamer slow motion, urządzeń motion control, stabilizatorów ruchu oraz integracji ze środowiskiem 3D. Pracował m.in. przy produkcjach „Psy 3. W imię zasad”, „Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa” czy „Żyć nie umierać”, a z Adamem Nowakiem współpracował zarówno na planie „Sacrum”, jak i filmu „Angel.A”.

    Efantastyka: Michale, zacznijmy od zdjęć. Miałeś dużo pracy na planie Angeli? Kojarzę, że było intensywnie…

    Michał Szymczak: – Zdecydowanie miałem dużo pracy, jak przy każdej produkcji niskobudżetowej czy offowej, gdzie jest wiele rzeczy, które człowiek musi zrobić sam. Ekipa jest bardziej okrojona, jesteśmy przyzwyczajeni do pracy w trochę inny sposób. Operator obrazu normalnie pracuje przy monitorze, czuwa nad światłem i kadrem, ale w momencie okrojonego składu trzeba czuwać nad wieloma elementami, samemu też operować kamerą. Oczywiście były sceny, w których możliwości były troszeczkę większe. Na pewno ilość materiału, którą robiliśmy w ciągu dnia, była duża. Na końcu zmęczenie dawało się we znaki.

    Adam Nowak: – Od siebie dodam taki przykład. Jedną ze scen kręciliśmy w ruinach fabryki za dnia, jechaliśmy na kolację i wracaliśmy kręcić scenę nocną. W normalnych produkcjach za coś takiego groziłyby pozwy za łamanie prawa pracy.

    M.Sz: – W Polsce średni czas pracy przy produkcji w filmie wynosi około 18 godzin dziennie, więc jesteśmy do tego przyzwyczajeni, ale dla twórców jest to ciężkie, gdy musimy pracować zarówno fizycznie, jak i umysłowo. To zmęczenie się wówczas nakłada podwójnie… albo i poczwórnie.

    Napracowałeś się, a teraz zobaczyłeś efekt na wielkim ekranie. Jesteś z siebie zadowolony?

    M.Sz.: – Oczywiście dopiero teraz widzi się część rzeczy, które można by było poprawić, co dałoby się zrobić lepiej. Wiadomo, że warunki były ciężkie, ale staraliśmy się zrobić wszystko najlepiej jak się dało. Po czasie zawsze łatwo jest powiedzieć, że coś mogłoby być zrobione lepiej, ale kiedy przyjeżdżaliśmy na nowe lokacje, nie zawsze wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać. W momencie realizacji staraliśmy się jednak wyciągnąć maksimum z tych środków, którymi dysponowaliśmy.

    Czy pracujesz dalej przy kolejnych projektach związanych z Angelą?

    M.Sz: – Tak, ostatnio realizowałem wraz z Adamem kolejny film.

    A.N.: – Pisaliśmy o nim na naszej stronie. Pierwotnie nosił tytuł „Eva”, ale zmieniliśmy go na „(Nie)Sprawną”. Jest to kolejny film umieszczony, że tak dumnie powiem, w naszym uniwersum. Wydarzenia z „(Nie)Sprawnej” dzieją się w tym samym świecie co „Angel.A”, aczkolwiek te historie nie są ze sobą powiązane.

    Teraz pytanie do szefa projektu. Jak twoje wrażenia po premierze?

    A.N.: – Bardzo się cieszę, że film został dobrze przyjęty. Osobiście mam taki  problem, że zdaję sobie sprawę, w jakich warunkach powstał i cały czas żałuję, że czegoś nie dopilnowałem, że czegoś nie zrobiłem lepiej, czegoś nie poprawiłem. W pewnym momencie mogłoby się jednak zrobić z tego błędne koło: cały czas można by coś poprawiać i wtedy film nigdy by nie powstał. Ogólnie jestem zadowolony. Tak jak powiedziałem przed seansem, tego typu duży metraż, pięćdziesięciopięciominutowy, zrealizowany w okrojonej ekipie składającej się z przyjaciół, którzy wierzą w kino science fiction i przy skromnych środkach, sprawił, że jestem dumny z aktorów z którymi współpracowałem i wszystkich, którzy przyczynili się do jego powstania. Film, mogę to powiedzieć uczciwie, podobał mi się mimo jego oczywistych niedoskonałości. Oczywiście jako filmowiec widzę jego oczywiste braki i niedoróbki, które z chęcią bym poprawił. Wiem co zrobiłem źle i wyciągnąłem z tego wnioski. Postaram się, aby każdy kolejny film, który zrobimy razem – bo plany są oczywiście szersze – był lepszy.

    Skupmy się na tych planach. Teraz pracujecie nad kolejnym filmem, a czy uniwersum będzie rozrastać się jeszcze bardziej?

    A.N.: – To zależy. Oba te filmy finansowałem praktycznie z własnej kieszeni i przy wsparciu Michała, bo żaden nie powstałby bez niego. Niestety nie jestem człowiekiem na tyle zamożnym, aby sfinansować całe uniwersum. Z tego powodu to, czy będą kolejne filmy, jest zależne od tego, czy uda mi się pozyskać producenta albo chociaż koproducenta.

    Pomagali wam też internauci w zbiórce, ale rozumiem, że to jest kropla w morzu potrzeb.

    A.N.: – Troszkę tak. Crowfunding jest dość trudny. Mam wrażenie, że w Polsce kwoty dotyczące filmów są dość małe. Jestem wdzięczny każdej osobie za wsparcie, ale jeśli policzy się to, ile kosztuje prowadzenie kampanii, to w praktyce nie zostaje na tyle dużo, aby mógł z tego powstać film na poziomie.

    Jak ludzie reagowali na zapowiedzi „Angeli”? Z jakimi reakcjami spotykałeś się ze strony fandomu?

    A.N.: – Było różnie, z fandomem jest trochę  trudno. Teraz mam wokół siebie rzeszę fantastycznych ludzi, którzy nas wspierają, choćby takich jak wy. Początek był o tyle trudny, że w przypadku crowfundingu, w czasie, w którym my ruszyliśmy, odbyło się już kilka zbiórek na inne produkcje. Ludzie mieli troszkę poczucie, że kolejny filmowiec chce zebrać pieniądze i zniknąć. Nieco się zmieniło od tego czasu, bo powstało „Pół Wieku Poezji Później”, które jest filmem, który zebrał największą sumę w historii na tym portalu co my… i chyba w ogóle w Polsce. Wyszedł „Ostatni samotnik”, który miał także premierę kinową, na której zresztą byłem. Mam przeczucie, że fani szeroko pojętej fantastyki zaczęli wierzyć, że niezależni twórcy filmów chcą robić kino, a nie oszukiwać.

    Widzę, że trzymasz rękę na pulsie, śledzisz to, co się dzieje w kinie i to nie tylko offowym. Jakbyś zatem oceniał to, co się dzieje w Polsce obecnie. Są jakieś ciekawe projekty?

    A.N.: – Uważam, że kino w Polsce bardzo się rozwija. Po pierwsze zaczyna istnieć coś, czego wcześniej u nas nie było, czyli kino gatunków. W tym roku swoją premierę będzie miał pierwszy slasher w historii Polski. Mówię tu o "W LESIE DZIŚ NIE ZAŚNIE NIKT" w reżyserii Bartosza M. Kowalskiego. Nie wiem, czy jest dobry, nie widziałem go jeszcze, ale na pewno na niego pójdę. Kino gatunkowe w zasadzie puka z każdej ze stron. Mamy dobre kryminały, nawet – jakbyśmy go nie oceniali – doczekaliśmy się polskiego erotyka. W kinie niezależnym jest bardzo dużo fajnych projektów. Jest na przykład serial, który mnie zachwycił – „Kontrola”. To serial emitowany na YouTubie, stworzony przez Nataszę Parzymies. Natasza ma dwadzieścia lat, a serial jest fenomenalny. Obejrzałem cały jednym tchem, jest piękny. Fantastyczne zdjęcia, fajne prowadzenie aktorów. Bardzo subtelne sensoryczne kino i duża wrażliwość w opowiadaniu historii miłosnej, dlatego też go chwalę. Powstał jako projekt niezależny, a cały świat się nim zachwycił. Są szalone próby, jak np. Amadeusza Kocana, który z własnych środków zrealizował kino w klimatach stalkera. Zdjęcia powstały m.in. w Czarnobylu. To jest moim zdaniem naprawdę coś. Chłopak z Zielonej Góry robi film, który będzie można oglądać na Amazonie ,a z tego co słyszałem nawet na brytyjskim Netfliksie. Trudno tego nie doceniać.

    M.Sz: – Dodam, że cyfryzacja i rozwój technologii zdecydowanie pomagają. Grupa młodych ludzi może się zebrać, zgromadzić jakieś środki, które są nieporównywalnie mniejsze od tych, jakich by potrzeba z dziesięć czy dwadzieścia lat temu,  i zrobić coś konkretnego. Wiadomo, że liczy się sprzęt, liczą się umiejętności i liczy się pomysł na to, co chcemy zrobić. Czasami mamy pomysł na coś ciekawego, ale właśnie brakuje nam np. odpowiedniego oświetlenia, ale technologia stają się coraz bardziej dostępna. Coraz więcej osób chce dzięki temu coś stworzyć. Wiele rzeczy, o których kiedyś można by tylko pomarzyć, obecnie jest na wyciągnięcie ręki. Rozwój przemysłu filmowego w Polsce możliwy jest także dzięki realizacji w naszym kraju wielu produkcji. Przyjeżdżają ludzie z różnych krajów, ze Stanów, z Indii, z Kazachstanu, a my realizujemy im reklamy na światowym poziomie. Dzięki temu rynek reklamy idzie w górę, a przekłada się to też na zwiększenie ilości wypożyczalni sprzętu. Jest coraz więcej osób, które mają własny sprzęt i znają się na tym, a kino niezależne na tym korzysta. Łatwiej znaleźć partnera do produkcji, wypożyczyć sprzęt. To wpływa na rozwój kina.

    A.N.: – Zacząłem od kina komercyjnego, ale przeszedłem do bardziej niezależnego, a chciałbym dodać coś jeszcze w temacie tego pierwszego. Uważam, że chyba nigdy nie było tak dobrze. Zobaczmy, pomijając już kino gatunków, mamy w Polsce twórców, którzy starają się o Oscara. Film Jana Komasy „Boże Ciało” uważam za kompletny, wybitny. To jak ten film jest nakręcony, jak aktorzy są poprowadzeni, jak jest przemyślane światło, jak jest przemyślana kompozycja kadrów, jak ten film jest  w na swój cudowny sposób przemyślany... No i ta spójność początku z końcem! To jest film, który dostał nominację do Oscara, ale także film, który naprawdę zasłużył na tę nominację. Mogę powiedzieć, że jestem dumny z tego, że pochodzę z kraju, w którym powstają takie filmy. Cofnijmy się, nie wiem, tak o pięćdziesiąt lat. Nasi twórcy nie kandydowali wtedy do najważniejszych nagród.

    Czy „Boże Ciało” powinno wygrać z „Parasite’em”?

    A.N.: – Nie. Osobiście uważam, że nie. Kibicowałem „Parasite’owi”, albo „Jokerowi”, gdyż uważam, że mimo iż bardzo cenię kino Jana Komasy, kinematografia powinna pełnić funkcję społeczną. To jest jej najważniejsza rola. Dlatego cieszę się, że film Mendesa, który uważam za techniczną perełkę, nie dostał Oscara.  Że Oscara dostaje twórca, który opowiedział historię poruszającą ważne tematy, którego spostrzeżenia są trafne i aktualne dla nas wszystkich. Wygrało kino, w którym najważniejsza jest treść. Moim zdaniem w filmie najważniejsza jest opowieść. Oczywiście ruch kamery, praca  aktorów czy światło powinny być na jak najwyższym poziomie, bo to wszystko jest językiem filmowym, który konstruuje ten świat, ale ta historia to podstawa. Jeśli to, co artysta chce powiedzieć nie jest ważne i aktualne, to takie kino nie powinno dostawać najważniejszych nagród.

    A na czym byliście ostatnio w kinie?

    A.N.: – Nie jestem pewien, ale chyba ostatnio w kinie byłem na „JoJo Rabbit”. To dla mnie dojrzałe kino które wyśmiewa faszyzm i nacjonalizm na płytkim poziomie uderzając w jego nadęcie i groteskowość a na głębokim pokazując że to ideologia która żywi się wykluczeniem i bez wykluczania (kolejnych grup) nie może istnieć. Najbardziej wymowną scena tego filmu było w mojej ocenie gdy ukrywająca się w domu bohatera młoda żydówka słysząc o sobie jako Żydówce rodem z podręcznika propagandowego III Rzeszy i dostając polecenie narysowania "gdzie żyją Żydzi" rysuje głowę głównego bohatera - Nacjonalizm to lęk przed potworami które istnieją jedynie w naszej głowie. Naprawdę bardzo głęboki film.

    M.Sz.: – Ja mam  kolei bardzo długą listę do nadrobienia, gdyż ostatnie miesiące były tak intensywne, że nawet brakowało mi czasu nawet na sen.

    Skoro jesteśmy już w temacie oglądania, to gdzie możemy się teraz spodziewać obecności „Angeli”? Bo z tego, co kojarzę, nie trafi od razu na YouTube’a.

    A.N.: – Trafi na YouTube’a po tym, jak przejdzie drogę festiwali i konwentów fantastyki. Nie chcę jeszcze zdradzać konkretów, póki nie dogadam ich z organizatorami, aby nie stawiać ich w niezręcznej sytuacji, ale na pewno mogę już potwierdzić, że mamy zaproszenie na Cytadelę. Wszystkie znaki na niebie i na ziemi mówią, że nasz film będzie tam do obejrzenia… a jak się uda, to nawet dwa nasze filmy. Staramy się, by na Cytateli pojawiły się zarówno „Angel.A”, jak i „(Nie)Sprawna”.  

    Czyli konwenty, festiwale, a internet w dalszej perspektywie?

    A.N.: – Premierę w internecie planuję na koniec roku. To przede wszystkim kino fanowskie, nie bójmy się tego słowa. Podstawą powstania tego filmu jest to, że my – ludzie, którzy kochają kino gatunkowe, lubią science fiction, chcieliśmy swoimi skromnymi środkami takie kino zrobić. Nie tylko dla nas, ale przede wszystkim dla ludzi, którzy myślą podobnie, jak my. Naturalnym miejscem dla tego filmu jest więc internet, czyli miejsce dostępne dla wszystkich.

    A jakie produkcje science fiction kochacie najbardziej? Jakie trzeba zobaczyć?

    A.N.: – Nie będę chyba zbyt oryginalny, gdy powiem, że lubię „Blade Runnera”. To jest mój ukochany film, który też uważam za kompletny i doskonały. Jestem chyba w mniejszości, ponieważ nowy „Blade Runner 2049” podobał mi się jeszcze bardziej niż ten z 1982 roku. Wiem, że teraz się pewnie narażam niektórym, ale zdjęcia Rogera Deakinsa, głęboka fabuła, przepiękne poprowadzenie wątku miłosnego… To jest kino kompletne, kino, które mogę oglądać raz za razem i którym jestem zachwycony. Ale żeby nie było, że lubię tylko kino o androidach. Cenię też „Nowy początek”. Oba filmy wyreżyserował zresztą Denis Villeneuve, który jest jednym z moich ulubionych reżyserów. Cudowne kino science fiction z głębią, treścią, przepiękna historia o tym, co znaczy komunikacja, co znaczy język. Nie chcę znowu za bardzo spoilerować, dlatego powiem tylko, że jestem tym filmem absolutnie zachwycony. Lubię oczywiście też kino Christophera Nolana: „Incepcję”, „Interstellar” i bardzo jestem ciekawy jego nowego filmu "Tenet"

    M.Sz.:  – Mógłbym wymienić wiele tytułów, nie wiem, czy potrafiłbym wybrać jeden ulubiony. Są klasyki, jak „Blade Runner”, o którym wspomniał Adam, jest „Matrix”, który pokazał science fiction światu. Lubię też ciekawe kreacje, jak „Atlas chmur”, gdzie fabuła poprowadzona jest w sposób nietuzinkowy, gdzie mamy przeróżne historie, które układają się w jedną całość. Gdzie mamy zarówno elementy science fiction, jak i trochę fantasy. Gdzie te klimaty się mieszają i pokazują zupełnie nowe możliwości. To jest właśnie bardzo cenne: zobaczyć inny sposób myślenia. Nie klasyczny film prowadzony od początku do końca, ale coś innego. Ciężko nawet zaspoilerować ten film, bo tam się dzieje tyle rzeczy, że widz do samego końca będzie starał się w nich połapać. Oczekuję także, by film mnie zaskoczył. Kino światowe, w którym poszukuję tchnienia nowego pomysłu, czegoś, co nie jest już przewałkowane, ale wprowadza taką nową koncepcję, czymś nas porusza.

    „Angel.A” opowiada o androidce. To ona jest w centrum historii. Niedawno została ogłoszona data premiera najgłośniejszej obecnie produkcji o androidach, czyli trzeciego sezonu „Westworld”. Czekacie na niego? Drugi sezon zebrał mieszane opinie…

    A.N.: – To jest bardzo dobre pytanie. Pierwszy sezon uważam za absolutnie wybitny, to jest jeden z najlepszych seriali science fiction w historii. Jestem oczarowany pierwszym sezonem i troszkę rozczarowany drugim, który jest sztucznie rozwleczony, lekko przeintelektualizowany. Pierwszy mnie zachwycił, drugi lekko rozczarował, trzeci na pewno sprawdzę.

    M.Sz.: – Drugiego sezonu nie zdążyłem jeszcze obejrzeć. Czytałem różne opinie, ale nie opieram się na nich. Jest w kolejce.

    A.N.: – Z pewnością będę oglądał też drugi sezon „Altered Carbon”, który jest stylistycznie dość bliski „(Nie)Sprawnej”. Pierwszy sezon mi się podobał, choć troszkę czego innego się spodziewałem. Jest to serial, który się dobrze ogląda. Pierwsze zwiastuny drugiego dają mi pewne powody do obaw, ale wierzę, że nie oddają po prostu klimatu i drugi sezon spodoba mi się tak samo jak pierwszy.

    Wspomniane „Westworld” i „Altered Carbon” to część boomu na seriale science fiction. Niedawno pojawił się też serial „Miłość, śmierć i roboty”. Seriale mają dziś większe budżety niż kiedykolwiek w historii. Czy pojawia się u ciebie myśl, że kurde, dlaczego to nie pojawiło się chwilę później?

    A.N.: – Nie, w pewnych kwestiach jest to wręcz zabawne, że kilka aspektów, które ja wymyśliłem, potem podłapali też inni twórcy. O niektórych z nich myślałem jeszcze na długo przed premierą tych seriali. Potem patrzę, że kurczę pieczone, tak żartobliwie mówiąc, Hollywood ma podobne pomysły co ja! Pomysł na „Angelę” i pierwsze przymiarki pojawiły się jeszcze przed tym, jak wyszła hollywoodzka wersja „Ghost in the Shell”, zanim CD Projekt Red zapowiedziało „Cyberpunk”. Ale uważam, że to dobrze, gdyż jeśli producenci stwierdzą, że ludzie tego chcą, jeśli „Cyberpunk” się podoba i będzie miał dobre wyniki, to będzie szansa dla mnie i dla innych twórców. Od ponad dwóch lat staram się znaleźć w Polsce producenta, który zainwestowałby w pełnometrażową wersję „Angeli” czy w ogóle w pełnometrażowe science fiction, ponieważ mam kilka pomysłów, ale w większości wypadków dostaję odpowiedzi: „Nie, tego się u nas nie ogląda”, „Człowiek z magicznym pudełkiem się nie sprzedał”. Panuje przekonanie, że w Polsce ludzie nie chcą science fiction. Nie zgadzam się z tym i mam nadzieję, że za pośrednictwem producentów zagranicznych albo CD Projekt Red uchylą się drzwi. Że któryś z producentów uwierzy, że może u nas powstać rasowe kino science fiction.

    Ostatnie pytanie do was obu. Czego wam życzyć teraz w dalszej karierze?

    A.N.: – Żebyśmy robili projekty, z których i my, i wy będziemy dumni.
    M.Sz.: – Myślę, że szczęścia, bo szczęście zawsze w życiu pomoże, a z resztą sobie poradzimy.

    Rozmawiała Anna Tess Gołębiowska

    Niezdefiniowany