Chodząc nędznymi ulicami (antologia) - recenzja

Antologia „Chodząc nędznymi ulicami", pod redakcją George'a R.R. Martina i Gardnera Dozoisa, na pierwszy rzut oka nie napawała mnie entuzjazmem. Kolejny zbiór urban fantasy dla nastoletnich dzieciaków, który powstał tylko w celu sprzedania jak największej liczby egzemplarzy. Tak przynajmniej myślałem na samym początku.

Po książkę sięgnąłem z dwóch powodów. Pierwszym było poddanie próbie mojego stereotypu o tym odłamie fantastyki. Drugą rzeczą, która mnie przyciągnęła do tej lektury, okazało się nazwisko autora sagi „Pieśń lodu i ognia".

Jako czytelnik literatury fantastycznej, od okładki oczekuję czegoś więcej niż tylko prostego zdjęcia. Grafika ma mnie przyciągać z drugiego kąta w pokoju i wołać „No nie bądź taki, przeczytaj mnie". Może i jestem wzrokowcem, ale w dzisiejszych czasach zdjęcie mężczyzny z pistoletem i długonogiej blondynki widnieje na co drugim bilbordzie reklamującym film akcji. W dodatku prawie całą przestrzeń zajmuje tekst. Rozumiem, że w zbiorach opowiadań mających wielu autorów, trzeba wypisać każdego z osobna. Tylko nie wiem po co taką wielką czcionką. Następnym faktem, który mnie zdziwił, jest wytłuszczenie nazwiska jednej z pisarek. Jeśli się mogę zapytać: jaki był tego cel? Jest to najlepsza autorka według redakcji? Niestety we wnętrzu książki nie doczekałem się odpowiedzi.

Przechodząc do pozytywnych aspektów tej pozycji. George R.R Martin pozwolił sobie na parę słów wstępu, wyjaśniając przy tym pochodzenie gatunku urban fantasy. Jest to wręcz genialne posunięcie ze strony wydawnictwa i autora. Po przeczytaniu „Bękarta", tak zostało nazwane przedsłowie, przekonałem się, że opowiadania z tego rodzaju nie muszą być tandetą, a wręcz mogą trzymać bardzo wysoki poziom.

Jedynym kryterium dla tekstów, było wplątanie w fabułę detektywa. Jak to się mówi, temat rzeka, w którym można popuścić wodze fantazji i stworzyć dosłownie wszystko. Tylko od autorów zależy czy popłyną pod prąd, tworząc coś niespotykanego, czy udadzą się wraz z nurtem i będą jednymi z wielu. Jako że sam szczycę się dociekliwością, nie mogłem się doczekać okazji wykazania mojego sprytu i biegłości w rozwikływaniu zagadek.

Ciekawym aspektem jest dyscyplina, którą zapewne wprowadzili redaktorzy. Każde opowiadanie, poza trzema wyjątkami na końcu książki, co potwierdza regułę, zostało napisane na mniej więcej trzydzieści stron. Jest to wręcz wspaniały pomysł, ponieważ słabe teksty można szybko przeczytać, a te naprawdę dobre muszą w krótki i jasny sposób przekazywać treść, bez zbędnych opisów.

Jak to w większości antologii bywa, znajdziemy tutaj treści zakrawające o kunszt mistrzowski, jak i takie, które nie da się inaczej nazwać niż tandetą. W tego typu książkach, według mnie, powinny przeważać historie z pomysłem.

Niestety mój zapał zgasł po przeczytaniu „Śmierć z ręki Dalii". Kolejna przygoda wampira, oczywiście z wątkiem erotycznym, aby sprzedaż wśród młodzieży wzrosła, nie wnosi nic ciekawego. Cienka fabuła i brak jakiegokolwiek przesłania wymagały ode mnie wypicia sporej ilości kawy, aby przez nie przebrnąć. O dziwo, autorką tego opowiadania jest Charlaine Charis, której nazwisko zostało wyróżnione wytłuszczoną czcionką na okładce. Na szczęście dawno temu nauczyłem się, aby za szybko się nie poddawać. Z kolejnymi autorami pojawiały się coraz ciekawiej poplątane historie, a po pewnym czasie natrafiłem na takie opowiadania, od których nie mogłem się oderwać.

„Dama lubi krzyczeć" przeczytałem z zapartym tchem. Przeświadczenia egzorcysty, który nie wierzy w duchy, a jedynym jego powołaniem są pieniądze i chętne wdowy, zostają poddane próbie, z czego wywiązuje się niezwykle interesujący przebieg wydarzeń. Motyw „od zera do bohatera" był już wielokrotnie używany, jednak Conn Iggulden nadał mu nowe znaczenie.

Na uwagę zasługuje także „Krwawy Cień" Joe'a R. Landsale'a. Gdybym ogłosił konkurs na najciekawszy pomysł tej antologii, byłby to niepodważalny zwycięzca. Prywatny detektyw, pani lekkich obyczajów, żeby ująć to tak łagodnie, rock i tajemniczy sprzedawca ze sklepu muzycznego. Brzmi jak idealny przepis na niesamowitą historię i taką też jest w praktyce.

Następnym opowiadaniem, które zapadło mi w pamięć, był „Orzeł Adacki" napisany przez Bradley'a Dentona. Idealnie dograna chciwość, dociekliwość i magia rozdająca karty w wojsku. Moim zdaniem najciekawsza historia w całym zbiorze. Nieobliczalni bohaterowie zapewniali mi napięcie do ostatniej kropki w tekście.

Po dotarciu do końca zadałem sobie jedno zasadnicze pytanie: czy opłacało się przeczytać całą książkę? Owszem, znalazłem parę bardzo wciągających opowiadań, lecz gdybym wyrzucił te, które mi się nie spodobały, lektura zmniejszyłaby swoją grubość o ponad połowę. Mam wrażenie, że myślą przewodnią większości autorów tej antologii był cytat jednego z bohaterów „Orła Andackiego" – tak zwanego Taty – „Więc jedynie co możemy zrobić, to tylko to, co trzeba zrobić. Ponieważ próba zrobienia czegoś więcej byłaby tylko mnożeniem rzeczy niepotrzebnych". „Chodząc nędznymi ulicami" poleciłbym wszystkim tym, którzy nie są wymagający, a książki potrzebują jedynie do zabicia czasu podczas jazdy autobusem czy tramwajem. Natomiast całej reszcie czytelników ceniących dobre fantasy, radziłbym poczekać, aż tytuł pojawi się w miejskich bibliotekach i przeczytać tylko wybrane opowiadania.

Mariusz „Sowinho93" Sowa
Redakcja i korekta: Katriona

Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu Rebis


Tytuł: Chodząc nędznymi ulicami
Tytuł oryginału: Down These Strange Streets
Autor: Charlaine Harris, Patricia Briggs, Steven Saylor, Simon R. Green, Diana Gabaldon, Conn Iggulden.
Wydawca: Rebis
Tłumaczenie: Marta Dziurosz
Data wydania: listopad 2012
Liczba stron: 688
Książkę możecie nabyć w sklepie redcoon.pl

Oceń: 
0
Brak głosów
Niezdefiniowany

Komentarze

Obrazek użytkownika YoAnna
YoAnna on pt., 08/22/2014 - 17:54

Mocno nierówna antologia i zgodzę się, że gdybym wybrała z niej tylko te opowiadania, które mi się podobały, książka byłaby znacznie cieńsza. Ale trzeba przyznać, iż oprawa cieszy oko.