Copernicon 2011 - Dzień I


    Słowo przedwstępne
    Tekst poniższy składa się w stu procentach ze słów, za co winić proszę mój aparat, który po nakarmieniu świeżymi bateriami wywalił na ekran napis „low voltage” i się wyłączył. Zainteresowanych wizualnym zapisem konwentu jestem zmuszony odesłać do Internetu. Widziałem na terenie szkoły przynajmniej jednego fotografa, toteż materiału powinno być sporo.

    Pradzieje
    Zeszłoroczny Copernicon, reaktywowany po kilkunastu latach, był dość małą, ale przyjemną imprezą. Lokalizacja (bliskość starówki, a co za tym idzie licznych pubów oraz sklepów, duży budynek szkoły wraz z przyległościami, całość oddzielona od miasta murkiem), wciąż ciepło przeze mnie wspominana organizacja, liczne i ciekawe punkty programu, miła atmosfera – to tylko niektóre z jego zalet. Robert „Czekan” Czekański, jak można było obserwować na Facebooku, dwoił się i troił, by tegoroczna edycja wypadła jeszcze lepiej. A ja postanowiłem sprawdzić czy wysiłki jego i dziesiątek innych osób przyniosły spodziewany efekt.

    Długa droga do Torunia
    Nim przejdziemy do rzeczy pozwolę sobie chwilę pomarudzić. Dowiedziawszy się, że mój kolega, Mariusz „Mario” Majchrowski, będzie jechał na południe samochodem, umyśliłem się doń dołączyć. Rzeczy w bagażniku, sympatyczne towarzystwo, szybki wyjazd i dotarcie na miejsce w parę godzin. Brzmi jak bajka, ale prędko przestało nią być. Prawdopodobnie dlatego, że około wpół do pierwszej ruszyliśmy w trasę, a z miasta wydostaliśmy się dopiero po półtora godziny. Co robili ci wszyscy kierowcy i ich pasażerowie w piątek, w godzinach, gdy normalni ludzie pracują albo grzeją uczelniane ławy – nie mam pojęcia.

    Trzy razy sześćdziesiąt minut później dotarliśmy do krzyżackiego miasta. Znalezienie szkoły nie było dla kierowcy problemem. Sporo gorzej wypadło szukanie wjazdu, gdy Mario musiał ze dwa razy obrócić i chwilę krążyć. Brakowało mi jakiegoś wyraźnego oznaczenia, że właśnie wjeżdżamy na teren konwentu. Plakaty są fajne, ale trochę za małe i kiepsko spełniają swoją funkcję przyklejone blisko wejścia na teren imprezy, tak jak to było w tym przypadku.

    DZIEŃ I
    Nowe miejsce, nowe możliwości
    Tegoroczny Copernicon odbył się w budynku II Liceum Ogólnokształcącego im. Królowej Jadwigi przy ulicy Kosynierów Kościuszkowskich 6. Żeby być dokładnym – w budynku mieściło się również XXIX gimnazjum. Do dyspozycji konwentowiczom oddano dwa piętra, parking oraz boisko, które Mario nazwał orlikiem. Czy było owocem pomysłu premiera Tuska – nie wiem. Wiem za to, że z powodzeniem je wykorzystywano.

    Pierwsze chwile na Coperniconie były dla mnie pozytywnie zaskakujące. Po pierwsze – szkoła posiadała monitoring. Po wejściu po schodkach, nad którymi wisiał wielki baner imprezy, między pierwszymi a drugimi drzwiami szkoły znajdował się korytarzyk będący pod stałą obserwacją stróża (woźnego?). W pomieszczeniu podglądać można było ponad dziesięć miejsc w jednej chwili. Jak dla mnie bomba.

    Pozytyw numer dwa – akredytacja. Pięć komputerów (z czego trzy bądź cztery stanowiły laptopy), przy trzech trwa rejestracja konwentowiczów. Szła ona bardzo szybko, gdyż i ekipa konwentu uwijała się z robotą jak trzeba i zainteresowanych wejściem na imprezę było niewielu. Niezależnie od godziny kolejka liczyła nie więcej jak kilkanaście osób. Do tego wątku jeszcze wrócimy. Póki co otrzymałem identyfikator twórcy programu, podpisałem się, dopłaciłem (kwaterunek kosztował pięć złotych dla osób prowadzących 5+ godzin programu. Ja zapłaciłem sześć. VAT?) i ruszyłem w teren.

    Pozytyw trzeci to dział handlowo-usługowy. Idąc od akredytacji prosto mijało się tablicę ogłoszeniową dla sesjowiczów i larpowiczów, punkt zapisu na takowe (działający prężnie, bo propozycji oraz wpisanych zainteresowanych było dużo), połączony z miejscem zamawiania i odbioru pizzy, wreszcie sklepy. Planszówki, książki, manga, plakaty, karcianki, RPG – dla każdego coś pysznego, a wszystko ulokowane na jednym, dość szerokim korytarzu. Wisienką na torcie był w miarę regularnie uzupełniany automat z przekąskami. Od tego miejsca należało skręcić w lewo, by oczom podróżnika ukazał się pozytyw czwarty i na tę chwilę ostatni, czyli sleeproom.

    Przywykłem do tego, że na konwencie śpi się w szkole albo wcale (bo jest za dużo ciekawych osób i rzeczy, by marnować czas na sen), a jeśli już ktoś musi kopnąć w kimono, to ma do dyspozycji bądź to małą salę, gdzie niemal depcze innym osobom po nogach czy też głowach, albo też bunkruje się w piwnicy, w wieżyczce albo innym, wcześniej upatrzonym miejscu. Na Coperniconie, tak jak i w zeszłym roku, do użytku oddano uczestnikom salę gimnastyczną. Nie mając wielkiego doświadczenia w tej materii – bowiem rok temu kwaterowałem na mieście – byłem ciekaw czy się sprawdzi. Jak się okazało, owszem. Miejsca było bardzo dużo, tłoku brakowało (o czym również niżej), zaś o czystość dbali gżdacze, wymagając zdjęcia butów przed wejściem. Tym sposobem, w dość krótkim czasie, przy drzwiach powstało wielkie pole glanów, desantów, trampek i adidasów, którego stale ktoś doglądał.

    Wracam na korytarz główny. Przy planszówkach ma miejsce przedpremierowy pokaz gry Draco. Obok dwóch testujących ją osób oraz jegomościa opisującego zasady stoi stosik pudełek, na których widać walczące ze smokiem krasnoludy. Rozglądam się. Ludzie wędrują, oglądają towary, ktoś coś kupuje. Kolejka jest wciąż mała, chociaż na zegarku godzina szósta z hakiem. Mijają mnie osoby w niebieskich koszulkach z napisem: „Jestem gżdaczem, muszę ci pomóc” oraz czerwonych z tekstem: „Jestem orgiem, nie mogę ci pomóc”. Przeglądam program i po chwili ruszam na pierwszą prelekcję.

    Program, czyli jest prawie dobrze
    Wpierw jednak mała dygresja. Program otrzymałem przy wejściu. Na okładce rysunek Waćpanny Karoliny Burdy (autorki ilustracji do identyfikatorów, plakatów i pewno paru innych jeszcze rzeczy), w środku dwa opowiadania, zwycięzcy konwentowego konkursu (nie jeden i nie trzech, a dwóch. Dlaczego tak?), lista organizatorów oraz opisy punktów programu z podziałem wpierw na godziny, a potem pokoje. Wszystko pięknie, ale gdzie jest tabelka i mapka szkoły, czyli atrybuty dla programu niezbędne? Spokojnie, leżą tuż za akredytacją. Szkoda, że sam musiałem je znaleźć. O ile umieszczenie listy punktów programu i ich opisów w dwóch różnych miejscach jakoś niespecjalnie mnie zabolało, o tyle miło by było, gdyby ktoś mi o tym zawczasu powiedział albo wsunął stosowny dodatek do programu. Rozmawiając z innymi uczestnikami wiem, że nie wszyscy zostali w tej materii oświeceni.

    Tyle dygresji, czas na pierwszy punkt programu.

    Systemy „ogólne”
    Pierwszą prelekcję wyróżniło to, że z początku nikogo na niej nie było. Nie dziwię się – piątek, godzina jeszcze dość wczesna (tu warto zaznaczyć, że impreza startowała oficjalnie od szesnastej, jednak już od czternastej i piętnastej stał otworem video room, sztuk dwa), a ludu mało. Mimo to pan Maciej „Vind” Litwin postanowił wpierw mi, a potem paru jeszcze osobom wyjaśnić, czym są systemy „ogólne”, takie jak GURPS czy Savage Worlds. W trakcie miała miejsce chwila kryzysu, gdy okazało się, że troje słuchaczy nie za bardzo wie, czym jest RPG i zaczęło się zbierać do wyjścia. Prelegent zmienił więc nieco temat i od Warhammera oraz D&D od kuchni przeszedł gładko do SWEPL.

    Chociaż prelekcja szła troszkę sennym rytmem (pan Litwin sam przyznał, że mamrocze miast mówić), to oceniam ją pozytywnie. Widać było, że autor interesuje się poruszanym tematem. Jednak konkursu na najlepszą prelekcję (bo takowy się odbywał. Twórcy programu mogli zgłaszać swoje punkty na stronie konwentu, zaś w jego trakcie uczestnicy, z pomocą ankiet, oceniali prelegentów i ich dokonania) nie miał szans wygrać. Nie przy tak niskiej frekwencji.

    Gracze są gópi
    Później, w tej samej sali, pojawiła się całkiem spora grupka osób, by posłuchać tego, jak Artur „sir Artus” Cnotalski z Kapituły (Łódzkiego Klubu Miłośników Fantastyki) opowiada o głupocie osób, z którymi przyszło mu grać. Było dużo śmiechu, aktorskich popisów prelegenta i przykładów, a narrację z rzadka przerywało krótkie zerkanie na ekran netbooka. Konkluzja postawionego przez niego problemu – co zrobić, gdy gracze wykazują się totalnym brakiem podstawowej zawartości czaszki – zawierała się w słowie humor. Jeśli siedzący przy zawalonym podręcznikami i kartami postaci stole osobnicy są durni, należy podejść do nich i do sesji z humorem, rozładowując tym samym napięcie i naprowadzając ich na właściwie tory. Ogółem, prelekcja otrzymała zasłużone brawa.

    Veto!
    Wróciłem na korytarz. Wcześniej dowiedziałem się, że na Coperniconie odbędzie się przedsprzedaż The Shadow of Yesterday. Nad promocją produktu czuwał jego tłumacz, Jacek „Darken” Gołębiowski, pod którego pieczą znalazło się stoisko Kuźni Gier. Zagrałem wraz z nim krótką, niedokończoną partyjkę Szlacheckiej Gry Karcianej Veto!, której podstawowe zasady szybko i sprawnie mi zaprezentował. Wykazywał przy tym niespożyte zasoby humoru, nawet po wielu godzinach prelekcji, prezentacji i tkwienia na stoisku. Miałem już w planach pewne zakupy, jednak odłożyłem je na później, bo oto pizza przyszła.

    Do karczmy to w którą stronę?
    Właśnie, pizza. Zerkam na mapę konwentu i co widzę? Bar, drugi bar, parę sklepów i przystanki komunikacji miejskiej. Miejsca, gdzie mógłbym zjeść coś nie będącego złocistym trunkiem tak ukochanym przez krasnoludy, nie ma. Musiałbym albo szukać w centrum, albo pytać się miejscowych. Niektórzy orgowie mówili coś o jakiejś restauracji, ale koniec końców nie znalazłem czasu – oraz chęci – na jej szukanie. Dzięki temu miałem studenckie śniadania (bułki, parówki i sok. Pycha!), uzupełniane przez rogaliki 7Days, bądź okazyjnie zamawianą pizzę. Warunki konwentowe, jednak liczyłem na coś więcej. W zeszłym roku szkoła konwentowa była blisko centrum. Korzyści takiego stanu rzeczy raczej nie trzeba wymieniać. Biesiadowanie na mieście było na wyciągnięcie ręki. Teraz logistyka trochę się popsuła. Nic, czego nie dałoby się obejść, jednak niekorzystne wrażenie pozostało.

    Tak czy siak jedzenie zamówiłem w pizzerii. Ciasto było cienkie, ale składniki w sam raz. Co gorsza, po kilku kawałkach poczułem się najedzony. Jak to słusznie zauważył Mario – na konwentach metabolizm przysypia i człowiekowi dziwnie nie chce się napełniać żołądka. Samo w sobie jedzenie było dobre, ale w późniejszych godzinach występowały problemy z jego dowozem. Doszły mnie słuchy, że dopiero po złożeniu przynajmniej dziesięciu zamówień na okrągłe kawałki ciasta pokryte mięsnymi i warzywnymi dodatkami dostawca ruszał w drogę. Ile w tym prawdy – nie wiem.

    Szef wszystkich szefów
    Jeszcze w czasie konsumpcji spotkaliśmy głównego koordynatora Coperniconu, Roberta „Czekana” Czekańskiego, który dzielnie krążył po korytarzach i salach, doglądając wszystkiego i pilnując, by interes się kręcił. Powitał mnie i współtowarzyszy w jedzeniu podaniem dłoni, wymieniliśmy parę zdań i już był trzy pokoje dalej. Widziałem go każdego dnia i w pewnej chwili zacząłem się zastanawiać czy w którymkolwiek momencie przycupnął w kąciku i przeszedł w stan ładowania baterii. Śladów zmęczenia zero, na każdy żart odpowiedź, humor stale dopisujący, rozmowy, ponaglenia, koordynowanie, miłe słowo dla każdego... Ja tu czuję Cyloński spisek.

    Słońce zachodzi, minął kolejny dzień
    Po napełnieniu brzucha była chwila pomocy przy pakowaniu stoiska Kuźni (schowany w kartonach towar zaatakował klient. W akcie samoobrony rozerwaliśmy taśmę, co umożliwiło dokonanie wymiany – pudełko za pieniądze i spokój) oraz wyjście na miasto. Teoretycznie w pobliżu konwentu były dwie pijalnie. Niestety, jedną zamykano o północy. W drugiej w tym czasie trwała niezgorsza impreza, na której to grono fandomowe się integrowało.

    Powoli wszystkim dawało się we znaki zmęczenie. Z tego powodu partyjka Munchkina: Cthulhu zakończyła się dość szybko, a współgracze rozpierzchli się. Około godziny trzeciej, czując na barkach ciężar podróży oraz pierwszych godzin konwentu, udałem się na zasłużony odpoczynek. Prędko dotarło do mnie, ledwo złożyłem ciało na karimacie w sleeproomie, że temperatura jest dość niska. Zresztą pogoda w ogóle była średnia – chociaż świeciło słońce, to chłód zmuszał do zakładania kurtek. Tak czy siak, pojmując, że na drugi raz powinienem zabrać lepszy koc (bądź śpiworek), i czasem słysząc chrapania z odległych wysepek morza sali gimnastycznej, zasnąłem.

    A co się działo drugiego dnia?

    Konkursy

    Nazwa użytkownika

    Facebook

    Discus