Copernicon 2011 - Dzień II

    Toaleta poranna
    Godzina ósma i pół, czas na zakupy. Opuszczam wciąż pustawy sleeproom, na butowym polu zrywam parę desantów i po wdrapaniu się schodkami na górę docieram do toalety. A tam szok – ciepła woda oraz papier toaletowy. Kawałek dalej dostępne natryski. Jak na standardy konwentów odbywających się w szkołach – luksusy. Tym bardziej, że, jak wieść gminna niesie, szare rolki dostarczano regularnie.

    Ogarnąwszy się przechodzę pustym korytarzem głównym, gdzie po sklepach pozostały jedynie ulotki i kartki informacyjne, mijam akredytację obsługującą kilka osób, po czym, wraz z kompanionami, ruszam na poszukiwania jedzenia. Do wyboru „Piotr i Paweł” oraz „Biedronka” – sztuk dwie. Po zdobyciu zaopatrzenia wracamy i kulturalnie jemy śniadanie na korytarzu. Stołów było wiele, krzeseł również, nikt problemów nie robił, więc dlaczego nie? Oczywiście musiałem się jeszcze wylegitymować przy wejściu, tak jak i przy schodach prowadzących do sypialni. Tylko, że...

    O identyfikatorach słów kilka
    Smycz plus laminowany kartonik z obrazkiem i miejscem na dane dostałem przy akredytacji. Obrazek zależny był od rangi konwentowicza. Na moim podparta pod boki blond piękność w steampunkowym stroju patrzy gdzieś przed siebie. Białe litery obwieszczają dumnie „Twórca programu”. Wygląda to to fajnie, ale dwie rzeczy trochę przeszkadzają. Po pierwsze – dość mało miejsca na wpisanie danych. Zmieścić się zmieszczą, ale gruby marker odpada z miejsca. Po drugie – zwykli uczestnicy mieli na niej wypisane dni tygodnia z dwoma miejscami na zakreślenie. Prawdopodobnie w ten sposób zaznaczano czas pobytu i wynajem – bądź nie – miejsca w sypialni. Tymczasem u mnie mini kalendarza brak, a fakt wykupienia miejsca postojowego na sali gimnastycznej oznaczono krzyżykiem na tylnej stronie identyfikatora. Działało, ale w takim razie po co wypis dni tygodnia? Karnety były całoimprezowe, bądź przeznaczone na konkretne dni. Czy i jak to potem sprawdzano – nie wiem, ale mam nadzieję, że nie doszło do żadnych przekrętów.

    Ludu ci u nas niedostatek
    A skoro już mowa o sleeproomie, to unaoczniał on problem liczebności uczestników konwentu. Słyszałem, że był ich tysiąc. No dobrze, ale zatem dlaczego dostrzegam tak mało materacy, karimat i śpiworów? Czyżby ludzie spali na mieście? Są stąd? Może przyjechali i zakwaterowali się u znajomych albo w hotelach? A może, tak jak mi zasugerowano, winna była słaba promocja imprezy? Nie mnie oceniać, ale o konwencie szło dowiedzieć się z wielu miejsc, na czele z Facebookiem.

    Z drugiej strony – może to wina szkoły? Budynek liczył dwa piętra plus parter i piwnica. Trzy długie korytarze, sporo pomieszczeń po obu stronach, a co za tym idzie także i kryjówek. Może po prostu liczne grono konwentowiczów zniknęło w salach erpegowych, fanowskich, video (sztuk dwie, z czego w jednej królowało Guitar hero oraz jakaś konsolowa piłka kopana, w drugiej zaś Kinekt), naukowej, konferencyjnej (ustawionej, trochę niefortunnie, aczkolwiek z musu, na korytarzu łączącym oba skrzydła I piętra) oraz games roomach? Tych ostatnich było zresztą cztery, z czego przynajmniej jeden (bo nie do wszystkich zerknąłem) przeznaczono tylko dla bitewniaki, zaś główny umieszczono na długim a szerokim korytarzu, co dało zero problemów z przechodzeniem z jednego końca na drugi, a zarazem dostatecznie wiele miejsca dla spragnionych planszówek graczy. Tuż za ścianą znaleźć można było stosy wypełnionych figurkami i żetonami pudełek oraz miłą, kompetentną obsługę, stale męczącą jakiś tytuł.

    Tak więc wersja moja brzmi – szkoła była duża, toteż liczne grono uczestników zwyczajnie się w niej rozproszyło. Stąd czasem poczucie, że tak naprawdę żadnego konwentu nie było.

    Około dziesiątej powróciły sklepy, a na korytarzach pojawiło się więcej ludzi. Buszowanie po szkole trzeba było kontynuować.

    Snot-ball!
    Mijając Czekana (pomimo z pewnością pracowitego dnia wyglądał jak nowo narodzony. Jakaś magia normalnie…) przeczłapaliśmy na boisko. Tam Mario organizował zawody w Snot-balla. Idea tej gry jest prosta jak konstrukcja cepa. Są dwie drużyny. Obie mają wbić do bramki przeciwnika piłkę. Mogą korzystać tylko z nóg i trzymanych w garściach mieczy. Każdy z nich ma dwa punkty życia, po utracie których schodzi poza boisko i drepta do swojej bramki, gdzie dane mu będzie się wskrzesić. Do tego, od czasu do czasu, do gry wchodzi, trzymany na linie przez hodowcę, troll. Bestia ma dziesięć punktów życia i jak kogoś trafi, to zabija na miejscu.

    Graczom udało się wynaleźć kilka nowych zasad (m.in. trzymanie piłki na czubku miecza), powalczyć z trzema różnymi trollami (co jeden, to bardziej krwiożerczy) i porządnie pookładać bezpieczną bronią. A po meczu? Oczywiście, walka na miecze! Zostawiłem towarzystwo radośnie wymieniające ciosy i wróciłem do budynku.

    Serce Zimy
    Kawałek od sali sypialnej rozłożyła się niepozorna grupka. Przed nią, na kilku stołach, leżały ekrany dotykowe z podłączonymi słuchawkami. Zaciekawiony podszedłem i spytałem, o co chodzi. Dowiedziałem się, że panowie i jedna pani prezentują swój produkt i zapraszają na jego testowanie. Stwierdziłem: „Dlaczego nie?”. Po kilku chwilach na ekranie ukazało mi się ładnie wykonane logo oraz słowa Serce Zimy.

    1812, Serce Zimy to gra fabularna, w której użytkownik może czytać, bądź słuchać historii Korwina Giedyminowicza, żyjącego w czasach napoleońskich oficera, który na ratunek ukochanej siostrze wyruszy w głąb Rosji. Zapoznając się z kolejnymi dialogami i opisami będzie musiał wybrać między kilkoma opcjami. W ten sposób, wspomagając się mapą oraz zebranymi po drodze przedmiotami, dotrze do jednego z kilku zakończeń.

    Dane mi było zapoznać się z prologiem, w którym jedną z głównych ról odegra niejaki Kościej, postać z rosyjskich wierzeń. Elementy realistyczne przeplatają się więc z fantastycznymi, a to wszystko przy narracji Piotra Fronczewskiego. Oczywiście są jeszcze inni lektorzy, dźwięki otoczenia, muzyka, ale ta akurat osoba zapadła mi, fanowi pierwszych Wrót Baldura, najbardziej w pamięć.

    Porozmawiałem troszkę z twórcami audiobooka – bo takim mianem określana jest gra – na temat prologu. Wymieniłem również kilka uwag z jej szefem, panem Jarosławem Beksą, od którego otrzymałem gustowne pudełeczko z logo produktu. W środku znajdował się pendrive w kształcie serca, a na nim demo gry. Obiecawszy przekazać jego zawartość w odpowiednie ręce oddaliłem się.

    Dzieje się
    W salach video stale ktoś jest. Albo słychać strzały, dowód grania w Gears of War, śmiechy próbujących korzystać z Xboxowego Kinekta, albo też do moich uszu docierają komentarze z meczu piłkarskiego. Raz jeden tylko lewa sala ucichła z racji czasowego przerobienia jej na salę prelekcyjną (na górze był napis: „prelekcyjna”. Ktoś dopisał: „Nope! Chuck Testa!”). Ale kilka odwiedzin później znów widziałem w środku katującego talerze perkusistę, dwóch gitarzystów oraz samorodny talent wokalny, ćwiczących mięśnie i gardła przy Guitar Hero.

    W sypialnej i na korytarzach, w przeciwieństwo do games rooma, dalej pustki. Na piętrze trzecim ludu wiele. Wymieniam uwagi z kilkoma osobami, przyglądam się, kto w co gra, aż przystaję przy makietach używanych przy bitewniakach. Wewnątrz dostrzegam figurki z gry Neuroshima: Tactics. Fundom sarkał, że z różnych względów wyglądają byle jak. Na moje oko laika niekoniecznie, ale wolałbym poczekać z ostateczną oceną do czasu pojawienia się w Polsce modeli odlewanych w Wielkiej Brytanii. Póki co mogę jednak śmiało powiedzieć, że nie jest aż tak tragicznie. Może rzeczywiście, jak głosili niektórzy, to fotograf zawinił?

    Na parterze natrafiam znów na stoisko Darkena i daję się skusić, po kilku prowadzonych w piątek i sobotę rozmowach, na zakup zestawu startowego do Veto! oraz zamówienie The Shadow of Yesterday, który zachęcił mnie swoim conanowskim światem oraz kilkoma ciekawymi zasadami. Przesyłka powinna dotrzeć w listopadzie. Tak zaopatrzony przemaszerowałem do sali fanowskiej, gdzie miałem prowadzić prelekcję. Frekwencja okazała się zabójcza i wynosiła jeden, w postaci orga szukającego chwili wytchnienia od ludzi. Czy zawinił mało chwytliwy tytuł bądź treść, frekwencja konwentowa czy raczej fakt, że w tym samym czasie odbywało się spotkanie z Jakubem Ćwiekiem oraz kilkanaście innych, ciekawszych punktów programu – nie wiem, nie mnie oceniać. Poczekałem kwadrans i wyszedłem.

    Nieopodal sali naukowej, gdzie czekałem na prelekcję Staszka „Scobina” Krawczyka, siedziała właścicielka dwóch psów wraz z pupilami. Zwierzaki, z czego jeden pozbawiony został jednej z przednich łap, podbiegały do każdego w pobliżu, i radośnie merdając ogonami, prosiły o głaskanie. A że dar przekonywania miały wielki, toteż każdy, kto je ujrzał, chętnie wyciągał dłonie. Gdzieś na korytarzu pokręcił się Paweł Piskorski, dostrzegłem również Dariusza Domagalskiego i Annę Brzezińską, po czym dałem nura do sali naukowej.

    Czytanie „Gry o Tron”
    Chwalenie kolegi z redakcji Poltera jest „trochę” nie na miejscu, ale gdybym miał napisać o prelekcji Staszka negatywnie, to musiałbym ją ominąć. Jak dla mnie, człeka spragnionego wiedzy, mówił trochę zbyt mało i czasem ogólnikowo, ale przedstawił wiele przykładów na to, że Gra o Tron to powieść zarówno realistyczna, jak i fantastyczna. Wraz ze mną jeszcze ponad dziesięć osób słuchało argumentacji i przyglądało się plastycznym talentom Staszka. Długo będę pamiętał narysowanego na tablicy martwego Neda Starka z głową w kałuży krwi, który ani za pierwszym, ani za setnym spojrzeniem nie przypominał go nawet w drobnej części.

    Dane mi było również poznać zagadnienie od strony naukowej i nie odbyło się to poprzez zarzucenie audytorium specjalistycznymi terminami, z których zrozumiałe stanowiły ledwo 1/10. Staszek w sposób prosty i przystępny wyjaśnił to, co wyjaśnić miał zamiar, poprowadził krótką dyskusję i ruszył do games roomu, gdzie przebywał dłuższy czas.

    Intro, outro, gameplay, edycja III
    Jeszcze przed prelekcją poszedłem po walutę konwentową, którą miałem wręczyć zwycięzcom trzech organizowanych przeze mnie konkursów, toteż pozostało się upewnić czy sprzęt jest na miejscu. Po drodze spotkałem osobnika z gitarą w dłoniach i afro na głowie, który grywał rzewne kawałki z lat osiemdziesiątych wszystkim, którzy chcieli i nie chcieli go słuchać.

    Jak się okazało w sali jest dostępny telewizor, ale laptopa i głośników niet. Dwie wycieczki do red roomu później (byłem z deka niecierpliwy, ale konkurs się zaczął, ludzi kilku się zebrało, a ja miałem w dłoni tylko kartę pamięci z filmikami) na biurku znalazł się fajny zestaw głośników oraz czerwony Asus samego Czekana. Podłączywszy wszystko, rozsiadłszy się z laptopem na kolanach i trzymając w dłoni pilot do regulowania głośności – a przy okazji patrząc na telewizor pod całkowicie niezdrowym dla szyi kątem – puściłem zainteresowanym wszystkie siedemdziesiąt i osiem filmików. W tym miejscu gorące podziękowania dla bezimiennej damy, która użyczyła mi na ten czas myszki.

    Uczestnicy wyglądali na zadowolonych. Co prawda, z początku, szło wsio trochę powoli, musiałem również w połowie puścić kilka osób na loterię (która, jak się okazało, była później), ale im dalej w las, tym było więcej śmiechu, zdziwienia albo rzewnych okrzyków: „Ej, ja to znam!”. Wygrał jeden, bądź dwóch finalistów sprzed roku, zaś zwycięzca przy odbieraniu nagrody skomentował swój sukces słowami: „Ale ze mnie nerd!”.

    Dlaczego Twilight ssie?
    Mając godzinę do kolejnego konkursu wybrałem się na prelekcję poświęconą największemu mordercy kanonu wampirzego ostatnich lat. Myślę sobie: „Kolejna fanatyczka tru wampirów będzie jechać po Zmierzchu, a fanki Meyer obrzucą ją błotem. Pójdę, pośmieję się chociaż”. Wchodzę, siedzę chwilę i zonk, bo waćpanna Olga „Edward” Kaczmarek przygotowała coś więcej, niż tylko zbiór argumentów „nie, bo nie”. Jak się okazało czytała kilkakrotnie wszystkie części cyklu (także w oryginale) oraz obejrzała wszystkie filmy, wyciągnęła z nich co ciekawsze rzeczy, opracowała kilka statystyk (!) i przedstawiła je słuchaczom. Tłumaczyła przy tym punkt po punkcie i uwaga po uwadze, dlaczego historia Edwarda i Belli pozbawiona jest jakiegokolwiek sensu, zwracając przy tym uwagę na osobę autorki oraz zastanawiając się krótko nad wpływem tej książki na współczesne pokolenie.

    Prelekcja była zabawna, merytoryczna i udowadniająca, że można coś kiepskiego krytykować bez rzucania garści błota bądź korzystania z ogólników. Pod sam koniec temat zszedł ogólnie na paranormalne romanse, a autorka stwierdziwszy, że czas się wyczerpał, a jej zostało jeszcze drugie tyle materiału, podziękowała słuchaczom. Coś czuję, że zajęła wysoką lokatę w konkursie na najlepszą prelekcję.

    W tym miejscu warto również zareklamować jeden z tekstów konwentu, który paść miał na larpie SQL, w czasie to którego odgrywający postać będącego pod wpływem natankizmu księdza gracz miał rzec: „Glany. Kopyta Szatana!”.

    Growo i kalamburowo
    Początkowo, ludzi chcących odgadywać tytuły gier na podstawie gestów było niewielu, jednak prędko uzbierały się cztery drużyny po trzy osoby oraz kilku gapiów. Jedna z grup miała przy tym stały problem z brakiem trzeciego do składu, co mocno wpłynęło na jej wyniki. Rywalizacja była zacięta, a walka toczyła się do ostatnich minut. W międzyczasie jednej z grup udało się mnie rozśmieszyć na ponad minutę, co skomentowano słowami: „Zepsuliście prowadzącego!”. Ogółem było nieźle – niektórzy gładko zgadywali wszystko jak leci, podczas gdy inni męczyli się z tytułami, które cała reszta dawno temu rozgryzła. Wyłapałem przy tym istotnego errora w zasadach (gracz wybierał jeden kartonik spośród trzech. Dwa pozostałe wrzucałem do puli, a trzeba było też wywalać), toteż za rok powinno być lepiej. Trzydzieści coperniców zwycięzcy rozdzielili między siebie sprawiedliwie. Mam nadzieję.

    Nadeszła noc. Miałem okazję dowiedzieć się, że kumpel musiał czekać na pizzę ponad półtora godziny, zaś gamesroom po zachodzie słońca magicznie wypełnia się po brzegi. Sporo było rozstawionych plansz do Świata Dysku – Ankh Morpork, chociaż dostrzegłem również Talisman czy Chaos in the Old World. Załapałem się jeszcze na końcówkę pokazu fireshow, by potem, aż do północy, ćwiczyć nadgarstek oraz zdzierać gardło przy Guitar Hero. Niestety, nie udało mi się postukać na perkusji, jak również zrozumiałem, jak ciężko jest zaśpiewać T.N.T. w prawidłowej tonacji. Nie mając już wiele do roboty przeszedłem przez pole butów przed sleeproomem, wkroczyłem na pustą, cichą salę i położyłem się spać.

    Tak oto ostał się tylko dzień trzeci i ostatni.