Copernicon 2011 - Dzień III

    Ostatki
    Dzień trzeci konwentu to czas, gdy lud korzysta z ostatnich ciekawych punktów programu, kończy swoje sprawy, prędzej czy później pakuje rzeczy i rusza w podróż do domu. Copernicon świetnie wpasował się w tę tendencję, kiedy to o wczesnej, porannej godzinie wędrowałem pustymi korytarzami w poszukiwaniu jakiejkolwiek żywej duszy. Dopiero koło dziewiątej zaczął się niewielki ruch, ale do rozłożenia się sklepów potrzeba było jeszcze trochę czasu.

    Zrobiłem obchód. Video room zamknięty, games roomy dla bitewniakowców puste. W głównym kilka grupek niedobitków. Jakieś człowieki widoczne przy wejściu i akredytacji. Poza tym cisza i spokój, jak również jeszcze bardziej wyludniona sala sypialna. Dopiero teraz zrozumiałem, jak jest duża i przestronna. Przy dobrym zagospodarowaniu przestrzeni przyjęłaby całkiem pokaźną liczbę osób.

    Zjadłszy śniadanie udałem się do drugiej sali konkursowej, na mój ostatni punkt programu na konwencie.

    Growo i muzycznie, edycja II
    Miałem nadzieję, że pojawi się chociaż jedna osoba. Przybyły trzy. Głośniki otrzymałem w red roomie te same, co dnia poprzedniego, a jakiś czerwonokoszulasty osobnik pożyczył mi również laptopa – wielką, ciężką, ale jakże fajnie wyglądającą maszynę. Siedząc z nią za biurkiem i puszczając utwory z mniej lub bardziej znanych soundtracków czułem się, jak wykładowca w czasie kolokwium. A że udział brali dwaj zwycięzcy wczorajszego konkursu gierkowego, toteż wynik nie był dla nikogo zaskoczeniem. Warto nadmienić, że pierwsze miejsce w obu zmaganiach zgarnął Arkadiusz Haratym, członek redakcji serwisu gamemusic.pl. Przy okazji wskazano mi na istotny błąd w zasadach, który, mam nadzieję, do kolejnej edycji poprawię.

    Ostatków ciąg dalszy
    Atmosfera w sali i na korytarzach była troszeczkę senna, ale nic w tym dziwnego. Niedziela, konwent się kończy, sporo ludzi już pojechało, więc nie ma co liczyć na nagłe i niekontrolowane wybuchy energii. Najwięcej osób siedziało w games roomie i tam też skierowałem swe kroki. W tak zwanym międzyczasie ujrzałem ekipę radia, jak również Czekana rozmawiającego z kimś przed kamerą. Czyżby GryFabularne.tv?

    Końcówka konwentu przeminęła bardzo szybko. Zakupiłem podstawkę do Veto! wraz z dwoma boosterami (jeśli wierzyć Darkenowi i Mario, to znalazłem w nich naprawdę dobre i drogie karty), chwilę pogapiłem się na jedną partyjkę tegoż, porzucałem trochę dwoma zestawami Story Cubes (na jednej kostce znajdowało się sześć różnych obrazków. Po rzucie należało zmontować z nich historię. Kostek mieliśmy szesnaście. W efekcie powstawały twory, których nie powstydziliby się nałogowi narkomani), zerknąłem na biegnącego korytarzem przy dźwiękach charakterystycznej dlań muzyczki, wieloosobowego Nyan Cat’a (jak to ktoś skomentował: „Pomysł super, wykonanie już sporo gorzej”), po czym zebrałem swoje rzeczy z niemal pustej już sypialni i pomaszerowałem do samochodu. O trzeciej byłem w drodze powrotnej.

    Podsumowanie
    Przez wszystkie trzy dni miałem wrażenie pustki. Na konwencie było, wedle ostatnich informacji, jakie do mnie dotarły, tysiąc osób. Statystyki oficjalne mówią o prawie ośmiu setkach. Patrząc po rozmiarach szkoły konwentowej jestem w stanie w to uwierzyć, jednak z drugiej strony wciąż zastanawiają mnie pustki w sali sypialnej. Ludu niby dużo, a mimo to dziwnie mało. Nie stanowiło to jednak żadnego problemu, bo jeśli ktoś chciał znaleźć chętnych do sesji, larpa czy planszówki, to prędzej czy później osiągał sukces. Ogłoszenia mistrzów gry niemal zawsze miały wzięcie, a gwałciciele smoków i porywacze księżniczek sesjowali wszędzie, także na korytarzach.

    Wielka szkoda, że główny temat konwentu był tak słabo wyeksponowany. Steampunk królował na logu, plakatach i identyfikatorach, jednak ani na terenie szkoły, ani w programie nie dostrzegłem go w wystarczająco dużych ilościach. Ot, czasem mignął mi mężczyzna w eleganckim surducie, dziewoja w gorsecie z trybikami to tu, to tam oraz jeden osobnik z metalową ręką. W efekcie coś, co miało być sztandarowym elementem imprezy zeszło na dalszy plan. Szkoda.

    Chociaż Mario miał pewien problem ze znalezieniem wjazdu na teren szkoły konwentowej, warunki wynagrodziły to z nawiązką. Na zewnątrz wielkie boisko i parking, w środku zaś rozległy parter, dwa piętra i piwnica. Sale tematyczne ustawione obok siebie, osobne skrzydło dla organizatorów, wielka sypialnia, łazienki z ciepłą wodą i papierem toaletowym, łatwy (pomijając dobrze zakamuflowane restauracje) dostęp do jedzenia i napitków w różnej postaci. Tutaj ekipie należy się wielki plus.

    Kolejny wręczam za organizację. Mając w pamięci zeszłoroczny Copernicon żywiłem nadzieję na szybkie i sprawne dostarczenie potrzebnego mi sprzętu. Takowy, chociaż z pewnym opóźnieniem, ale dostałem. Doszły do mnie słuchy, że nie wszyscy orgowie potrafili odpowiedzieć na każde możliwe pytanie, ale ja się z takimi nie spotkałem. Było też sporo gżdaczy (jeśli wierzyć plotkom, to setka), toteż znalezienie darmowego tragarza nie stanowiło problemu.

    Trzeci wielki plus należy się organizatorom za program. Musiano zrezygnować z larpów oraz konkursów, gdyż zwyczajnie zabrakło dla nich miejsca. Nie dotarło do mnie, by jakiś punkt nie odbył się (jeden larp odpadł, ale jak głosiła karteczka: „Z przyczyn niezależnych od prowadzącego”). Co prawda dziwi mnie to, że niektóre powtarzały się (dwa konkursy o muzyce z gier?), jednak koniec końców, wybór był szeroki. A jak kto korzystać nie chciał, to zawsze mógł pośpiewać, pograć, powalczyć, albo po prostu posiedzieć i pogadać.

    Tu pojawia się czwarty i ostatni element konwentu nagrodzony plusem, czyli atmosfera. Kto chciał przetestować nową planszówkę, ten mógł łatwo znaleźć grono chętnych, bardziej zaznajomionych z tematem. Młodzi wioślarze wymieniali się instrumentami przy Guitar Hero bez potrzeby używania środków przymusu bezpośredniego. W sali sypialnej: „nie było strachu zostawić laptopa” (jedzenie to inna sprawa), zaś życie nocne w pijalniach kwitło.

    To były bardzo przyjemne trzy dni. Chociaż pod wieloma względami Coperniconowi sporo jeszcze brakuje do większych, od wielu lat organizowanych imprez, to ekipa konwentowa odwaliła kawał dobrej roboty. Owszem, pojawiły się niedociągnięcia, jak zawsze przy tego rodzaju przedsięwzięciach, ale ostateczny wynik konwentu jest dodatni. Mam nadzieję, że za rok będzie tylko lepiej.
    Łukasz „Salantor” Pilarski

    PS: W tym miejscu pragnę podziękować Czekanowi, który nie dość, że pożyczył mi swojego laptopa na największy z moich konkursów (tym samym ratując go i mnie przy okazji z opresji), to następnego dnia szybko i sprawnie pomógł mi odzyskać ukrytą w nim (a pozostawioną tam za sprawą babci sklerozy), bardzo ważną, kartę pamięci. Good job, keep it on.