Diabłu ogarek. Kolumna Zygmunta (Konrad T. Lewandowski) - recenzja

    Na koń szlachetny czytelniku, kiej sejm się odbywa! Kiej damy w pięknych sukniach chadzają i kwiat polskiej ziemi radzić będzie nad losem narodu!

    Przyznam się Wam całkiem szczerze, iż do powieści w klimatach szlacheckich zwykłem podchodzić podejrzliwie. Wszystko za sprawą Sienkiewicza, którego utwory wepchnięto do kanonu lektur szkolnych po to, by nauczyciele mieli czym dręczyć uczniów. Styl, sposób kreacji świata i bohaterów słynnej trylogii skutecznie zniechęcił mnie do polskiej warstwy uprzywilejowanej. Niemniej zgodziłem się przeczytać drugą część Diabłu ogarek. Pozwólcie, proszę, przybliżyć sobie tę publikację, jak również pewne smaczki związane z pisaniem tekstu, który właśnie czytacie.

    Pierwsze lody związane z książkami o wspomnianej tematyce przełamał dość niecodzienny prezent, jaki towarzyszył otrzymanemu przeze mnie egzemplarzowi recenzenckiemu. Była to zakładka, mająca umilić mi czytanie. Z pozoru nic specjalnego. Gdy ją obejrzałem dokładnie z obu stron zauważyłem spisane kobiecą ręką litery, układające się w napis Życzę miłej lektury. I jak tutaj się nie uśmiechnąć, mając świadomość tego, iż ktoś zadał sobie trud, by recenzent poczuł się doceniony i szanowany? Od razu mogę Wam zdradzić, że bynajmniej nie była to zachęta do lepszego ocenienia powieści, normalnie niewartej choćby pięciu pochlebnych zdań…

    Pozytywne wrażenia zaczęły się już na widok okładki. Utrzymana w błękitach, wymieszanych z miejską szarością Warszawy z czasów rozkwitu polskiej szlachty. Tworzy to bardzo przyjemny, wyraźny kontrast. W oczy rzuca się zapisany w intrygujący sposób tytuł powieści. Postanowiono bowiem postrzępić wszystkie litery, co nadało im drapieżnego, złowieszczego wyglądu, harmonizując jednocześnie z samą przekazywaną treścią. Iście szatański pomysł, a przy tym jak najbardziej przyjazny oku. Całości dopełniają dwie postaci. Umieszczony mniej więcej w centrum surowy sarmata o iście wyjętych z epoki rysach twarzy i jakby przyćmiona twarz kobiety z zamkniętymi powiekami. Budzi to swoisty nastrój tajemniczości, zakrawającej wręcz o subtelną magię wiejskich czarownic.

    Początek powieści wprawił mnie jednak w pewne uczucie zagubienia. Stało się tak, ponieważ imć Lawendowski (główny bohater książki) wspominał jakieś minione wydarzenia, zapewne opisane w pierwszym tomie. Postanowiłem jednak przymknąć na to oko. Później przypomniałem sobie, iż zdaniem mojego redakcyjnego kolegi Szerszenia część pierwsza była zbiorem opowiadań, nie zaś standardową powieścią. Stwierdziłem tutaj, że sprawa ma się tak samo jak z Wiedźminem. Mianowicie każdy czytelnik powinien sam ocenić, do której z wyżej wymienionych grup zaliczy tę publikację.

    Na szczęście potem było już tylko lepiej. Wartka akcja oraz nieliniowa fabuła obfitująca w naprawdę niespodziewane i zaskakujące zwroty dostarczyły mi solidnej porcji wrażeń. Wszystko to zostało podane bardzo sprawnie i z dbałością o szczegóły. Drugi tom Diabłu ogarek określiłbym jako szlachecką powieść spod znaku płaszcza i szabli, doprawioną, wcale pokaźną, szczyptą wioskowej magii i guślarstwa. Na szczęście nic tutaj ze sobą nie koliduje. Czytelnik nie powinien czuć się zagubiony bądź oszukany, gdyż wszystko zostaje logiczne uargumentowane i wyjaśnione. Na pochwałę zasługuje granie wątkami historycznymi i przeplatanie ich z literacką fikcją. Autor poczynił to tak umiejętnie i wprawnie, iż byłbym w stanie uwierzyć, że wszyscy bohaterowie są postaciami autentycznymi. To ogromny plus powieści. Jeden z największych. Odnajdujemy tutaj coś, czego często brakuje tego typu publikacjom – ducha epoki.

    Zaskakuje wiedza autora w kwestii ludowych podań, jak również zastosowań i działania przeróżnych ziół oraz dekoktów. Wymagało to niewątpliwie bogatych studiów i odsiewania informacji wartościowych od plew, co wcale nie jest takie proste. Również kwestie magiczne zostały przedstawione w wyjątkowo zmyślny sposób. Szczególnie cieszy brak tak zwanych fajerboli, czyli klasycznych kul ognistych. Nic z tych rzeczy! W Diabłu ogarek mamy do czynienia z mistyką wyważoną, zagadkową, pełną niebezpieczeństw i pułapek. Moc jawi się przede wszystkim w sposób subtelny. Znajduje to jasne odbicie w folklorze, gdzie pod pojęciem magii rozumie się przede wszystkim klątwy i uroki. To podejście, moim zdaniem, dobitnie świadczy o powadze i rozsądku, jak również kulturoznawczym zacięciu autora.

    Coś, czego nie mogłem przemilczeć to opisy walk. Choć na pozór nieliczne, nagradzają nam wszystko sposobem, w jaki zostały wykreowane. Nie ma tutaj herosów w zbrojach łuskowych +5, lub czymś podobnym. Każda rana kończy się długotrwałą rekonwalescencją i nieprzyjemnymi skutkami ubocznymi. Ból jest w stanie zwalić bohatera z nóg, a nawet pozbawić przytomności. Co więcej, każdy oręż zachowuje się tak, jak powinien. Opisy starć strzeleckich pozostawiły we mnie niezatarte dobre wrażenie dzięki fachowości i barwności. Ponownie zastanawiam się z jakich źródeł i opracowań musiał korzystać autor tej powieści. Przyznam szczerze. Starcia zostały opisane po prostu mistrzowsko. Zupełnie tak, jakby pisarz sam brał w nich udział…*

    Jest jeszcze coś, na co pragnę zwrócić Waszą uwagę. Czy jesteście w stanie wyobrazić sobie powieść szlachecką bez ostrego niczym szabla dowcipu? Jeśli nie, to trafiliście na właściwą książkę. Cięte dialogi, bezwstydne słowne riposty i zmuszające nieomalże do oplucia się w napadzie chichotów scenki, zaskakują przede wszystkim swoją częstotliwością. Tak solidnej dawki humoru nie powstydziłaby się żadna książka nastawiona na wywołanie uśmiechu u czytelnika. Dowcip Diabłu ogarek to niesamowita mieszanka zabawnych, zapadających w pamięć rozmów oraz scenek. Niektóre rozwiązania poczynione w tym celu uważam za niesamowicie trafione. Naprawdę nie sądziłem, że kiedykolwiek tak się uśmieję z powodu jeża…

    Samo wydanie nie budzi we mnie zastrzeżeń. Co więcej, książka okazała się bardzo wytrzymała na trudy podróży. W sytuacji, gdy czas na czytanie ma się przede wszystkim w środkach komunikacji miejskiej jest to zaprawdę nieoceniony walor. Czytelna, wyraźna czcionka, przejrzyste rozmieszczenie tekstu na stronach, dobry papier. Wszystko to, w połączeniu ze wspomnianą już szatą graficzną okładki, powinno zaspokoić wymagania estetyczne nawet co wybredniejszych czytelników.

    Podsumowując. Na polskim rynku wydawniczym wreszcie pojawił się solidny cykl – ciekawy, pełen niewymuszonego humoru oraz umiejętnie łączący elementy fantastyczne i historyczne, osadzony w realiach szlacheckiej Rzeczpospolitej. Nic tylko czytać i mieć nadzieję, że niedługo ukaże się kolejna część Diabłu ogarek, a potem jeszcze kilka. Szczerze liczę na sukces Kolumny Zygmunta, gdyż książka, która przełamała we mnie wstręt do powieści o sarmatach w pełni na to zasługuje. Przynajmniej moim skromnym zdaniem.

    * Co jest (prawie) możliwe. Wszak istnieje rekonstrukcja historyczna.

    Tyrsonn Ulvhjerte (Kamil „Tyrsson” Gołębowski)
    Redakcja: Thordis Ulvhjerte (Paulina Maria „Lorelay” Szymborska-Karcz)
    Korekta: Monika „Katriona” Doerre

    Za egzemplarz recenzencki
    dziękujemy wydawnictwu RM


    Autor: Konrad T. Lewandowski
    Tytuł: Diabłu ogarek. Kolumna Zygmunta
    Wydawnictwo: RM
    Data i numer wydania: kwiecień 2012, I
    Format: 145x200 mm
    Oprawa: miękka
    ISBN: 978-83-7243-959-8
    Liczna stron: 256

    Książkę możecie nabyć w sklepie redcoon.pl

    Oceń: 
    0
    Brak głosów
    Niezdefiniowany