Hellcon 2012: Apokalipsa (relacja)

    Kolejka mrożąca krew w żyłach

    Początkiem konwentów jest nic innego, jak mniej lub bardziej lubiana przez wszystkich kolejka. Stały punkt programu każdego zjazdu fanów, bo w końcu wejściówki trzeba odebrać. Zazwyczaj jest to czas, kiedy większość osób spotyka starych znajomych, poznaje nowych, chwali się cosplayem lub znajduje dla siebie inne, niekoniecznie pożyteczne, zajęcie. Za to ci konwentowicze, którzy już zdobyli identyfikator i opaskę na rękę, najczęściej chętnie wracają na zewnątrz, żeby pochwalić się owym nabytkiem. I tak jak zwykle nikt na te kolejki nie narzeka bardziej niż przeciętny Polak potrzebuje, tak tym razem było ciężko. Temperatura na zewnątrz ujemna, większość osób, nawet tych ciepło ubranych, marznie, a wejścia do budynku nie widać. Nie wiadomo czy było to spowodowane jakimiś problemami w organizacji, czy wyjątkowo dużą ilością osób bez wejściówek, albo po prostu zwykłą złośliwością losu. Jednak kolejkę na Hellcon III zdecydowanie można nazwać Apokalipsą. Ci, którzy przyszli na miejsce w godzinach startu atrakcji, na mrozie czekali średnio po 2-3 godziny. W pewnym momencie organizatorzy wpadli na dobry pomysł i zaczęli roznosić gorącą herbatę, choć i tak niewiele to pomogło.

    Sleepy, czyli gdzie tu odpocząć

    Chociaż większość ludzi przyjeżdżających na konwent zwykle nie śpi na nim w ogóle, pojawia się też spora grupa osób potrzebujących choćby kilku godzin na odpoczynek. Dlatego po odebraniu wejściówek, otrzepaniu się ze śniegu i rozmasowaniu zmarzniętych stóp, priorytetem jest znalezienie dla siebie małego, wygodnego kącika. Organizatorzy tutaj akurat wykazali się całkiem dobrym przygotowaniem i po tegorocznym Animatsuri, gdzie ilość ludzi aż przytłoczyła, oddali do wolnego użytku ostatnie piętro, większość sal na drugim oraz, standardowo, dosyć szerokie korytarze. Miejsca sporo, a przynajmniej na tyle, by każda potrzebująca snu duszyczka mogła zwinąć się w śpiworze i odpocząć przed następnymi atrakcjami. Chociaż zapewne dla nowicjuszy widok części osób śpiących na korytarzu, wolnym stole po stoisku czy parapecie okna jest nietypowym obrazem, ja osobiście uważam to za jeden z uroków każdego konwentu.

    Jedzenie

    Porównując Hellcon III do innych konwentów, z góry widać, że jedzenia spokojnie starczyłoby na całą Apokalipsę. Po przejściu całego budynku punktów, w których można było znaleźć coś do przegryzienia znajdowało się kilka. Stołówka, dwie osobne sale z jedzeniem na ciepło i zimno, a nawet stoiska na korytarzu – każdy miał sposobność wyłowić coś dla siebie. Tak jak na ostatnich organizowanych przez Animatsuri imprezach, pojawiły się pieczone ziemniaki, ale dużym powodzeniem cieszyły się też zwykłe dania ze stołówki czy też tosty i zapiekanki. Serwowano również dania z kuchni wschodniej. W końcu na konwencie, na którym przebywali fani mangi i anime, nie mogło zabraknąć ryżu. Część osób co prawda żałuje, że grupa Animatsuri przestała współpracować z restauracjami sushi, jednak znalazło się wystarczająco dużo zamienników, by zaniechać powodów do narzekań. Poza zorganizowanymi punktami z jedzeniem, można było przynieść coś własnego, jak na przykład nieśmiertelne zupki chińskie, do których należało tylko znaleźć źródło gorącej wody. Dla wybrednych zostawała jeszcze niezastąpiona pizza czy budka z kebabem i frytkami na zewnątrz conplace.

    Cosplay z punktu widzenia stałego bywalca konwentów

    Apokalipsowy cosplay zdecydowanie mogę określić jako udany. Na pewno był to jeden z tych bardzo nielicznych, które zaczęły się bez dłuższego, co najmniej półgodzinnego, opóźnienia. Nawet mimo tego, że brała w nim udział największa liczba cosplayerów, jaką grupa Animatsuri miała okazję nam zaprezentować. Niestety nie każdy uczestnik konwentu mógł wejść na salę, jednak każdy komu zależało i przyszedł te kilka/kilkanaście minut wcześniej udało się spokojnie zająć jakieś miejsce. Prowadzący, którymi po raz kolejny byli Ksiądz i AranX, świetnie prezentowali bywalców cosplayu, zapewniając widowni rozrywkę na scenie, jak i nawet poza nią. Mimo trudnego zadania, jakim było czytanie wymyślnych nazw grup i imion postaci, uważam, że poszło im cudnie. Jeśli chodzi o same stroje i scenki, znalazło się naprawdę dużo genialnych i kilka perełek. Nikt z widzów nie powinien narzekać na nudę. Stali bywalcy konwentów mogli poznać po nickach lub twarzach cosplayerów z poprzednich imprez, o czym świadczył również dosyć wysoki poziom, ale nie zabrakło też nowych zdolnych osób.

    Games room'y

    Jeśli lubi się gry, a w całym wachlarzu różnych atrakcji akurat nie widać nic interesującego, zawsze zostają games roomy, DDR'y i Ultra Star. Trzy pozycje, na których praktycznie w każdym momencie jest coś do zrobienia, albo przynajmniej pooglądania. W games roomach królują gry produkcji japońskiej, walki na dwóch graczy, ale nie tylko. PS3, PS2 i konsole innego typu są zaopatrzone w naprawdę dużą ilość ciekawych pozycji. W salce z DDR'ami (wyjaśniając, w dużym skrócie – z matami Dance Dance Revolution, całkiem fajny sposób rozrywki polegający na skakaniu na jedną z czterech strzałek wtedy, kiedy jej odpowiednik wyświetli się na ekranie) zawsze można pooglądać tancerzy na zaawansowanym poziomie albo samemu spróbować swoich sił. Raz widziałam zawodowców i zaczęłam ćwiczyć u siebie i na domowych ćwiczeniach raczej skończę. UltraStar to punkt dla fanów śpiewania. Nawet jeśli nie jest się w tym najlepszym, wystarczy zabrać ze sobą kilku znajomych, a wycie do mikrofonu staje się świetną zabawą. Co prawda, nam udało się tylko zerknąć do salek i zostać tam nie więcej niż kilka minut, ale jednak zawsze coś. Korzystając z własnego doświadczenia, jako bywalczyni poprzednich konwentów wiem, że w tych miejscach raczej nikt się nie nudzi.

    Atrakcje, atrakcje…

    Wielkie podziękowania kieruję do organizatorów za duży i czytelny plan atrakcji. Posiadając jedną kopię, mogłyśmy sobie od razu zaplanować, gdzie by tu zajrzeć, czego by posłuchać. Niestety, większość interesujących nas rzeczy odbyła się na samym początku (a, jak już wiecie, długie czekanie w kolejce nie sprzyja pojawieniu się na pierwszych atrakcjach), co wpierw przyjęłam z małym rozczarowaniem. Później jednak uznałam, iż jeszcze tyle ciekawych spotkań przed nami, że aż szkoda siedzieć i narzekać. Zatem flamaster w dłoń i jedziemy! Po zaznaczeniu interesujących punktów wraz z Aline udałyśmy się na mały obchód po terenie Hellconu, gdyż miałyśmy jeszcze trochę czasu do godziny piętnastej, na którą to zaplanowano pierwszy ciekawiący nas panel.

    Kilkanaście minut przed 3 zjawiłyśmy się pod salą, w której miało odbyć się „Spotkanie z Kobietą Ślimak”. Nie ukrywam, że nas to zaintrygowało, bowiem nie od razu skojarzyłyśmy, o kogo może chodzić. Dopiero dwa przemiłe dziewczątka wyjaśniły nam, iż chodzi o autorkę ,,Chaty Wuja Freda’’, przy czym zaliczyłyśmy klasyczne facepalmy – pierwszy w momencie, jak uświadomiłyśmy sobie, że dobrze znamy twórczość Kobiety Ślimaka, a drugi – gdy zajęłyśmy miejsca, a do sali weszła, wraz ze swym towarzyszem, nieznajoma stojąca tuż obok nas i przysłuchująca się naszej rozmowie na korytarzu. Tak, dobrze myślicie. To była Wielce Szanowna Graficzka. Po tym drobnym faux pas z naszej strony, Kobieta Ślimak oraz Marcin, jej luby (i jednocześnie bohater komiksów), przez godzinę zagadywali i rozśmieszali zebranych ludzi. Ilona, bo tak ma na imię rysowniczka, z humorem opowiadała o ciężkiej pracy, jaką wykonuje (a niektórym może się wydawać, że to tylko zabawa!). Ile czasu i serca trzeba włożyć w projekty, by finalnie zadowoliły nie tylko ją, ale i czytelników? Sporo. Nie zabrakło możliwości zadania im pytań ,,od publiczności’’, zbaczenia z tematu komiksów (ale wciąż dotyczących autorki). Poznałam ją nie tylko jako rysownika, ale i trochę jako człowieka, co było ciekawym doświadczeniem – zobaczenie ludzkiej twarzy, a nie tylko kilku czarnych kresek, od razu zmienia odbiór dzieł danego autora. Wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie i założę się, że przysporzyła sobie paru nowych fanów oraz utwierdziła starych w przekonaniu, że odwala kawał naprawdę dobrej roboty, a przy tym wciąż pozostaje skromną, normalną osobą, której sodówka nie uderzyła do głowy, bo jej komiks robi furorę w internecie.

    Następnie godzina przerwy, którą wykorzystałyśmy na ponowny spacer po szkole i drobny posiłek, by o siedemnastej stawić się na panelu ,,Kraina Czarów, czyli motyw Alicji we współczesnej kulturze’’prowadzony przez Necrona. Nie wiem czy to zbyt duże oczekiwania, czy nieumiejętnie przeprowadzone spotkanie sprawiło, iż po około trzydziestu minutach postanowiłyśmy opuścić salę… Zaczęło się ciekawie – Alicja a okultyzm. Symbole, które chrześcijaństwo uważało za złe, takie jak np. tradycyjne karty równające się przesiąkniętemu złem tarotowi. Potem jednak prowadzący zaczął namawiać ludzi do wymyślania reklam (o ile dobrze pamiętam, jedną z nich dotyczyła herbaty, nawiązująca oczywiście do świata wykreowanego przez Lewisa Carrola). Zamierzałyśmy przeczekać, ale sytuacja nie ulegała zmianie, więc idąc za przykładem kilku innych osób, czmychnęłyśmy na zewnątrz, by ustalić dalszy plan działania.

    Okazało się, że za chwilę miał się odbyć pokaz firedance w wykonaniu grupy Le Chat Noir. Nie zważając więc na śnieg na zewnątrz i mróz, wyszłyśmy na boisko, by nie tracić zbędnego czasu na wracanie do sleepa i ubieranie się w kolejne warstwy (co odpokutowuję do dziś przeziębieniem) ubrań. Udało się nam przebić niemalże na sam przód. Z tego miejsca mogłyśmy dobrze widzieć całe show, choć z powodu bezpieczeństwa i tak nie pozwolono stać zbyt blisko występujących. Z tłumu dotarły mnie głosy, że grupa dopiero się uczy, co czasem było widać – wypadały im pochodnie albo nie mogli znaleźć sposobu, by je zapalić. Pomimo tych drobnych potknięć, całość oglądało się dobrze, zwłaszcza, że zapadł już zmrok i ogień ładnie komponował się z chłodną scenerią.

    Po powrocie do środka i ogrzaniu się zauważyłyśmy, iż najbliższe parę godzin przyjdzie nam spędzić na sali gimnastycznej, gdzie odbył się oczekiwany przez wielu cosplay (o którym dodam parę słów od siebie jako osoby mającej z nim styczność po raz pierwszy). Zjawiłyśmy się akurat na koniec próby, udało nam się również załapać na stanowisko pomocnic Gnijącej Panny Młodej, zwanych oryginalnie ,,tymi od prześcieradła’’. Wiadomo, trzeba sobie pomagać, więc zrobiłyśmy co w naszej mocy, by nie zepsuć uczestniczce występu, a przy okazji wykonać jeszcze to, o co nas poproszono. Około godziny 20:30 rozpoczęła się cała impreza, a do środka zaczęli napływać ludzie. Nie wszyscy się zmieścili, ale, niestety, nie da się przeskoczyć pewnych rzeczy, m.in. rozmiaru pomieszczenia właśnie. Organizacyjnie szło dość sprawnie, były płynne przejścia między autorskimi występami a zapowiadającymi je Księdzem i AranX’em. Obejrzeć mogliśmy np. Czarodziejkę z Księżyca, Królewnę Śnieżkę w wersji Ryuk, bohaterki ,,Monster High’’ czy Sound Horizon. Poziom był różny, zarówno jeśli mowa o kostiumach, jak i scenkach. W tej pierwszej kategorii moim osobistym faworytem okazało się… jury konkursu, które przebrało się za bohaterów mangi ,,Paradise Kiss’’. Byłabym pewna ich zwycięstwa, gdyby wzięli udział, ale skoro to oni oceniali, stawiałam na Gnijącą Pannę Młodą. Zdobyła ona wyróżnienie, a nagroda główna za podobieństwo do postaci trafiła w ręce wilkołaczycy z ,,Monster High’’ (również świetny kostium), która okazała się wyraźnie zaskoczona, gdy wywołano ją po odbiór statuetki. Pozostałe powędrowały bodajże do dwóch grup, jakich nazw sobie teraz niestety nie przypomnę, gdyż tegoroczny cosplay, jak stwierdziła Aline, obfitował w naprawdę sporą liczbę uczestników, a pamięć już nie ta...

    Po cosplay’u trzeba było napełnić żołądki, więc ruszyłyśmy na górę, aby znaleźć coś na ząb i nieco odpocząć. Nie zajęło nam to wiele czasu, a że nie bardzo miałyśmy ochotę siedzieć (zaczynało się już robić nieco sennie) postanowiłyśmy, wraz z nowopoznanym kolegą, udać się na zaplanowane przez D@zera ,,Post-Apo Party’’, czyli nic innego, jak dyskotekę. Czasy licealne mam już za sobą, więc miło było znowu poczuć klimat nieco kiczowatych, acz nie pozbawionych swego uroku, szkolnych potańcówek. Różnorodna muzyka, w tym z anime, sprawiła, iż ciężko było usiedzieć w miejscu. Całość trwała około trzech godzin, a dobra zabawa zdziałała tyle, że na bok zeszły panele, które miałyśmy w planach. No nic, noc jest jeszcze młoda, a jutro też mamy dzień, więc atrakcji nie zabraknie. Tak wtedy myślałyśmy.

    Nasza rozpiska wskazywała, iż gdzieś koło 4.00 nad ranem czeka nas spotkanie z Pawłem Biernackim i jego panelem ,,Antybohater a sprawa końca świata’’. Doczłapałyśmy się na miejsce przed czasem, a potem zajęłyśmy miejsca w klasie. Półtorej godziny panelu zleciało jak z bicza strzelił, choć nasze organizmy, z powodu braku snu, nie funkcjonowały już na pełnych obrotach. Podobnie jak w przypadku spotkania z Kobietą Ślimakiem, prowadzący wykazał się poczuciem humoru i sporą aktywnością – pomimo pory oraz kiepskiego stanu zdrowia. Zebrani na sali ludzie w sporej części brali czynny udział w dyskusji, nie zostając w tyle za prowadzącym. Oryginalny temat (łatwiej byłoby przecież mówić o pozytywnych postaciach) w połączeniu z klimatem apokaliptycznym, nie tylko jeśli chodzi o znane wszem i wobec rozumienie Apokalipsy, ale też i koniec pomniejszych, wewnętrznych światów pojedynczych jednostek, dały ciekawy efekt, wart zapamiętania. Paweł posłużył się przykładami z ,,Bleacha’’ czy ,,Dragon Ball’’, więc tytułów, z którymi większość powinna być zaznajomiona i nie mieć problemów ze zrozumieniem przekazu. Nie obeszło się bez drobnego zejścia z tematu (brawa dla tych, którzy zapamiętali wszystkie zażyłości zachodzące między bohaterami ,,Fushigi Yuugi’’), a także nawiązania do świata rzeczywistego, np. antybohaterów polskiej sceny politycznej.

    Przez następne wolne pół godziny zrobiłyśmy kolejny obchód, korzystając z faktu, iż sporo osób jeszcze śpi i nie trzeba się przepychać przez korytarz. O 6:30, wciąż cierpiące z braku snu (Nie ma spania! Jest konwent!), wybrałyśmy się na przygotowaną przez Mizu i Arw wiedzówkę o Harrym Potterze, na którą to czekałyśmy już od dnia poprzedniego. Nie miałyśmy zamiaru brać w niej udziału, ale ciekawiło nas, jak poradzą sobie z pytaniami uczestnicy. A te były naprawdę skomplikowane, nawet dla potteromaniaków. Uczestnikom szło, mimo to, nieźle.

    Gdzieś w okolicach siódmej/ósmej rano, zostałyśmy jednak pokonane i ucięłyśmy sobie godzinną drzemkę. Budzik jednak czuwał i zadzwonił niedługo przed spotkaniem z Morgul, która poprowadziła panel ,,Warszawa jako miasto post-apo’’, czyli o historii i odbudowie zniszczonego miasta słów parę. Pewne tego, że nie brakuje nam już sił, początkowo słuchałyśmy ze sporym zainteresowaniem. Snu było chyba jednak za mało, bo z czasem powieki same opadały, a myśli, jeśli w ogóle gdzieś błądziły, to poszybowały hen, hen, daleko. Bardzo żałowałam, że nie udało nam się wyciągnąć z wykładu tyle, ile mogłyśmy, ale udzielił nam się chyba klimat ,,miasta zombie’’, bo same powoli się nimi stawałyśmy… Jeśli jednak będzie okazja, by nadrobić owe spotkanie, to na pewno z niej skorzystamy.

    To już jest koniec...

    O 13.00 miał się odbyć panel ,,Motywy azjatyckie w fantastyce’’ Aldara, ale godzina wydawała się tak odległa, że skapitulowałyśmy ostatecznie gdzieś w okolicach dziesiątej. Powoli zwinęłyśmy swoje manatki, co robiła w między czasie spora część osób i skierowałyśmy się do wyjścia. Wniosek na przyszłość mam jeden: więcej snu, więcej zabawy. Choć chciałyśmy zobaczyć maksimum atrakcji, w efekcie z części i tak musiałyśmy zrezygnować. Mimo to, zabawa była naprawdę dobra, ale to już zasługa nie tylko samych rozrywek, które po części trzymały wysoki poziom, a po części go zaniżały, ale też i towarzystwa, w jakim przyszło spędzić Hellcon 2012. Następnym razem również się zjawimy – w końcu przetrwałyśmy Apokalipsę...

    Małgorzata "Sol" Gruszka
    Barbara "Aline" Wymazał
    Zdjęcia: Małgorzata "Sol" Gruszka
    Redakcja i korekta: Monika "Katriona" Doerre

    Zapraszamy również do galerii: http://efantastyka.pl/galeria/hellcon-2012

    Za możliwość uczestnictwa w imprezie
    dziękujemy stowarzyszeniu Animatsuri.
    Polski