Hobbit: Niezwykła podróż (2012) - recenzja

    Hobbit. Jak bardzo niezwykła podróż?

    Gdy dowiedziałam się, że filmowego Hobbita będzie jednak reżyserował Peter Jackson byłam dość mocno zaniepokojona. W odróżnieniu do większości widzów, z których opiniami miałam okazję się zapoznać, nie jestem entuzjastką ekranowego Władcy Pierścieni i nie podzielam zachwytów tą kinową trylogią. Bałam się więc, że Hobbit zostanie wykonany w tym samym stylu, który, niestety, choć bardzo efekciarski, budzi we mnie sporo wątpliwości.

    Moja ciekawość kolejną adaptacją (bo mimo wszystko uważam Hobbita za adaptację, nie ekranizację, choć w mniejszym stopniu niż wspomnianą serię filmów na podstawie Władcy Pierścieni) kolejnego dzieła J.R.R. Tolkiena wzmogła się za sprawą opinii widzów. Mam tu na myśli zarówno poglądy moich znajomych, którzy widzieli film wcześniej niż ja, jak i te pochodzące z przeczytanych recenzji, artykułów prasowych i odnalezione na tolkienowskich forach dyskusyjnych. Okazały się one skrajnie różne, zdania są bardzo podzielone i widać, że Hobbit. Niezwykła podróż to produkcja wzbudzająca spore kontrowersje. Nie mogłam doczekać się chwili, kiedy będę w stanie sama zweryfikować te wszystkie poglądy, którymi nakarmiłam się przed projekcją i wyciągnąć własne wnioski.

    Teraz, już jakiś czas po wizycie w kinie, mogę śmiało stwierdzić, że znajduję się w tej grupie, na której film wywarł ogromnie pozytywne wrażenie. Wszystkie moje wątpliwości rozwiały się i, w odróżnieniu od wrażeń sprzed tych dziesięciu lat, kiedy to na ekrany trafiła adaptacja Drużyny Pierścienia, a po niej kolejne dwie, jestem niemal w pełni usatysfakcjonowana. I jako widz i jako fanka twórczości oxfordzkiego profesora.

    Nie podzielam fascynacji filmową wersją Władcy Pierścieni głównie ze względu na jej przesadzoną hollywoodzkość i „amerykański klimat”. Hobbit został jednak nakręcony w zupełnie innym stylu. Próżno szukać tutaj prymitywnego humoru połączonego z ewidentnie przegiętym patosem, a i kiczowatych scen wyssanych z palca twórców jest znacznie mniej. Pierwsza filmowa trylogia to, przede wszystkim, efekciarskie epic fantasy po amerykańsku z domieszką taniego romansu i sztucznie udramatyzowanych wątków. Druga natomiast posiada znacznie więcej wspólnego z kinem przygodowym, dowcip jest zdecydowanie bardziej błyskotliwy, a epickość, bohaterstwo oraz patos mają klasę.

    Twórcy zastosowali sporo chwytów mających na celu powiązanie ze sobą obu tych opowieści, jednak nie przesadzili. Hobbit zachował sporą dozę odrębności, nie jest kalką Władcy Pierścieni. W efekcie próba przedstawienia tej historii z innego punktu widzenia i w innym klimacie, jednocześnie czyniąc z niej swoisty prequel oraz zachowując ciągłość przekazu, powiodła się. Jest dokładnie tak, jak z książkami, które stanowią spójną całość jako opowieści z tego samego świata przedstawionego, ale bez problemu można je czytać w całkowitym oderwaniu od siebie lub dowolnej kolejności, a ich poetyki i stylistyki diametralnie się różnią. Uważam to za olbrzymi sukces filmowców.

    Klimat produkcji tym razem absolutnie mnie zachwycił. Wbrew wielu opiniom, które słyszałam i czytałam, okazał się znacznie bardziej tolkienowski, niż ten przedstawiony w kinowym Władcy Pierścieni. W końcu zobaczyłam Śródziemie takim, jakim chciałam je widzieć, bliższe temu, które istniało już znacznie wcześniej w mojej wyobraźni. Nie jest przesadnie bajkowo – dokładnie na tyle baśniowo (pragnę tutaj podkreślić ogromną różnicę między bajką a baśnią!), na ile być powinno. Dynamika i przygoda – to najważniejsze cechy filmowego Hobbita. Świat przedstawiony jest tu mniej wyidealizowany i nie tak sztucznie czarno-biały, jak we Władcy Pierścieni, elementy humorystyczne naprawdę mnie bawiły, a nie żenowały prymitywnością i płytkością, jak np. bekający Gimli, idiotyczne, pozbawione polotu żarty w jego wykonaniu czy Legolas na snowboardzie z tarczy, a sceny batalistyczne zostały pozbawione tej irytującej przesady (jeden superheros nie rozwala całej armii wroga, wychodząc z tego absolutnie bez szwanku), choć nie tracą przy tym na epickości.

    Wśród największych plusów filmu jest jedyny element, który w pełni podobał mi się we Władcy Pierścieni, czyli scenografia i krajobrazy. Piękno samo w sobie! Znów dobrze znane idylliczne Shire, powalające i rozkładające na łopatki tak samo, jak w mojej wyobraźni podczas czytania książki. Monumentalne miasta, otwarte przestrzenie jak ze snu, prześliczne lasy, wyniosłość i niebezpieczny klimat gór, mroczne labirynty jaskiń i ulotne piękno elfich osiedli. Dokładnie tego oczekiwałam i to otrzymałam. Jestem zadowolona. Co ciekawe, wyraźnie dostrzegam też inspiracje twórczością plastyczną mojego ulubionego tolkienowskiego ilustratora – Alana Lee.

    Ogromną radością i ulgą przepełnił mnie fakt, że tym razem Jackson podszedł znacznie poważniej do kwestii kreacji bohaterów. Film, przede wszystkim, odbudował moją książkową wizję tolkienowskich krasnoludów. Wręcz uratował ją przed zapomnieniem, po tym jak w głowie na długo został mi parodyjny Gimli. Wreszcie są oni tą prostolinijną, dumną, odważną, honorową i zarazem wesołą rasą, a nie pierdzącymi, bekającymi prostakami bez krzty klasy. Na szczególną uwagę zasługują tutaj dostojny, powalająco królewski Thorin (którego uznałam za mój prywatny ideał mężczyzny), Dwalin – genialna kreacja weterana, skarbnicy „dziadkowej mądrości” i dyplomatyczny Balin. Pozostali tworzą wesołe, radosne i mocno „krasnoludzkie” tło, ale nie zlewają się w jednolitą masę, bez problemu jestem w stanie ich rozróżnić. Natomiast Bilbo to ten książkowy „nietypowy hobbit” pełną gębą. Jest w nim cała paleta cech typowo hobbickich, przedstawiona w sposób przezabawny, ale nie głupkowaty. Posiada także „to coś”, dzięki czemu trudno mieć wątpliwości, co do powodu, dla którego Gandalf właśnie jego wybrał na towarzysza niezwykłej przygody. I, w odróżnieniu od niektórych, absolutnie nie czułam, by został zepchnięty na drugi plan. To raczej pozostałe postaci zdołały mu dorównać i stać się dla niego godnymi współbohaterami. Także wizja Gandalfa, znacznie różniąca się od tej z filmowego Władcy Pierścieni, bardziej przypadła mi do gustu. Mocniej wyeksponowano dwoistość jego natury – wędrownego czarodzieja i potężnej istoty nadprzyrodzonej, widać tu tę grę osobowości prawdziwej i maski założonej na potrzeby tworzenia obrazu samego siebie, który chce kreować przed „plebsem”. Szary Wędrowiec przestał być krystalicznie nieskazitelny i ujawnił swoją bardziej kontrowersyjną, nieco złośliwą część natury. Pokazy potęgi, ale tylko w razie najwyższej konieczności, lekki cynizm, samowolka i to zjawianie się zawsze w odpowiedniej, acz ostatniej chwili. Pełna klasa!

    Orkowie to wreszcie inteligentna rasa – dzika, ale humanoidalna, myśląca. Mówią, czują, posiadają jakąkolwiek własną cywilizację, kierują się nawet pewnym rodzajem etyki. Wargowie nie są zmutowanymi hienami, wyglądają bardziej wilczo, mniej poatomowo. Wielki Goblin rozbraja błyskotliwym dowcipem i cynizmem, a „realistycznie tępe” trolle też mają coś w sobie.

    Postaci są wyraziste, różnorodne i naturalne. Nie tak krystaliczne, jak te z Władcy Pierścieni i nie tak płaskie, bezbarwne. Sceny heroiczne i dramatyczne z ich udziałem znacznie bardziej mnie poruszają. Nawet bohaterowie drugoplanowi i epizodyczni mają w sobie „to coś”. Nie zawiedli mnie Gollum i Galadriela, których kreacje wyjątkowo podobały mi się już we Władcy Pierścieni. Wizje postaci Sarumana i Elronda zyskały w moich oczach, w końcu zobaczyłam ich bliższymi tym bohaterom z mojej czytelniczej wyobraźni. Dodatkowym smaczkiem jest Radagast (mnie osobiście zupełnie nie razi jego pojawienie się na planie jako odstępstwo od książkowego pierwowzoru). To postać wzbudzająca wśród fanów kontrowersje. Ja jednak nie podzielam tych negatywnych opinii. Czarodziej (tu bardziej szurnięty druid) ma bawić, wprowadzać typowo komiczny element ku uciesze gawiedzi i idealnie mu się to udaje. Sceny z jego udziałem są tak przecudnie absurdalne, że jestem w stanie wybaczyć twórcom filmu kreację jednego z Istarich zupełnie pozbawioną godności. Pościg w króliczych saniach zaiwaniających z prędkością bliską światłu czy wskrzeszanie zdechłego jeża to szczyt absurdu, tak głupi, że aż prześmieszny.

    Zostały zachowane też eddyczne inspiracje Tolkiena, w filmie mocno wyeksponowane. Jest również klimat islandzkich sag, który ewidentnie wyczuwałam przy czytaniu Hobbita, a podczas lektury Władcy Pierścieni już niekoniecznie. Jest wyraźne echo etyki honoru, która, z tego co mi wiadomo, mocno oddziaływała na właśnie to dzieło Tolkiena. Jest eddyczna inspiracja w kreacjach postaci. Przykładowo, patrząc na filmowego Gandalfa nie mogłam oprzeć się skojarzeniom z… Odynem (a konkretniej z Grimnirem). Grimnir jak w mordę strzelił – i z aparycji, i z osobowości, i z zachowań. Krasnoludy to też bardziej eddyczne karły, niż parodia popkulturowego wikinga (filmowy Gimli). Elfowie mocniej kojarzą się z germańskimi alfar, nie sprawiają wrażenia tak przesadnie wyidealizowanych, „dobrych aż do bólu i odruchu wymiotnego”. Jedni i drudzy są po prostu nieludzcy, inni, a przy tym bardziej dumni i wyniośli niż homo sapiens. Ale to już mój prywatny mały konik.

    Świetne kreacje postaci dopełnia doskonała gra aktorska. Ujęli mnie przede wszystkim Martin Freeman – odtwórca roli młodego Bilba, Ian McKellen jako Gandalf i Andy Serkis wcielający się w Golluma. Freeman wydaje się stworzony do odgrywania właśnie tej postaci. Widziałam go już na ekranie w innych rolach i zawsze uważałam za znakomitego aktora, tutaj jednak kreacja, którą stworzył przeszła moje najśmielsze oczekiwania. To był prawdziwy Bilbo, żywcem wyjęty z książki Tolkiena! McKellen także jest dokładnie takim Gandalfem, jakim go sobie wyobrażałam. Ten aktor zachwycił mnie już we Władcy Pierścieni, ale dopiero teraz pokazał pełnię swoich możliwości. Mężczyzna nie należy do najmłodszych, ma obecnie ponad siedemdziesiąt lat, więc miniona dekada wyraźnie odcisnęła piętno na jego wyglądzie zewnętrznym, ale aparycja „starszego Gandalfa” wywarła na mnie jeszcze mocniejsze wrażenie. Z kolei Serkisowi przypadła w udziale najtrudniejsza rola. Po raz drugi poradził sobie doskonale, ja sądzę, że nawet lepiej niż za pierwszym. W niezwykle ciężkiej do odegrania scenie zagadek w ciemnościach był tak naturalny i przekonujący, że nie mogę sobie wyobrazić jej lepszego oddania. Serkis to Gollum wzbudzający litość, bardziej psychodeliczny niż parodyjny – po prostu genialny.

    Doskonałego warsztatu nie można też odmówić odtwórcom ról krasnoludów. Każdy z aktorów starał się jak najlepiej pokazać indywidualność swojej postaci, a wszyscy razem stworzyli wspaniałą kompanię, w której idealnie harmonizują ze sobą nawzajem. Najlepiej oddają to znakomite sceny z Bag End. W nich aktorzy najlepiej udowodnili, że potrafią równie dobrze bawić i wzruszać. Na szczególną uwagę zasługuje Richard Armitage, świetnie pasujący mi do roli Thorina Dębowej Tarczy. Wyraźnie wybija się dostojną, prawdziwie królewską postawą, ale jednocześnie nie wpasowuje w stereotyp krystalicznego superbohatera (czego się na początku trochę obawiałam). Jest taki, jaki krasnoludzki władca być powinien.

    Obejrzałam film w dwóch wersjach – z napisami i dubbingiem. O tym drugim wcześniej nasłuchałam się mnóstwa skrajnie negatywnych opinii. Początkowo zbywałam je, sądząc, że to efekt obowiązującej teraz wśród polskich widzów mody na „hejtowanie dubbingu”. Okazało się jednak, że było w tym sporo racji. Jestem daleka od aż takiego pomstowania, jakie obiło mi się wielokrotnie o uczy, i wyrzucania z siebie steku przekleństw oraz złorzeczeń. Fakt pozostaje jednak faktem. Tłumaczenia niektórych zwrotów i nazw własnych wybitnie nie oddają wartości oryginału, a część lektorów została zwyczajnie kiepsko dobrana. O ile Bilbo i większość krasnoludów wypadli bardzo przyzwoicie, o tyle najpiękniejsze i najbardziej charakterystyczne barwy głosu wśród obsady Hobbita nie znalazły godnych polskich odpowiedników. Szczególnie zawiódł mnie Gandalf. Ian McKellen wyróżnia się przepięknym, mocnym głosem, który potrafi w niezwykły sposób modulować. Wiktor Zborowski mu w żadnej mierze nie dorównał, a szkoda, bo właśnie na niego najbardziej liczyłam jako na jednego z moich ulubionych polskich aktorów, o bardzo charakterystycznym głosie i fenomenalnej dykcji. Dodatkowo Borys Szyc, którego zwykle lubię w dubbingach, sprawił mi tym razem spory zawód – jego Gollum brzmiał zbyt parodyjnie, za mało psychodelicznie, zupełnie odwrotnie niż u Serkisa. Galadriela w wykonaniu Danuty Stenki straciła na swojej niesamowitości, polska aktorka ma jednak mniej oryginalną, bardziej przeciętną barwę głosu niż Cate Blanchett. Saruman natomiast wydał mi się strasznie znudzony i wcale nie zainteresowany prowadzoną rozmową. Nazbierało się też sporo kwiatków zasadzonych przez tłumaczy. Zastrzeżenia mam, nie przyłączę się jednak do ogólnego lamentu, sypania wulgaryzmami i wieszczenia tragedii narodowej. Nie przesadzajmy, tak źle wcale nie było. Owszem, twórcy chyba za mocno postawili na popularność aktorów, zamiast na odpowiedni dobór głosów do postaci, ale techniczne wykonanie wypadło naprawdę dobrze.

    Kolejny ogromny i niewątpliwy atut filmu to muzyka. Doskonale dobrana, genialnie potęguje wrażenia, wzbudza silne emocje, buduje napięcie i ma w sobie tę niezwykłą magię żywcem wyjętą ze Śródziemia. Zastosowano tutaj także ciekawy chwyt. Jak już wspomniałam, twórcy wyraźnie starali się w tej produkcji połączyć cechy prequela do ekranowego Władcy Pierścieni, jednocześnie nadając jej odrębność, indywidualny klimat. W tym celu posłużyli się również muzyką. W scenach wyraźnie nawiązujących do poprzednich adaptacji prozy Tolkiena wykorzystano wyjęte z nich utwory, ale już wszystkim innym fragmentom opowieści towarzyszą nowe brzmienia, utrzymujące się w tym samym nastroju, ale w pewien sposób odmienne. Według mnie takie połączenie wypadło wspaniale. Na uwagę zasługują też świetne, zapadające w pamięć motywy przewodnie, powracające zawsze w najbardziej odpowiednich momentach. Najsilniej utkwił mi jeden z nich, który pojawiał się za każdym razem, gdy krasnoludzka kompania waliła się kupą na wroga. Nawet teraz, podczas słuchania soundtracku, przy tym utworze niezmiennie w głowie świta mi myśl: „Panowie, wchodzimy!”. Obie piosenki krasnoludów to także prawdziwy majstersztyk. Pierwsza bawi i powoduje, że nogi same podskakują, wybijając rytm, druga natomiast porusza do głębi, doskonale buduje nastrój – posiada ogromny potencjał do stania się nowym hitem muzyki filmowej. Uważam, że kompozytor – Howard Shore – bezsprzecznie zasługuje na Oskara.

    Tym, co najbardziej mnie w tej produkcji zadziwiło, jest… udane 3D. Zwykle zwracam niewielką uwagę na efekty specjalne w filmach. Chodzę do kina raczej po to, by obejrzeć ciekawą, ładnie przedstawioną historię. Tutaj jednak byłam pod naprawdę ogromnym wrażeniem świetnego wykorzystania nowoczesnych technologii. To pierwsza produkcja od czasu Avatara, w której efekty 3D są dla mnie zauważalne. Na większości filmów zwyczajnie ich nie widzę, tutaj jednak, gdy zdejmowałam na chwilę okulary, różnica zdawała mi się kolosalna. Żałuję, że nie udało mi się jeszcze obejrzeć Hobbita w innowacyjnej wersji 48 klatek. Z chęcią nadrobię, jeżeli tylko nadarzy się ku temu okazja, bo nie ukrywam, że jestem bardzo ciekawa efektu.

    Dodatkowym smaczkiem, o którym warto wspomnieć jest fakt, że twórcy filmu wzbogacili dialogi o takie, prowadzone w pięknie brzmiących językach Śródziemia stworzonych przez Tolkiena. Było ich zdecydowanie więcej niż we Władcy Pierścieni i pojawiły się też inne mowy poza elfickimi. Ogromne wrażenie wywarli na mnie orkowie mówiący własnym językiem, w dodatku niemal wyłącznie nim. Pojawiły się także sentencje w krasnoludzkim, a podobno (ja sama tego nie zarejestrowałam, ale tak twierdzą moimi znajomi) nawet mowa goblinów. Uważam, że jest to bardzo sympatyczny, działający na wyobraźnię szczegół.

    No i przyszedł czas na część najtrudniejszą, którą celowo pozostawiłam sobie na koniec. Mianowicie zgodność filmowego dzieła z książkowym pierwowzorem, czyli w tolkienowskim fandomie temat z gatunku delikatnych i mocno drażliwych (prawie jak poglądy religijne albo polityczne!). Sama jestem fanką twórczości Profesora i udzielam się czynnie w tym środowisku. Ale właśnie… fanką, nie fanatyczką. Dlatego nie mam najmniejszego zamiaru rozpatrywać kwestii zmian wątków książkowych w filmie w kategoriach herezji i liczenia obrotów autora w grobie. Fakt jest taki, że kinematografia rządzi się innymi prawami niż literatura i zmiany fabularne często są uzasadnione, a nawet potrzebne. Tutaj widz ma upajać się obrazem i wartką, dynamiczną akcją, gdyż siłą rzeczy nie może delektować się pięknem języka czy walorami poetyki utworu.

    Zmian jest sporo, ale mnie osobiście większość z nich zupełnie nie razi. Co jednak najważniejsze, dzięki nim rzeczywiście osoby nie znające książkowego pierwowzoru mają szansę łatwiej dać się porwać ekranowej opowieści. Pamiętajmy bowiem, że to nie jest film niszowy, przeznaczony wyłącznie dla elitarnej grupy fanowskiej, tylko adresowany do masowego widza! Tutaj modyfikacje w większości pełnią jakieś konkretne funkcje, nie są bezsensowne i stworzone tylko po to, by dodawać sztucznego, zamerykanizowanego klimatu, jak to miało miejsce w przypadku Władcy Pierścieni. Na szczęście brak też wciśniętego na siłę romansu. W końcu postawiono na przygodę i akcję, nie zaś mdlącą ckliwość i poprawność polityczną (za mało postaci kobiecych w filmie to przecież grzech śmiertelny!).

    Poważne manipulacje fabułą rzuciły mi się w oczy tylko dwie, z czego w jednej z nich bez problemu jestem w stanie doszukać się sensu. Uważam, że stworzenie wątku głównego antagonisty bohaterów było niezbędne dla budowania napięcia i dynamiki akcji. Fakt, można było wykorzystać tutaj inną, zupełnie fikcyjną postać, zamiast wskrzeszać taką, która w pierwowzorze od dawna gryzie kwiatki od spodu, ale mnie akurat to wcale mocno nie wzburzyło. Wywołało zdziwienie, owszem, ale żeby przeszkadzało – co to, to nie. Szczególnie, że sam wątek okazał się interesujący i, w oderwaniu od porównań z książką, wzbogacił filmową historię. Jedyną zmianą, która pozostaje dla mnie niewyjaśnioną zagadką, i mimo najszczerszych chęci nie umiem doszukać się w niej sensu, jest wątek Czarnoksiężnika z Angmaru i jakaś dziwna nekromancka afera. Mam nadzieję, że zostanie to logicznie wyjaśnione w kolejnych częściach, bo jak na razie nie mam pojęcia, po co to wepchnięto w fabułę. Ta część historii sprawia wrażenie jednego z tych sławnych „urozmaiceń Jacksona”, nijak nie pasujących do całości dzieła i zupełnie zbędnych. Nie przypiął, ni wypiął, ni przyłatał. Ale cóż, z ostateczną oceną wstrzymam się do czasu wypuszczenia ostatniej części. W końcu na razie widziałam tylko jeden z trzech przewidywanych filmów.

    Zaskoczył mnie jednak fakt, że polski dystrybutor sugeruje film widzom w przedziale wiekowym od siódmego roku życia, ja podniosłabym go do dwunastu lat. Sama nie zabrałabym do kina kilkulatka ze względu na dość poważną konwencję i brutalność niektórych scen. Ale z drugiej strony cieszę się, że nie zdecydowano się na stworzenie kolejnej bajeczki w disnejowskich klimatach. Choć książka Hobbit. Tam i powrotem w zasadzie była docelowo napisana jako literatura dziecięca, ale jednak cieszy się chyba większym zainteresowaniem wśród nastoletnich, a nawet mocno dojrzałych czytelników, niż kilkulatków.

    Podsumuję krótko – film mnie zachwycił. Jest to świetna produkcja z gatunku przygodowego fantasy, bardzo dobra pod niemal każdym względem. Oceniam ją znacznie wyżej niż kinową trylogię Władcy Pierścieni i polecam właściwie wszystkim – i fanom książek Tolkiena (nie fanatykom, bo ich nic nie zadowoli!), i osobom zupełnie nie zorientowanym w dziełach Profesora, dorosłym, młodzieży i starszym dzieciom. To porcja znakomitej, pełnej wrażeń rozrywki. A od siebie dodam, że po obejrzeniu tej produkcji nastąpił u mnie gwałtowny nawrót trochę w ostatnich latach zapomnianej i odstawionej na trzeci plan „tolkienofazy”. To chyba o czymś świadczy?

    Paulina Maria Szymborska-Karcz
    Redakcja i korekta: Diana "Mongfind" Cereniewicz, Monika "Katriona" Doerre


    Tytuł: Hobbit: Niezwykła Podróż
    Kraj produkcji: Nowa Zelandia, USA
    Język: angielski
    Czas trwania: 209 min.

    Produkcja:

    Reżyseria: Peter Jackson
    Scenariusz: Guillermo del Toro, Peter Jackson, Fran Walsh, Philippa Boyens
    Muzyka: Howard Shore
    Zdjęcia: Andrew Lesnie
    Scenografia: Dan Hennah
    Kostiumy: Richard Taylor, Ann Maskrey, Bob Buck
    Montaż: Jobez Olssen
    Produkcja: Peter Jackson, Frank Walsh, Zane Weiner, Carolynne Cunningham

    Obsada:

    Ian McKellen – Gandalf
    Martin Freeman – Bilbo Baggins
    Richard Armitage – Thorin Dębowa Tarcza

    Książkową wersję Hobbita możecie nabyć w sklepie redcoon.pl

    Oceń: 
    0
    Brak głosów
    Niezdefiniowany