Iron Sky


    Rozpalony entuzjazm
    Dawno nie byłem tak zajarany filmem. Wszystkie trzy trailery pochłonąłem, jak małe dziecko odcinek ukochanego serialu. Zamieszczone w sieci pierwsze cztery minuty filmu zostawiły w moim sercu uczucie olbrzymiego niedosytu i żalu. Dlaczego tak mało? Dlaczego premiera dopiero za miesiąc, kiedy chcę ją już teraz? I dlaczego twórca muzyki, Laibach, koncertuje akurat w Łodzi, a nie w Gdańsku? Oczyma wyobraźni widziałem prawdziwą ucztę dla widzów, czarną komedię sf, wartą każdej ceny, jaką zaśpiewają mi za bilet.

    Na seans udałem się w kilka dni po premierze. Reklamy poprzedziło trochę starych, albo stylizowanych na stare, utworów, przede wszystkim zaś "Ride of the Valkyrie" (Cwałowanie Valkirii − czyż nie brzmi to wzniośle?) Wagnera. Jeśli była to zamierzona akcja, to udała się świetnie i gdyby nie puszczane chwilę później reklamy oraz trailery, to wczułbym się w klimat Iron Sky jeszcze przed obejrzeniem pierwszych scen.

    Po półtoragodzinnym seansie (na całe szczęście w 2D, wersji 3D nie było) wyszedłem z kina zarówno zadowolony, jak i pełen olbrzymiego niedosytu. Moje wyobrażenia na temat filmu zderzyły się z rzeczywistością, która, co prawda, nie była przesadnie brutalna, ale potrafiła przyłożyć.

    Naziści z księżyca
    Fabuła przedstawia się następująco. W 1945 roku III Rzesza upada pod naporem wojsk Aliantów. Nie cała. Z bazy na biegunie północnym wystrzelona zostaje niewielka flotylla okrętów kosmicznych, które lądują po ciemnej stronie księżyca. Mały krok dla człowieka, wielki skok dla Vatherlandu.

    Rok 2018. Na księżycu, w ramach prezydenckiej kampanii wyborczej, ląduje amerykańska misja kosmiczna. Po odkryciu nazistowskiej kopalni helu-3, pojazd zostaje zniszczony, a większość załogi zostaje wybita przez Niemców. W czasie przesłuchania ocalałego, czarnoskórego astronauty, okazuje się, że przywieziony przez niego telefon jest tysiąc razy lepszy od najpotężniejszych komputerów nazistów. Ci postanawiają wykorzystać cudo techniki do wprowadzenia w ruch największej machiny wojennej w historii ludzkości, Götterdämmerung. Zdobycie kolejnych urządzeń (pierwszemu padła bateria) spada na barki przyszłego Führera, Klausa Adlera.

    "Ilość odniesień daje widzowi wiele satysfakcji. Groteska, dystans, inteligentny humor" − tak o filmie wypowiedział się Dariusz Domagalski i pod tymi słowami mogę się podpisać. Wyjaśniając − w scenariuszu jest masa lepiej bądź gorzej ukrytych odniesień do współczesnego świata. Można znaleźć nawiązania do Upadku (sparodiowano najpopularniejszą, istniejącą na YouTube w dziesiątkach wersji, scenę. Oglądając ją, płakałem ze śmiechu jak bóbr), Star Trek (a zarazem jego fińską przeróbkę, Star Wreck), całkiem zabawne wykorzystanie produktów firmy Apple, kpienie z narodowych stereotypów, marketingu politycznego w USA z okazji wyborów prezydenckich czy też nazistowskiej ideologii (gra w klasy w formie swastyki chociażby). Wszystko to zwieńczono dość pesymistycznym, dającym do myślenia, a przy tym wciąż zabawnym, zakończeniem. Zainteresowani tematem jeszcze kilka smaczków mogą znaleźć tutaj.

    Jest zarazem poważnie i z dystansem, autorzy bowiem zaserwowali widzom masę scen, które w innych warunkach wydałyby się absurdalne, tutaj zaś doskonale wpasowały się w konwencję. Kiedy więc śmiałem się, czyniłem to w sposób niewymuszony, doceniając to, że z pozornie bzdurnych kawałków udało się stworzyć naprawdę sensowną całość. Uczucie przesady albo głupkowatości nie pojawiło się ani w trakcie, ani długo po seansie. Do tego należy dodać napisane z humorem (chociaż czasem nazbyt prostackim), umiarkowanie wulgarne, dobrze brzmiące, a co więcej, świetnie przetłumaczone, dialogi. Po kilku pierwszych napisach wiedziałem już, że translator się postarał.

    Ciężko ocenić jest pracę scenarzystów, ale nie można odmówić jej rozmachu. Sceny walk kosmicznych, po raz pierwszy pokazane już w trailerach, rozmiary oraz siła ognia Götterdämmerung, nazistowska inwazja na Nowy Jork wedle doktryny meteoblitzkriegu − dla tych momentów warto obejrzeć Iron Sky. W połączeniu z elementami humorystycznymi powstaje naprawdę dobra mieszanka i dowód na to, że komedia jest zdolna śmieszyć bez dowcipów na temat seksu albo fekaliów.


    O postaciach słów parę
    Grę aktorską można oceniać różnie. Na plus wyróżnia się postać Klausa Adlera (Götz Otto) z ego wielkości układu słoneczego i aryjskością wręcz wypisaną na twarzy jest przyjemnie naturalna, podobnie jak parodiująca Sarę Palin, bezimienna pani prezydent Stanów Zjednoczonych (Stephanie Paul), z umysłem opanowanym przez zbliżające się wybory oraz spadające szanse na reelekcję, czy też doktor Richter (Tilo Prückner), na widok którego imidżu à la Einstein uśmiech sam pojawia się na twarzy. Z drugiej jednak strony mamy Wolfganga Kortzfleischa (Udo Kier), nie dość, że pojawiającego się zdecydowanie zbyt rzadko, to jeszcze grającego tylko jedną miną, czy też Jamesa Washingtona (Christopher Kirby), fajnego, ale wyraźnie pozbawionego “tego czegoś”.

    Dbałość o szczegóły
    Przyjemnie było ujrzeć, jak stare, dobrze znane motywy są przez twórców przerabiane i dostosowywane do współczesnych czasów. Stąd wielkie, stylizowane na sterowce okręty kosmiczne wystrzeliwujące dziesiątki latających spodków, zaprojektowanych na wzór jednej z rzekomych cudownych broni III Rzeszy. W stu procentach metalowe pojazdy korzystające z komputerów lampowych, walczące z pomocą karabinów maszynowych i dział, były tak dobrze zaprojektowane, że gdyby naziści przetrwali kilka lat dłużej, to prawdopodobnie zbudowaliby je właśnie w taki sposób.

    Zresztą to tylko wierzchołek góry lodowej. Nazistowskie skafandry kosmiczne stylizowane na mundury z czasów II Wojny Światowej czy też wnętrze ich księżycowej bazy (zbudowanej − niespodzianka! − na bazie swastyki) również spełniają powyższe standardy. Jednak prawdziwą perełką jest Götterdämmerung. Nie chodzi nawet o jego wielkość, doskonale obrazującą niemiecką megalomanię okresu ostatniego, światowego konfliktu, ani mostek w stylu retro. Wystarczy zobaczyć, jak działają wszystkie mechanizmy tego kolosa, bądź obracają się olbrzymie zębatki ponad stalowymi platformami, by zrozumieć, że twórcy odwalili kawał naprawdę dobrej roboty. Generalnie do kostiumów, pojazdów i rekwizytów nie mam żadnych zastrzeżeń.

    Kolejny plus leci za język. Znacie ten dowcip, że wszyscy kosmici na pewno mówią po angielsku, bo tak jest w każdej grze czy filmie? Tutaj mamy spory wyjątek, bowiem z głośników leci na przemian niemiecki i angielski. Tak, naziści posługują się płynnie językiem Goethego, co zresztą prowadzi do kilku ciekawych nieporozumień. Co prawda w trailerach również było słychać oba, ale nie sądziłem, że wejdzie to do ostatecznej wersji filmu. Bardzo, bardzo pozytywnie.

    I na koniec. W kwestii szczegółów zwróciła moją uwagę mapa wnętrza Götterdämmerung. Wiecie, że jest nie tylko stylizowana na lata czterdzieste, ale również niemieckojęzyczna? Drobiazg, ale jak dobrze świadczy o twórcach.


    Muzyka, której nie słychać
    No właśnie, muzyka. Za ścieżkę dźwiękową odpowiada Laibach, słoweńska grupa grająca industrial, tworząca na długo przed pojawieniem się panów z Niemiec z dziewięcioliterowej kapeli na literę R. Obecny w trailerach utwór "B Mashina" oraz piosenki pasujące do lat czterdziestych ubiegłego wieku obiecywały prawdziwą ucztę dla uszu.

    Tymczasem owszem, twórca się zgadza, a sam soundtrack należy do całkiem bogatych, ale w czasie oglądania ucho ma problemy z wychwyceniem wszystkich zapowiadanych specjałów. Tak jak Rob Zombie pojawił się ledwo na chwilę w pierwszej części Matrixa (chociaż figuruje na ścieżce wraz z jeszcze mniej słyszalnym Rammsteinem), tak Laibacha reprezentuje jedynie kilka sekund z "Tanz mit Laibach" oraz wspomniana wyżej "B Mashina", której nawet nie potrafię umiejscowić w żadnym momencie filmu.

    O ile jednak sztandarowych, kojarzonych z fińską produkcją utworów jest jak na lekarstwo, tak cała reszta daje radę. Orkiestra gra współcześnie i drugowojennie, tu i tam przewijające się fragmenty industrialne nadają całości nieco futurystycznego posmaku i chociaż efekt końcowy ciężko nazwać wybitnim dziełem, o którym będzie się mówiło przez kolejne lata, to jednak odpowiedni poziom został zachowany. Innymi słowy, mogło być zdecydowanie lepiej.

    Całkiem nieźle, ale...
    Ostatnie zdanie nadaje się zresztą na krótkie podsumowanie Iron Sky. Około siedem i pół miliona euro, w tym jedna dziesiąta pochodząca ze składek, nie stanowi jakiejś oszałamiającej kwoty. W porównaniu z większością produkcji made in Hollywood jest to suma śmiesznie mała. Mimo to udało się z jej pomocą stworzyć naprawdę zacne dzieło. Zabawne, poważne, ukazujące stereotypy i wady rodzaju ludzkiego w krzywym zwierciadle, a przy tym dobitnie pokazujące, co mogłoby się stać, gdyby Naziści zdołali przetrwać do dnia dzisiejszego. Przy okazji cieszące oko świetnymi efektami specjalnymi.

    Trailery obiecywały wiele. Zbyt wiele, jak się okazało, bowiem ostatecznie film okazał się dobry. Nie rewelacyjny, nie fenomenalny, ale tylko (a może, biorąc pod uwagę warunki, “aż”?) dobry. Szkoda, liczyłem na zdecydowanie więcej, a upływający czas tylko umocnił mnie w przekonaniu, że mogło być lepiej. Dużo lepiej.

    Łukasz "Salantor" Pilarski
    Korekta: Monika "Katriona" Doerre"

    Tytuł: Iron Sky
    Gatunek: czarna komedia, sf
    Czas trwania: 93 minuty
    Kraj produkcji: Finlandia, Niemcy, Francja

    Obsada:

    Julia Dietze − Renate Richter
    Peta Sergeant − Vivian Wagner
    Udo Kier − Wolfgang Kortzfleisch
    Stephanie Paul − Prezydent Stanów Zjednoczonych
    Christopher Kirby − James Washington
    Götz Otto − Klaus Adler

    Produkcja:

    Reżyseria: Timo Vuorensola
    Scenariusz: Johanna Sinisalo, Jarmo Puskala
    Muzyka: Laibach
    Studio: Energia Productions, New Holland Pictures

    Oceń: 
    0
    Brak głosów
    Polski