Mroczny Rycerz Powstaje

Powrót Mrocznego Rycerza
To miał być wielki film. Wspaniałe zakończenie realistycznej (na pewno bardziej od wersji Burtona) historii Batmana, jednego z najbardziej rozpoznawalnych superbohaterów, kręcone przez twórcę niesamowitej Incepcji. Fama dwóch poprzednich odsłon cyklu, regularnie wypuszczane materiały promocyjne, wreszcie sama osoba reżysera sprawiały, że najnowsza ekranizacja przygód Gacka mogła być tylko idealna. Żadna inna opcja nie wchodziła w grę.

Po dwugodzinnym seansie i kilku rozmowach z innymi fanami odzianego w czarny kostium jegomościa mam pewność, że zwieńczenie trylogii nie jest tym, co wszystkim obiecano. Film składa się bowiem z dużej liczby bardzo dobrych elementów, które razem tworzą dość nijaką całość. Najgorsze zaś jest to, że przez większość seansu się tego nie zauważa i dopiero w czas jakiś po wyjściu z kina człowiek dochodzi do wniosku, że coś jest nie tak.

Historia Mrocznego Rycerza
Od wydarzeń przedstawionych w Mrocznym Rycerzu minęło osiem lat. Z niewiadomych przyczyn Bruce Wayne usuwa się z życia publicznego. Nikt również nie wie, co się stało z oskarżonym o zamordowanie Harveya Denta Batmanem. Śmierć prokuratora nie poszła jednak na marne. Dzięki nazwanej jego imieniem ustawie możliwa stała się skuteczna walka z przestępczością, zaś on sam został wyniesiony do rangi bohatera Gotham City. Setki bandytów przesiadują za kratkami, a w szeregi policji wkrada się rutyna i rozprzężenie. Jedno z największych miast wschodnich Stanów Zjednoczonych przeżywa długi okres spokoju.

Ma się on jednak skończyć. Bane, jeden z uczniów przywódcy Ligi Cieni Ra’s al Ghula, widzi w Gotham jedynie siedlisko zła, korupcji i niesprawiedliwości. Knuje więc intrygę, której celem jest oczyszczenie miasta ze wszelkiej nieprawości. Z pomocą brutalnej siły, oczywiście. Stający mu naprzeciw Batman będzie musiał nie tylko pokonać okrutnego najemnika, ale także własne słabości.

Przyznaję otwarcie – miałem duże oczekiwania. Na wieść o polskiej premierze wiedziałem, że nie mogę jej ominąć, zaś do kina szedłem z bananem na gębie. Spodziewałem się głębokiego, ciekawego filmu, utrzymanego w mało komiksowej konwencji. Może to wysokie oczekiwania sprawiły, że dostałem coś zgoła innego.

Mój pierwszy i najważniejszy zarzut tyczy się proporcji. Przez cały seans Batman pojawia się zdecydowanie zbyt rzadko. Jest mnóstwo scen z Gordonem, Bane’em czy też Catwoman, które biją na głowę sporą część tych z udziałem Bruce’a Wayne’a i jego alter ego tak pod względem ilości, jak i jakości. Doszło do tego, że wolałem się przyglądać nie wyczynom Gacka, tylko jego oponenta w demonicznej masce albo sprytnej złodziejki w obcisłym wdzianku. Na szczęście jest kilka wyjątków, które wynagradzają wszystkie braki – głównie w drugiej połowie filmu – co nie zmienia faktu, że tytuł poświęcono w większym stopniu Gotham, niż jego obrońcy.

Dałoby się to znieść, gdyby nie dialogi. Kto oglądał animowaną wersję Ligi Sprawiedliwych, ten wie, że bohaterowie DC potrafią swobodnie rozmawiać, żartować i docinać sobie nawzajem. Tymczasem u Nolana większość konwersacji sprawia wrażenie wyciętych z traktatów filozoficznych poświęconych moralności. Z rzadka rzucony przez Alfreda dowcip czy bardziej swobodna rozmowa nie są w stanie rozładować kumulującego się patosu, po jakimś czasie zwyczajnie męczącego. W efekcie nowy Batman staje się przesadnie moralizatorski, a wszelka głębia fabuły znika przykryta pod grubą warstwą nudnej gadaniny.

Jednak największy zarzut tyczy się dziur i bzdur w scenariuszu. Nie wspominałbym o nich, gdyby trylogia Nolana była tylko adaptacją komiksu, a nie wizją naszego świata z dodatkiem Batmana. Zwrot w stronę szeroko pojmowanego realizmu sprawił, że to, na co w innych warunkach można by przymknąć oko, tutaj raziło. W Internecie są prowadzone bardzo burzliwe dyskusje na ten temat, więc wspomnę tylko o paru rzeczach. Po pierwsze – wysłuchiwanie monologów w momencie, gdy tyka licznik odmierzający czas do wielkiej katastrofy jest stratą czasu. Po drugie – trudno mi uwierzyć, że kilkudziesięciu ciężko uzbrojonych bandytów nie jest w stanie zastrzelić maszerujących na nich policjantów. Ba! Widać wyraźnie, że walą kilka metrów przed nimi, kładąc trupem góra dwóch. Kto widział walki z Mrocznego Widma w zwolnionym tempie, ten wie, o co mi chodzi. Po trzecie wreszcie – dodatkowe piętnaście minut, wyjaśniające pewne niuanse tylko by filmowi pomogły. Dzięki temu nie musiałbym się domyślać, jakim sposobem postać X dostała się w miejsce Y, chociaż logika podpowiada, że tak być nie powinno.

Zapomniałbym o zakończeniu. Jeśli mieliście nadzieję na końcówkę bardziej w stylu Batmana niż Hollywood, to się srodze zawiedziecie. Co prawda można snuć pewne przypuszczenia na temat tego, ile jest w niej prawdy, a ile pobożnych nadziei (kto zobaczy, ten zrozumie, w czym rzecz), niemniej w porównaniu do reszty filmu – a przede wszystkim jego tematyki – była tak nie na miejscu, że aż zęby bolą. Mam jednak świadomość, że nieco ostrzejsze zakończenie mogłoby zostać źle odebrane, toteż nie dziwię się, że ostatecznie zostało wybrane takie, a nie inne.

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że jestem trochę spaczony wizją Batmana opartą na filmach animowanych i komiksach, zaś w stosunku do Nolana miałem bardzo – może za bardzo – wysokie wymagania. Z tego powodu wyżej wymienione wady osobom nieco "czystszym" nie powinny sprawiać problemu i przysłaniać radości z poznawania kolejnych twistów fabularnych albo pędzącej przed siebie akcji.

Sojusznicy i wrogowie Mrocznego Rycerza
Bale w Mrocznym Rycerzu był taki sobie. Nie wybijał się szczególnie, ale słabym bym go również nie nazwał. Tymczasem w trzeciej części trylogii sprawia wrażenie, jakby już nie chciało mu się grać. Jedna twarz przez większość scen, lekko rozdziawione usta, niemalże brak uśmiechu, sztywne ruchy. Pasował do kapłana Grammatonu w Equilibrium, od biedy nadaje się na Gacka (maska wszystko zasłania, a bijatyki nie wymagają wielkiego aktorstwa), ale jako playboy Bruce Wayne – nawet po przejściach – zawodzi. Do tego ten charczący, w kilku momentach ledwo możliwy do zrozumienia głos, jakby ktoś się dusił wielkim kłaczkiem wełny...

Na tle Gacka zdecydowanie lepiej wypadają antagoniści. Wielu fanów obawiało się o Catwoman. Niepotrzebnie, bo wybór na tę rolę Anne Hathaway okazał się całkiem trafny. Wygimnastykowana, kocia w ruchach i sposobie mówienia złodziejka była bardzo naturalna, a przy tym, pomimo uprawianego złodziejskiego fachu, także sympatyczna. Przede wszystkim zaś, w przeciwieństwie do wersji znanej z Arkham City albo krótkometrażówki Catwoman, nie biegała po mieście z odsłoniętym gigantycznym biustem i dekoltem do pępka. Dodatkowy plus za pomysł z obcasami służącymi jako noże, minus zaś za słabe nawiązanie do jej kociego pseudonimu.

Wisienką na torcie był Bane (Tom Hardy). Wielki mężczyzna o zdeformowanej czaszce kryjący twarz za groźnie wyglądającą maską był jednocześnie przerażający i fascynujący. Zakładałem, że Nolan da mu głęboki głos podobny do Dartha Vadera i chociaż moje oczekiwania się nie spełniły, to i tak osiągnięto efekt bardziej niż zadowalający. Dodajmy do tego pewną nonszalancję, z jaką mówił i poruszał się oraz sposób bycia od razu kojarzący się ze szwarccharakterami, by otrzymać naprawdę dobrze odegranego Głównego Złego. Szkoda tylko, że jeden zwrot akcji odarł go z tajemnicy, całkowicie zmieniając jego rolę i status. Sytuacja identyczna jak z Jedi i midichlorianami (dla niezorientowanych – Moc to tak naprawdę tylko kwestia biologii. Pal licho mistycyzm).

Krótko o reszcie postaci. Nieźle wypadł Alfred (Michael Cane), chociaż dzięki jednej, dość krótkiej scenie, jest on przez większość filmu nieobecny. Gordon (Gary Oldman) oraz Fox (Morgan Freeman) dają radę, zwłaszcza ten drugi (może dlatego, że w przeciwieństwie do wielu innych osób uśmiecha się?), mimo iż czasem miałem wrażenie, że grali troszkę sztucznie. Świetnie wypadł John Blake (Joseph Gordon-Levitt), który w roli wiernego sprawiedliwości policjanta był nad wyraz przekonujący, plus kradł czas antenowy Batmanowi wtedy, gdy Gacek nie mógł się pojawić. Dla filmu wyszło to tylko na dobre.

Otoczka Mrocznego Rycerza
Miłośnicy efektów specjalnych będą się w czasie seansu rozpływać z zachwytu. Scena ataku najemników na samolot to majstersztyk kina akcji, a dalej jest tylko lepiej. Oczy cieszy olbrzymie, wypełnione wieżowcami Gotham, potrafiący obracać kołami w poprzek motor Batmana i jego nowy latający nabytek. Cieszą eksplozje i efekty pirotechniczne. Cieszy wreszcie rozmach, z jakim zrealizowano wiele scen. Człowiek przestaje zwracać uwagę na dziury w scenariuszu, widząc kilkadziesiąt radiowozów ścigających Gacka ulicami miasta, albo widoczną w trailerach scenę wysadzania mostów łączących to miejsce ze światem. Jako film akcji, Mroczny Rycerz Powstaje zasługuje na wysokie noty.

Za muzykę po raz kolejny odpowiedzialny był Hans Zimmer. W jego pracy słychać wiele motywów i nawiązań do poprzedniej części, jak również sporo całkiem nowego materiału, wśród którego przewijają się dobrze znane fanom trylogii słowa “Deshi, basara”. Ogólnie wrażenie jest bardzo pozytywne, tym bardziej, że soundtrack nadaje się do słuchania także i poza filmem, z czym ścieżka do Mrocznego Rycerza miała niekiedy spore problemy.

Mroczny Rycerz Powstaje?
Za dużo tu akcji przy niewielkiej ilości scen spokojnych. Za dużo również filozofowania o byciu bohaterem i symbolem. Wartość tych wywodów zginęła w morzu zbędnych słów i zbyt małej (albo zbyt dużej, zależy jak spojrzeć) ilości scen humorystycznych. Za dużo dziur w scenariuszu, fabularnych głupot i błędów. Za dużo wreszcie Gotham, a zdecydowanie zbyt mało Batmana, który w wykonaniu Bale’a stracił trochę ze swego ponurego uroku.

Wbrew pozom nie był to jednak zły film. Daleko mu do takich. W czasie seansu nie zauważa się wielu jego niedociągnięć, chłonąc akcję i ciesząc się jak dziecko z powodu stopniowo rosnącego napięcia. Kilka pomysłów oraz twistów fabularnych, Catwoman i Bane, rozmach opowiadanej historii, wreszcie efekty specjalne znacznie podbijają wartość filmu. Mimo to cierpi on na tę samą przypadłość co Matrix: Rewolucje, którego oglądało się przyjemnie, ale, koniec końców, oczekiwało znacznie więcej. W tym ostatnim zdaniu tkwi zresztą istota problemu. Jeśli bowiem ktoś pójdzie do kina z czystym umysłem, bez nadziei na ujrzenie arcydzieła ostatniego dziesięciolecia, powinien wyjść z seansu zadowolony. Reszta będzie musiała poradzić sobie z nadmiernie rozbudzonymi nadziejami.

Film mogę więc podsumować następująco – miało być genialnie, wyszło tylko (a może aż?) nieźle.

Łukasz "Salantor" Pilarski
Korekta: Monika "Katriona" Doerre"

Ogółem:
Tytuł: Mroczny Rycerz Powstaje
Tytuł oryginalny: The Dark Knight Rises
Gatunek: Akcja, SF
Czas trwania: 165 minut
Kraj produkcji: Stany Zjednoczone, Anglia
Światowa premiera: 18 lipca 2012
Polska premiera: 27 lipca 2012

Obsada:
Christian Bale − Batman/Bruce Wayne
Michael Caine − Alfred
Gary Oldman − Komisarz Gordon
Anne Hathaway − Selina Kayle/Catwoman
Tom Hardy − Bane
Marion Cotillard − Miranda Tate
Joseph Gordon-Levitt − John Blake
Morgan Freeman − Lucjusz Fox

Produkcja:
Reżyseria: Christopher Nolan
Scenariusz: Christopher Nolan, David S. Goyer
Muzyka: Hans Zimmer
Studio: Legendary Pictures, Syncopy Films, DC Comics

Oceń: 
0
Brak głosów
Polski