Nowa Fantastyka nr 02 (365) 2013 - recenzja

Się zrobiło sentymentalnie...

Podobno człowiek im starszy, tym bardziej sentymentalny. I chyba coś w tym jest, bo widzę to chociażby po sobie. Okazuje się jednak, że to twierdzenie może dotyczyć także czasopism – a przynajmniej „Nowej Fantastyki”.

Dlaczego tak uważam? Bo od pewnego czasu (który w dodatku mniej więcej zbiega się z ostatnim wielkim jubileuszem) redakcja pisma, częściej niż przedtem, raczy swoich czytelników tekstami o charakterze wspominkowym. Czy to dobrze, czy źle, zależy już od indywidualnego punktu widzenia odbiorcy. Mogę mówić tylko za siebie. I powiem, że z większością tych artykułów zapoznawałam się z prawdziwą przyjemnością, przypominając sobie własne pierwsze kroki w fantastycznym światku i dowiadując się wielu ciekawych faktów z zupełnych początków, czyli okresu, w którym ja dopiero uczyłam się czytać.

W lutowym numerze najbardziej sentymentalnym tekstem jest autobiograficzny artykuł Macieja Parowskiego – byłego naczelnego pisma. Z początku nie do końca rozumiałam, czemu ma służyć, ale w miarę zagłębiania się w lekturę doszłam do wniosku, że to ciekawa inicjatywa i dobrze poczytać taką garść wspomnień redaktora z wieloletnim doświadczeniem. W końcu historia polskiej fantastyki jest tematem interesującym, a tworzą ją przecież właśnie ludzie zasłużeni dla rozwoju gatunku. Zastanawiam się, czy to początek jakiegoś nowego cyklu, czy akcja jednorazowa.

O historię fantastyki – tym razem nie polskiej – ociera się także Paweł Laudański w swoim artykule dotyczącym rosyjskich dzieł i ich twórców. Bardzo obszerny materiał, mnóstwo ciekawej wiedzy i świetne omówienie wielu ważnych pozycji, od radzieckich począwszy, a na nowościach wydawniczych skończywszy. Autor przybliża wiele znamiennych tytułów, z którymi z pewnością warto się zapoznać. Część z nich czytałam (a nawet gdybym je pominęła, byłoby mi wstyd się do tego przyznać), ale pojawiły się również inne, do tej pory zupełnie mi nieznane. Dzięki Laudańskiemu solennie obiecałam sobie nadrobić lekturę tych drugich, a sam artykuł jest moim ulubionym tekstem tego numeru.

Przepraszam! Jednym z dwóch ulubionych, bo równie mocno zaciekawił mnie Darwin w wielkim mieście Wawrzyńca Podrzuckiego. Autor sięgnął po motyw ewolucji w fantastyce. Nie skupił się jednak tylko na literaturze. Dotarł do ciekawych badań dotyczących poziomu ewolucyjnego współczesnego człowieka i bardzo mnie zaskoczył przedstawionymi faktami. Końcowy wniosek Podrzuckiego pozostał mi w pamięci i skłonił do refleksji.

Także Robertowi Ziębińskiemu udało się mnie zainteresować. Zaprezentował on popularne kinowe wizerunki łowców potworów (teraz już wiem skąd grafika okładkowa) – i te bardziej klasyczne, i pochodzące z najnowszych produkcji. Udało mu się przekonać mnie do Hansela i Gretel, których przygody jednak zdecydowałam się obejrzeć w kinie. Najciekawsze okazały się natomiast wzmianki o historycznym podłożu inspiracji braci Grimm oraz geneza mitu łowcy potworów, którą autor odnalazł w bałkańskim folklorze. Ale tym, czym Ziębiński naprawdę mnie zauroczył, jest końcowa konkluzja i genialna pointa.

Na uwagę zasługuje też krótki, lecz, moim zdaniem, ważny tekst Mateusza Albina, który postanowił zaprezentować czytelnikom sylwetkę Andre Norton. Dla mnie to nazwisko jest marką samą w sobie, jednak młodszych odbiorców także warto zachęcić do sięgnięcia po książki tej znakomitej autorki. A teraz nadarza się ku temu najlepsza okazja – w związku z wznowieniem cyklu o Świecie Czarownic.

Nie zabrakło też wywiadu. Michał Chudoliński rozmawiał z Davem McKeanem, twórcą o wielu talentach, znanym jednak głównie jako ilustrator i rysownik komiksów. Artyście (niestety, nie umiem znaleźć lepszego określenia, choć właśnie dowiedziałam się, że nie lubi, gdy się go tak nazywa) udało się wzbudzić moją sympatię. Zaintrygował mnie swoimi wypowiedziami, z których wnioskuję, że jest postacią naprawdę nietuzinkową, a jednocześnie człowiekiem z pasją, o niewygórowanym nadmiernie ego. Z przyjemnością przeczytałam cały wywiad. Odniosłam jednak wrażenie, że urwał się w losowym miejscu. Może się czepiam, ale zabrakło mi tutaj chociaż grzecznościowego zakończenia rozmowy.

Jeśli chodzi o felietony, tym razem najbardziej zaciekawił mnie Peter Watts. W interesujący sposób przedstawił dobrze znaną czytelnikom postać Philipa K. Dicka i jego specyficzną, paranoiczną osobowość. Tekst przeczytałam z zapartym tchem i, muszę przyznać, po lekturze czułam się co najmniej dziwnie… Niezła psychodela!

Z rodzimych felietonistów najmocniejsze wrażenie wywarł na mnie Rafał Kosik, próbujący rozjaśnić dark future. Ciekawy temat, nietypowe podejście do niego i dosadny, ostry język. Takie felietony lubię! Kosikowi natomiast trzeba przyznać, że ma talent do wyłapywania i celnego komentowania ciekawych współczesnych zjawisk społecznych.

Orbitowskiemu z kolei jest coraz bliżej do powrotu do wcześniejszej. Znów miałam okazję przeczytać artykuł napisany z tą samą ironią i tym charakterystycznym stylem, za który zawsze ceniłam Łukasza. Wprawdzie wydaje mi się, że felietonista nie osiągnął zamierzonego efektu, bo tekst trafił na nieodpowiedniego odbiorcę, ale… co się pośmiałam, to moje.

Po raz drugi, bo tak samo jak w poprzednim numerze, zirytował mnie natomiast Jakub Ćwiek. Jak wcześniej lubiłam felietony tego autora, tak ostatnio zwyczajnie mnie drażnią. Przenoszenie do artykułów swoich internetowych frustracji, kalkownie nieudanych wywiadów i chełpienie się własnymi dokonaniami mnie osobiście nie kręci, raczej działa na nerwy. Zdecydowanie wolałam błyskotliwe rozważania na temat ciekawych zjawisk popkulturowych.

Tekstowi Michaela J. Sullivana, czyli czternastemu odcinkowi Rad dla piszących, najchętniej poświęciłabym cały osobny artykuł. Korci mnie bowiem, żeby wdać się w dłuższą polemikę z autorem, który tym razem skupił się na realizmie w fantastyce. O ile bowiem zgodzę się z częścią jego twierdzeń – np. z tym, że prawdziwe emocje u fikcyjnych postaci doskonale działają na czytelników – o tyle czuję, że zupełnie nie wpasowuję się w schemat odbiorcy przedstawiony przez Sullivana. Może jestem dziwna, ale teza, że ludzie wolą po raz kolejny przetworzone te same scenerie niż coś innowacyjnego i całkiem oryginalnego, jakoś do mnie nie przemawia.

A co słychać w dziale prozy? Oj, całkiem sporo! Zaprezentowano bowiem aż osiem opowiadań – cztery polskie i tyle samo zagranicznych. I większość tych, stosunkowo krótkich, tekstów przypadła mi do gustu.

Spośród rodzimych autorów najbardziej urzeczona jestem Maciejem Musialikiem i jego Rzeźbiarzami Światła. Tekst o objętości zaledwie trzech stron wywarł na mnie naprawdę silne wrażenie. Okazał się dokładnie tym, czego oczekuję po krótkich formach literackich. Mocny i zaskakujący, długo nie da mi o sobie zapomnieć.

Paweł Ciećwierz z opowiadaniem Non serviam też do mnie trafił, przede wszystkim za sprawą ciekawego świata przedstawionego, który, moim zdaniem, zdecydowanie zasługuje na rozszerzenie w dłuższym tekście. Autor przedstawia nietypowe i świeże podejście do magii, a także wdaje się w interesujące rozważania natury teologicznej.

Ceną będzie samotność Bernadety Prandzioch znakomicie wpisuje się w temat przewodni mojego omówienia tego numeru „Nowej Fantastyki”, czyli sentymentalizm. Nostalgiczne, bardzo emocjonalne opowiadanie o sile kobiecej miłości. Z pozoru tematyka może wydawać się zbyt ckliwa, ale mnie to zupełnie na serio ruszyło, mimo iż nie należę do osób szczególnie podatnych na romansidłowe „ochy” i „achy”. Dodatkowo na uwagę zasługuje sprawny warsztat i lekkie pióro autorki.

W Lwiątku Heraklesa Macieja Salamończyka powraca temat poruszony już w dziale publicystycznym przez Wawrzyńca Podrzuckiego. Proszę bardzo – jest i żywy przykład ewolucjonizmu w literaturze fantastycznej. Tekst oryginalny i ciekawy, skłaniający do refleksji, szczególnie po lekturze wspomnianego artykułu.

Także wśród opowiadań zagranicznych nie znalazłam tym razem ani jednego, które czytałoby mi się źle.

Zdecydowanie najmocniejsze okazało się Jesteś tutaj? Jacka Skillingsteada. Na swój sposób przerażający tekst o samotności niesamowicie zadziałał na moje emocje. Przeczytanie go tuż przed położeniem się do łóżka zaowocowało bezsenną nocą. Naturalistyczne, brutalistyczne opisy połączone z głęboką refleksją i odrobiną psychodelicznych rozmyślań. Robi wrażenie!

Dziesiąta muza Teda Williama to rasowa space opera. I to w bardziej dosłownym znaczeniu, niż mogłoby się z pozoru wydawać! Warty uwagi jest zarówno nietypowy pomysł, interesujący świat przedstawiony, jak i niezwykle ciekawa kreacja głównego bohatera.

Dziesięć sigm Paula Melko to kolejne króciutkie, ale mocne opowiadanie. Ciekawa idea, dynamika akcji, odpowiednio poprowadzona narracja i skrupulatnie budowane oraz doskonale utrzymane napięcie. Dzieło zwieńczone elementem zaskoczenia i popisowo zakończone. A przede wszystkim niezwykle sprawny warsztat pisarza.

Na deser natomiast podano humorystyczne Zajęcia w terenie Alexa Shvartsmana. Ta zgrabna, sympatyczna miniatura naprawdę mnie zadziwiła – a to za sprawą świetnego pomysłu, na który nie wpadłabym nawet po kilku głębszych i pod wpływem najgorszej z moich słynnych głupawek, oraz przegenialnej pointy. Autor idealnie trafił w mój typ poczucia humoru.

Zostaje więc jeszcze dział recenzji. Tym razem, obok kilku krótkich notek, pojawiły się trzy obszerniejsze, bogate merytorycznie artykuły. To się bardzo chwali!

Z przyjemnością przeczytałam tekst Pawła Deptucha dotyczący nowej produkcji z serii Battlestar Galactica i uważam, że to chyba najlepszy artykuł tego typu, jaki pojawił się w ostatnich latach w „Nowej Fantastyce”.

Także Paweł Chełchowski niezmiernie mile mnie zadziwił. W bardzo ciekawy sposób przedstawił Ingress – całkowicie nietypową i innowacyjną rozrywkę – grę miejską na telefon komórkowy. Jestem pozytywnie zaskoczona i samym tematem (w życiu bym nie pomyślała, że istnieje coś takiego!), i jakością artykułu.

Trzeci dłuższy tekst to analiza porównawcza książki i filmu Hobbit w wykonaniu Jerzego Rzymowskiego. Temat wciąż na czasie! Dwie nowości rynkowe – tegoroczne wydanie pozycji Tolkiena ze wstępem i objaśnieniami Agnieszki Sylwanowicz oraz pierwsza część kinowej adaptacji Petera Jacksona. A sam artykuł? Bardzo konkretny i rzeczowy.

No i jeszcze jedno! W poprzednich miesiącach zdarzało mi się ostro krytykować korektę pisma. Teraz z czystym sumieniem mogę przyznać, że nie mam do niej zastrzeżeń. Podczas lektury nareszcie nie przeszkadzały mi notorycznie rzucające się w oczy błędy. Ależ miło jest dojść do takiego wniosku.

Podsumowując moje wrażenia z lektury lutowego numeru, pozwolę sobie wrócić do swojej tezy z początku tego omówienia. „Nowa Fantastyka” im starsza, tym bardziej sentymentalna. I, według mnie, wychodzi jej to na dobre, skoro, ciekawie wspominając dawne czasy, redakcja jednocześnie idzie do przodu i wyraźnie poprawia swoje niedociągnięcia, uczy się na własnych błędach. Brawo! To się chwali!

Paulina Maria „Lorelay” Szymborska-Karcz
Redakcja i korekta:

Za egzemplarz recenzencki
dziękujemy wydawcom i redakcji
„Nowej Fantastyki”.
Oceń: 
0
Brak głosów
Niezdefiniowany