Pyrkon 2011 okiem Nubii, cz. I

    Dzień pierwszy

    Pyrkon! Już sama myśl o zbliżającym się konwencie wprawiała mnie w doskonały humor na kilka tygodni przed ostatnim weekendem marca. Nie mogłam się doczekać, kiedy w końcu będę mogła po raz czwarty uczestniczyć w tym niezwykłym wydarzeniu.

    Warto było czekać. Po raz kolejny poznański konwent nie zawiódł moich oczekiwań. Radosną atmosferę można było odczuć już w pociągu, gdzie przechodząc korytarzem, natknęłam się na osoby niewątpliwie będące fantastami. Po dotarciu na dworzec wyszedł po mnie Woltus i wraz z tłumem ruszyliśmy do budynku konwentu, który — jak się okazało — znajdował się zaskakująco blisko. Miejsce było doprawdy szokująco imponujące i mogło budzić skojarzenia z filmami SF. Kiedy otrząsnęłam się z pierwszego szoku, doznałam drugiego — przy akredytacji nie było kolejek! Czy aby trafiłam na ten konwent co trzeba? Wspomnienia, jakie zachowałam z poprzednich edycji — czyli ciągnące się w nieskończoność kolejki jak w PRL-u — nijak miały się do krótkich ogonków ustawionych przed kilkoma czynnymi okienkami, przy których sprawnie odbywała się akredytacja. Przy jej zakupie zostałam wyposażona w identyfikator, pyrkonowy znaczek, informator z programem oraz masę ulotek.

    Była już późna pora, więc tego dnia "zaliczyłam" jedynie końcówkę dwugodzinnego panelu dyskusyjnego z udziałem Ewy Białołęckiej, Magdy Parus i Ani Brzezińskiej pt.: Polski historyczny romans paranormalny. Nie byłam zbyt zorientowana w dotychczasowym toku rozważań, toteż wykorzystałam czas na szczegółowe zapoznanie się z programem konwentu.

    Po skończonym spotkaniu nadeszła bardzo przyjemna chwila, kiedy mogłam się przywitać z obecnymi w sali znajomymi. Pamiętać należy, że dobry konwent to nie tylko ciekawy program oraz organizacja dopięta na ostatni guzik. To również — a może nawet przede wszystkim — wspaniali ludzie z całej Polski, z którymi niekiedy dość rzadko jest okazja się spotkać poza konwentami. Nie powinno więc dziwić, że kolejnym punktem dnia nie był ten zamieszczony w informatorze, a domówka u tess i Gotana. Ale jak to powiedziałby autor Niekończącej się opowieści: to już inna historia i opowiemy ją innym razem.

    W późnych godzinach nocnych powróciliśmy na nocleg do szkoły konwentowej. Co prawda nie udało się nam z Woltusem załapać na wolny kawałek podłogi w żadnej z klas, ale za to całkiem wygodnie ulokowaliśmy swój materac na korytarzu pomiędzy wystawionymi na zewnątrz ławkami i krzesłami. Wykończeni szybko pogrążyliśmy się we śnie.

    Dzień drugi

    Jak wie każdy konwentowicz, który korzysta z bezpłatnych noclegów oferowanych przez organizatorów, śpiąc w sleeping roomie, nie należy się nastawiać na komfort, ciszę czy spokój. Obudziłam się przed 8.00 i już wtedy można było zaobserwować na korytarzu duże ożywienie. Kiedy udałam się do łazienki, uderzyło mnie, że nie było tam śladów zawartości cudzego żołądka. To było dziwne. Znacznie dziwniejsze niż wszechobecni przebierańcy — czarownice, szturmowcy, upiory, wojacy, postaci z gier i filmów, którzy przemykali się wszędzie, chętnie pozując do zdjęć.

    Po zjedzeniu śniadania udaliśmy się na pierwszą tego dnia prelekcję — Autor vs. bohater — nasza prywatna katastrofa przygotowaną przez Ewę Białołęcką. Ewa z właściwym sobie poczuciem humoru, niczym Mistrz Gry w sesji RPG, kreowała wizję możliwej katastrofy z zombie w roli głównej, kładąc nacisk na realizm przedstawionej sytuacji. My, jako publiczność, usiłowaliśmy wraz z autorką ustalić, co zrobić, by jak najdłużej przeżyć. Nie obeszłoby się oczywiście bez sprawdzenia facebooka i obrabowania pobliskiej Biedronki. Po tym jedynym w swoim rodzaju kursie nikt z uczestników nie powinien mieć wątpliwości, jak postąpić w wypadku apokalipsy.

    Kolejnym punktem była prelekcja Jakuba Ćwieka Czy pisarze nienawidzą swoich czytelników?. Odpowiedź zabrzmiała: TAK. Dlaczego? Ćwiek podał kilka powodów: fani bywają nachalni, zdarzają się jednostki bezczelne, które wypisują na forach obelgi pod adresem autora, a później rozanieleni proszą go o autograf, niektórzy zapełniają skrzynkę mailową nieszczęsnego pisarza swoimi opowiadaniami, z prośbą o ocenę… Ale jak to u Ćwieka bywa, prelekcja była daleka od śmiertelnej powagi — autor co rusz rozśmieszał publikę, sterując jej emocjami wedle własnej woli. Zakończyło się szczerymi podziękowaniami dla czytelników, bez których w końcu nie istnieliby pisarze.

    Następnie byłam słuchaczką panelu dyskusyjnego z udziałem Michała Cetnarowskiego, Rafała Kosika i Pawła Majki, którzy rozprawiali O zmianie życia literackiego na fantastycznych portalach internetowych. Rozmowa oscylowała między innymi wokół tematów takich jak książka elektroniczna czy też kwestii anonimowości w sieci.

    Ukradkiem wymknęłam się z sali na spotkanie autorskie z Dariuszem Domagalskim, gdzie twórca cyklu krzyżackiego opowiadał o swoich inspiracjach, planach, felietonach i o tym, dlaczego okładka jego najnowszej książki jest różowa(!). Na sali nie brakowało fascynatów historii, toteż w pewnym momencie dyskusja zeszła na tematy bardziej hermetyczne.

    Nie od dziś wiadomo, że seks świetnie się sprzedaje, toteż nic dziwnego, że maleńka sala, w której odbywała się prelekcja Erotyka fiordów. Freya i Frey. Pożądanie i płodność w mitologii nordyckiej, była dosłownie wypełniona do granic możliwości — na każdym wolnym krześle, parapecie, stoliku czy skrawku podłogi ktoś siedział lub stał. Wywołało to miłe zaskoczenie u prowadzącej prelekcję Elżbiety Cherezinskiej, która zażartowała, że to tylko prelekcja, a nie warsztaty z seksu. Kolejna godzina upłynęła na opowieściach o pikantnych szczegółach mitologii nordyckiej, zaś ogólna atmosfera sprawiła, że każde słowo wywoływało falę dwuznacznych skojarzeń.

    || Dalej >>