Pyrkon 2012 oczami Salantora

    Poniższy tekst został podzielony tematycznie, a nie chronologicznie, jak było to w przypadku relacji z Coperniconu 2011. Nie opiszę również wszystkich punktów programu, na których byłem i atrakcji, które podziwiałem, gdyż tekst rozrósłby się do niebezpiecznych rozmiarów.

    Co nie zmienia faktu, że chcę Wam sporo przekazać.

    Impreza na miarę końca świata
    Stało się. Nastał rok 2012, a wraz z nim kolejna, dla mnie już czwarta, edycja Pyrkonu. Na poprzednich bawiłem się świetnie, liczyłem więc na to, że ostatni w historii tego świata konwent spod znaku poznańskiego ziemniaka i fikuśnie ubranych koziołków przyćmi nadchodzącą apokalipsę. Jak odchodzić, to tylko z wielkim hukiem.

    Wyruszyłem z Trójgrodu wcześnie, bo o dziewiątej rano w piątek. Kilkuosobową eskapadę uświetnił swoją obecnością Dariusz Domagalski (Cherem, Vlad Dracula, cykl krzyżacki), nieoceniona kopalnia anegdot i ciekawostek z fandomowego światka. Sama podróż upłynęła w przyjemnej atmosferze, a bijący z nieba żar pozwalał mieć nadzieję na udaną pogodę w czasie trwania konwentu.

    Pyrlandia wita
    Konwent, tak jak rok temu, odbył się w budynkach Międzynarodowych Targów Poznańskich, przy czym poszerzył się on o dodatkowy budynek oznaczony cyferką 1. Organizator, klub fantastyki Druga Era, zdołał pozyskać dofinansowanie z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Samorządu Województwa Wielkopolskiego i miasta Poznania. Trzecim filarem udanego konwentu, poza dobrą lokalizacją i zasobną kiesą, jest program.

    Tegoroczne atrakcje szły w setkach sztuk, począwszy od godzinnych paneli dyskusyjnych, prelekcji i spotkań z wydawcami, aż po długie sesje i LARP-y. W każdym momencie coś się działo, a mogło jeszcze więcej, gdyby było gdzie upchnąć wszystkich chętnych twórców. Organizatorzy z ciężkim sercem odrzucili dziesiątki propozycji, część przenosząc na listę rezerwową (m.in. mój konkurs, który już w piątek z rana wrócił do łask). Okazało się to sensowne, chociażby z powodu odwołanego spotkania z Andrzejem Pilipiukiem, co pociągnęło za sobą kilka skreśleń w tabeli programowej. Na szczęście w punkcie informacyjnym pojawiały się erraty, chociaż z ich aktualnością bywało różnie.

    Tuż po wejściu do budynku numer siedem na konwentowiczów czekały okienka akredytacji, do których to w piątkowe popołudnie ustawiły się długie kolejki. Gżdacze uwijali się jak w ukropie, ale nie byli w stanie zapobiec rozciągnięciu się ogonka, liczącego, na moje skromne oko, sporo ponad sto i pięćdziesiąt osób. Sytuacja nie lepiej prezentowała się przed szkołą sypialną – nie dość, że otwartej z opóźnieniem, to, jak się okazało, zdecydowanie zbyt małej... Ale do tego jeszcze wrócimy.

    Ziemia koziołków
    Po zaakredytowaniu się (od razu dowiedziałem się, że wejście konkursu z rezerwy do programu poskutkowało naliczeniem dodatkowej ulgi za wejście – za to wielki plus) w moje łapki wpadła zielona torba. W środku znajdowała się książeczka z opisem punktów programu, gruby stosik reklam i ulotek oraz tabelka z rozpiską godzinową konwentu, regulaminem i rozkładem sal. Podzielenie programu na dwie części okazało się wygodne, zaś umieszczenie na końcu stupięćdziesięciostronicowej knigi mapy okolic Targów Poznańskich sprawiło, że i tak na zmianę sięgałem raz po nią, raz po rozpiskę godzin.

    Przy wejściu na teren konwentu znajdowały się bramki, otwierające się po wsunięciu identyfikatora (którego forma graficzna była różna w zależności od funkcji danej osoby) do czytnika. Dalej rozciągała się wielka przestrzeń targowa, wypełniona po brzegi ludźmi i atrakcjami. Idąc cały czas przed siebie, mijało się ogródek piwny i dużą ilość miejsc siedzących, stoiska Kuźni Gier, Rebela, Portalu, sklepy z koszulkami, przypinkami, miejsce zamawiania pizzy konwentowej, punkt informacyjny oraz tablicę ogłoszeń, przy której toczyły się pojedynki wikingów albo prezentowano pokazy Capoeiry. Na każdym kroku można było zobaczyć coś wywołującego zainteresowanie i nagły atak serca portfela. W porównaniu do zeszłego roku zdecydowanie lepiej zagospodarowano przestrzeń, za co organizatorom trzeba dopisać wielkiego plusa.

    Stojąc przy tablicy ogłoszeń, można było albo iść w prawo i po schodach dostać się do games roomu, skręcić w lewo, cofnąć kawałek i wdrapać do skrzydła przeznaczonego na sale konkursowe, naukowe, literackie i RPG-owe, albo też podreptać prosto, minąć szatnie (pełne kurtek i plecaków, nie licząc godzin otwarcia i zamknięcia terenu Targów) i dotrzeć do trzypiętrowego budynku 14b. Jedynie Jedynka, w której, czego pewien nie jestem, odbywały się koncerty, stała nieco na uboczu.

    Grupowe spanie
    Doskonale pamiętałem zeszłoroczny szturm na szkołę sypialną, zakończony zajęciem wszystkich sal w niespełna kilka minut. Dlatego w tym roku miałem nadzieję, patrząc na kolejki przy akredytacji, na znacznie mniejszą konkurencję w wyścigu. Nie dotrwałem doń, przesunięcie otwarcia sypialni o dwie godziny skutecznie mnie do tego zniechęciło. Za to zabawnie było patrzeć na odgrodzony taśmą teren, poza który użyszkodnicy nie mieli prawa wychodzić przed czasem, a co i tak robili.

    Kiedy następnego dnia pojawiłem się na miejscu, by złapać chociaż kilka godzin snu, szkoła zaczęła mi się kojarzyć z obozem dla uchodźców wojennych. Ludzie śpiący na korytarzach, stołach, krzesłach, czasem w pozycjach tak dziwnych, że zostawało tylko współczuć ich kręgosłupom. Pokoje zawalone leżącymi tuż obok siebie karimatami, jedynie z wąziutkimi ścieżkami komunikacyjnymi do drzwi i każdej ściany. Wreszcie wszechobecny zaduch i gorąc, których siłę poczułem po wyjściu na świeże powietrze w niedzielny poranek. Jak to zwykle z nami, Polakami, bywa, daliśmy radę, ale jeśli w przyszłym roku warunki się nie poprawiam, to obawiam się, że niektórzy będą spać przyklejeni do ścian albo sufitów. O ile wykażą przy tym ochotę na s1)uchanie zbyt głośno gadających współtowarzyszy niedoli.

    Wystawy, wystawy
    Było na czym oko zawiesić nie tylko w targowej części konwentu. Po sąsiedzku, w budynku numer siedem, rozstawiono okręty i postacie z Gwiezdnych Wojen (na wyróżnienie zasługuje Sokół Millenium, tworzony przez kilka lat od zera z dostępnych w każdym sklepie budowlanym materiałów, prezentujący się, jak wycięty prosto z filmu), zaś w 8a rozmaite konstrukcje z klocków LEGO. Co jak co, ale Battlecruiser ze Starcrafta albo Land Raider – pojazd Kosmicznych Marines z Warhammera 40K – naprawdę robiły wrażenie i jestem pełen podziwu dla ich twórcy, siedzącego nad nimi grubo ponad miesiąc.

    Konwentowicze podziwiać mogli również klockowe czołgi z okresu II Wojny Światowej, zdjęcia z przebierańcami z Nordconów oraz kilka plansz z komiksów o Thorgalu, których autor, Grzegorz Rosiński, był jednym z konwentowych gości.

    Veto!
    Z kolei na wszelkich fanów szlacheckiej Polski oraz prozy Jacka Komudy czekała na Pyrkonie atrakcja wielce zacna. Ekipa Veto! właśnie tę imprezę wybrała na miejsce premiery starterów nowego sezonu gry, Szpiegów i Dyplomatów. Jak można było się dowiedzieć od Jacka „Darkena” Gołębiowskiego sprzedano kilkadziesiąt sztuk, co jest wynikiem całkiem niezłym. On również maczał palce przy tworzeniu nowych, znacznie lepszych demodecków, z pomocą których udało mi się wyjaśnić pewnej gżdaczce z Poznania reguły gry. Kilka wyciągających łapki po kurtki osób z zainteresowaniem zerkało na partyjkę, więc kto wie, może liczba szlachty wkrótce wzrośnie?

    E-Sport
    Pewnie wielu to zdziwi, ale zebrani na ostatnim piętrze budynku 14B fani wirtualnych rozrywek byli tak podjarani oglądanymi na telewizorach kolejnymi walkami turniejowymi w League of Legends, że po pewnym czasie i mi udzielił się ich entuzjazm. Usiadłem więc na ziemi, tuż obok wielkich materacy i krzeseł zajętych przez „nerdów”, podczas gdy kawałek dalej, przy spiętych w jedną sieć komputerach, siedzieli członkowie drużyn z całej Polski, nawzajem zabijając swoje postacie i niszcząc wieżyczki. Wraz z innymi biłem brawo, widząc co piękniejszą akcję, albo wyśmiewałem głupie zagrywki i błędy. Starczyło posłuchać komentarzy i okrzyków, aby bez patrzenia dojść do wniosku, że w tym miejscu królował sport. Tylko taki mało ruchowy.

    Jednak LoL to nie wszystko. Na terenie konwentu przeprowadzono również pokaz Grimlands, czyli polskiej gry MMO w klimatach post-apo, można było poskakać na DDR, pośpiewać na karaoke, zamęczyć nadgarstek szarpiąc niewidzialne struny w Guitar Hero, skopać tyłek koledze przy bijatyce, zobaczyć w akcji Resident Evil: Operation Racoon City oraz Mass Effect, część bodaj trzecią, bądź zasiedzieć się przy starych, zacnych tytułach pokroju pierwszego Warcrafta. Na prawdziwych zapaleńców czekały retrograniowe turnieje.

    Książek stos
    Najgorsze jednak, co mogłem zrobić na Pyrkonie, było wejście na książkowe stoisko handlowe. Na kilkunastu ławkach ustawiono hałdy mniej lub bardziej popularnych pozycji ostatnich lat, resztę zaś wpakowano do licznych i pojemnych kartonów. Dłuższy czas spędziłem przy stołach jednego z poznańskich antykwariatów, przebierając w pudłach i pytając o różne tytuły. Wziąłem tylko trzy, ale chwilę przede mną inny konwentowicz dokonał zakupu na ponad trzysta pięćdziesiąt, albo i więcej, złotych. Podejrzewam, że takich jak on było więcej.

    Wystarczyło zresztą zerknąć na plan, by odkryć literackie siódme niebo. Spotkania z pisarzami (Kosik, Ćwiek, Pawlak, Domagalski, Parus, Kozak, Wegner, McDonald) i prowadzone przez nich prelekcje, czasem przeradzające się w burzliwe dyskusje, cogodzinne dyżury autografowe, godzinny panel wydawców rozmawiających o sytuacji na rynku, stopniowego przejścia na e-booki oraz planach na najbliższą przyszłość. Starczyło przejść korytarzem, by dostrzec rozmawiających z sobą literatów. Nic, tylko wziąć książkę w dłoń i poprosić o podpisanie się.

    Organizacja
    Byłem mile zaskoczony tym, jak organizatorzy przyłożyli się do tego, by niczego nikomu nie brakowało. Pod green roomem stale czatowało paru gżdaczy, wysyłanych w teren w razie potrzeby. Laptopy słano do sal odpowiednio wcześnie, sprawdzano ich stan i pomagano w razie kłopotów. Woda albo była już na miejscu, albo też przynoszono ją w czasie prelekcji. Wszędzie kręcili się osobnicy w czerwonych (organizacyjnych) i pomarańczowych (gżdaczowych) koszulkach, tak więc w razie czego starczyło zaczepić i wyłożyć sprawę.

    Wielki plus z mej strony idzie do Czarka „Lorda Wintera” Zimoląga, szefa bloku konkursowego. Jeszcze w piątek dał mi znać, że mój konkurs przechodzi z rezerwy do programu, zaś w niedzielę o morderczo wczesnej godzinie dziewiątej podziękował uprzejmie za jego przygotowanie oraz sprawnie przekazał pyrfunty i dokument, gdzie zwycięzcy mieli potwierdzić odbiór nagród. Do tego na każde moje pytanie znał prawidłowo odpowiedź. Mam nadzieję, że, o ile starczy mu chęci, będzie pełnił tę samą funkcję również za rok. Wspominałem, że mając tak wiele na głowie prowadził jeszcze swoje punkty programu i dyżurował przy sklepiku konwentowym, gdzie za zdobyte w konkursach pyrfunty (bardzo ładnie wykonane) można było kupić różne fajne rzeczy?

    Zakończenie
    Mógłbym napisać jeszcze dużo więcej. Zrelacjonować panel dyskusyjny „Seks w imię religii”, gdzie doszło do merytorycznej wymiany zdań rozciągniętej na wiele epok, skreślić parę słów na temat moich dwóch punktów programu, pochwalić smaczną, konwentową pizzę i swojską atmosferę, dzięki której obcy sobie ludzie podchodzili do siebie z uśmiechem, rozmawiali na każdy temat i nawet kiedy doszło do sprzeczek, to prowadzonych z przymrużeniem oka, ale jeśli to uczynię, to ten tekst rozrośnie się kilkukrotnie. Co zaś najgorsze, będzie składał się z niemal samych superlatyw.

    Nie mam powodu, może poza stanem szkoły sypialnej, by tegoroczny Pyrkon krytykować. Na imprezę przybyli ludzie z całej Polski, zainteresowani fantastyką w sposób nieznaczny i prawdziwi maniacy, biegający po terenie konwentu w strojach szturmowców Imperium, Jedi albo innych przebraniach; nawet dzieci, dla których przygotowano osobny blok programowy. Niektórzy kupili wejściówkę na dzień, inni na trzy, ale wszyscy wyglądali na zadowolonych z wydanych pieniędzy. Zresztą liczba uczestników mówi sama za siebie. W tym roku wyniosła ona, plus minus, sześć i pół tysiąca ludzi. Dzięki temu Pyrkon stał się (prawdopodobnie) największym konwentem fantastyki w Europie wschodniej. Jak to żartobliwie rzekł niejaki Paszko, którego słowa zacytuję pewno niedokładnie: „Najciekawsze jest to, że przy tej frekwencji przebiliśmy największy konwent w Polsce, zlot fanów W.I.T.C.H.a. O pięćset osób”.

    Tak więc w największym skrócie – było zacnie i mam nadzieję, że za rok również uda mi się pojechać na Pyrkon, jeszcze większy i wspanialszy, niż tegoroczny. Czego i Wam życzę.

    Łukasz „Salantor” Pilarski
    Korekta: Monika "Katriona" Doerre

    Konkursy

    Nazwa użytkownika

    Facebook

    Discus