Rytuał (2011)
Tekst zdradza elementy fabuły.
Czternastego października półki nadwiślańskich sklepów z DVD wzbogaciły się o plastikowe pudełka opatulające „Rytuał” Mikaela Håfströma. Szwed, co by o nim nie mówić, jest twórcą dosyć ciekawym. Ma na swoim koncie zarówno klaustrofobiczne dramaty, poruszające kwestie niemal fundamentalne („Zło”), jak i nastawione na popcornową publiczność horrory, które – swoją drogą – wychodzą mu całkiem przyzwoicie („1408” na podstawie opowiadania Stephena Kinga). Widzimy zatem, że uwaga reżysera ogniskuje się przynajmniej w kilku punktach. Wniosek? Możemy liczyć na to, że Mikael Håfström nie stanie się kolejnym skandynawskim wyrobnikiem na usługach hollywoodzkich magnatów. Podbudowany takim tokiem rozumowania, postanowiłem odwinąć folię z pudełka przyozdobionego dziwnie bladą twarzą Anthony’ego Hopkinsa, włożyć płytę do napędu i sprawdzić czy „Rytuał” potwierdzi moje logiczne wojaże.
Film rozpoczyna scena, która od razu przypadła mi do gustu – przygotowywanie ciała do wystawienia w otwartej trumnie. Po niezapomnianych kilkudziesięciu godzinach z serialem „Sześć stóp pod ziemią”, czyli absolutnym kinematograficznym mistrzostwem (świadoma reklama), widok domu pogrzebowego kojarzy mi się, dość paradoksalnie, pozytywnie. W tymże budynku zaczynamy zauważać, że relacja pewnego chłopaka i jego ojca z całą pewnością nie jest idealna. Kolejne sceny uzmysławiają nam, że przytłoczony obowiązkami, płynącymi z pracy przy nieboszczykach, młody mężczyzna pragnie zmienić życiorys, który napisał dla niego rodzic. Właśnie wtedy przypomina on sobie słowa zmarłej matki, która zwykła powtarzać, że otaczają go boskie siły, i postanawia udać się do seminarium duchownego.
Przed zakończeniem studiów, a co za tym idzie, po przewertowaniu tysięcy stron teologicznych dywagacji, jego wiara w Boga zanika. Mężczyzna postanawia opuścić gmach uczelni bez święceń. Jego przełożony prosi go, aby jeszcze raz przemyślał swoją decyzję i, w ramach niezastąpionej terapii wstrząsowej, wysyła go na watykański kurs dla egzorcystów.
Nie da się ukryć, że brzmi to dosyć sztampowo, lecz złudzenie, wywołane przez przeczytanie opisu, może okazać się mylące. Pierwsza część filmu utrzymana jest w ciekawej, bo pełnej niedomówień konwencji. Mimo całego piękna watykańskiej architektury, wnętrza budynków wydają się dziwnie upiorne i ponure. Atmosfera jest niezwykle gęsta – przeczuwa się, że pomiędzy rzeźbami, witrażami i pełnymi przepychu klatkami schodowymi coś się ukrywa, czai. Uczestnicy kursu dla egzorcystów są dziwni – przeraża ich byle obrazek zdeformowanej twarzy, każdy pisk czy jazgot odtworzony przez watykański system audio. Ma się wrażenie, że na elitarne szkolenie zaproszono osoby naiwne, słabe i podatne na manipulację. Dziwni są księża – nonszalanccy, traktujący pojedynek z szatanem jak partyjkę w szachy. W tym zastanawiającym i pełnym niedomówień świecie Håfström umieszcza zagubionego bohatera-sceptyka, który zdaje się dostrzegać niecodzienne zachowanie otoczenia. Dzięki temu film rozwija się w dobrym kierunku – widz nie wie, czy sprawa opętań jest jedynie wymysłem kleru, który chce manipulować opinią publiczną, czy realną ingerencją szatana w świat człowieka.
Fabuła ulega bolesnemu spłyceniu w momencie, gdy na „scenie” pojawia się jegomość zdobiący okładkę wydania DVD. Hopkins wciela się w rolę ekscentrycznego egzorcysty z tradycjami i efektami w „leczeniu”, który ma za zadanie udowodnić amerykańskiemu chłopakowi istnienie diabła. Z góry zaznaczam, że do zawodowych umiejętności Anglika zastrzeżeń mieć nie można, bo – mimo wszystko – to właśnie on wykonuje w tym filmie najlepszą aktorską robotę. Niemniej, od czasu wizyty naszego młodego sceptyka w obskurnym lokum egzorcysty film stacza się po równi pochyłej, a że po drodze nie spotyka żadnych przeszkód, efekt może być tylko jeden – w ostatnich minutach boleśnie uderza o dno.
Widz zostaje pozbawiony tego, co tak go intrygowało w pierwszej części spektaklu. Nie pozostawiono miejsca na żadne niedopowiedzenia – kler jest w porządku, Watykan walczy w imię Boga, a nie pieniędzy, a Szatan istnieje i poluje na słabe dusze. I w momencie, kiedy najbardziej doświadczeni egzorcyści ulegają ludzkiej niedoskonałości, wpadając w diabelskie sidła, na posterunku pozostaje nikt inny jak Amerykanin oraz jego kobieta. Tanie aż do bólu.
Z przymrużeniem oka potraktowałbym również kampanię reklamową, która opiera się na niezwykle popularnym dla tego gatunku haśle: „Film zainspirowany prawdziwymi wydarzeniami”. Håfström rzekomo otrzymał zezwolenie na wysłuchanie autentycznych egzorcyzmów zza zamkniętych drzwi. Oczywiście, w tajemnicy utrzymane jest, kto mu na to zezwolił – przecież nie budzi podejrzeń fakt, że egzorcyści niezwykle chętnie zgadzają się, aby w trakcie rytuału towarzyszył im hollywoodzki reżyser. Rzecz normalna, trzeba przyjąć na wiarę… I znów tanio!
Szatan! Napisałem to słowo, ponieważ całkiem przypadkowo zorientowałem się, że będzie ono 666 wyrazem recenzji (podziękowania dla wordowskiego licznika)! Abstrahując jednak od poprzedniego zdania, teraz na poważnie. Najnowszy film Mikaela Håfströma nie potwierdza, niestety, tezy, którą przybliżyłem we wstępie tekstu. Szwed wciąż ma nosa do filmowego medium, lecz – jak się zdaje – pobyt w Stanach Zjednoczonych w zastraszającym tempie niszczy jego „powonienie”. Niemniej, nie chcę „Rytuału” zupełnie przekreślać. Warto go zobaczyć dla pierwszej części, żeby popatrzeć na Hopkinsa i Hauera (rola epizodyczna, lecz szalenie wymowna). Ostatecznie jednak nie jest dobrze. „Rytuał” to nic innego jak amerykański „popcornowiec”, a szkoda, bo były przesłanki ku temu, aby sądzić, że będzie inaczej.
Filip "Fidel" Jalowski.

Tytuł oryginalny: The Rite
Tytuł polski: Rytuał
Gatunek: horror, dramat
Kraj produkcji : USA
Czas trwania: 114 minut
Obsada:
Anthony Hopkins - Ojciec Lucas Trevant
Colin O'Donoghue - Michael Kovak
Alice Braga - Angeline
Ciarán Hinds - Ojciec Xavier
Toby Jones - Ojciec Matthew
Rutger Hauer - Istvan Kovak
Reżyseria: Mikael Håfström
Scenariusz: Michael Petroni
Muzyka: Alex Heffes
Zdjęcia: Ben Davis

















































