Strona główna

Sillikon elfim okiem

Sillikon tak właściwie był moim pierwszym doświadczeniem konwentowym. Jakoś zabawy tego typu zawsze mnie omijały. Trochę z braku czasu, trochę z gapiostwa, a trochę z czystego lenistwa i niskiego poziomu chęci ruszenia zada do, takiego na ten przykład, Poznania, gdzie odbywa się Pyrkon, czy Torunia na Copernicon.

Do Przemyśla zostałam wyciągnięta przez Karolinę Burdę (czyli Kariolkę), która z kolei nasłuchała się cudów od swojej koleżanki, Dominiki, zwanej Kotem, która pochodzi z tamtych rejonów. Miał być LARP, miały być wykłady, mieli być fajni ludzie i ogólnie świetna zabawa. Popatrzyłam niechętnie na rosnącą kupę rzeczy do odwalenia na uczelnię i oficjalnie poczułam się przekonana.

Wpakowałyśmy się do popołudniowego pociągu relacji Kraków-Przemyśl w piątek i po zaledwie czterech godzinach spędzonych na korytarzu w ścisku i zaduchu, podczas których oddawałam się swojej absolutnie ulubionej pociągowej czynności, czyli wystawianiu głowy za okno (tak, wiem, odruchy psa), byłyśmy na miejscu.

Niestety, początek Sillikonu i pierwsza noc w szkole, w której się odbywał, nas ominął. Najzwyczajniej w świecie byłyśmy zmęczone i skorzystałyśmy z gościny Dominiki oferującej łóżko, prysznic z ciepłą wodą, dobrą kolację i wielkiego, puszystego kota do miziania.

Na konwencie pojawiłyśmy się dnia następnego. I nawet w tym celu nie musiałyśmy wstawać w środku nocy i polować na busa, bo na pomoc został ściągnięty główny organizator imprezy, Wircyn, który przecież na pewno nie miał nic ciekawszego na głowie niż robienie za szofera dla trzech nieradzących sobie jednostek płci żeńskiej. Zapewne w małej zemście za zawracanie głowy wyciągnął nas z domu prawie ze szczoteczkami do zębów w gębach i średnio uczesanymi włosami. Bo kto mówiąc, że będzie o dziewiątej trzydzieści, o wpół do dziesiątej dzwoni do drzwi?! Szaleniec jakiś, li i jedynie! Ewentualnie ktoś, kto nie zwrócił uwagi, że umówił się z kobietami.

Tak czy inaczej do miejsca przeznaczenia dotarłyśmy bez przeszkód i wygodnym samochodem. W tym miejscu składam serdeczne podziękowania dla Remika (Wircyna) za uczynność, uprzejmość i za to, że w ogóle mu się wszystko chciało!

Wylegitymowałyśmy się przy zawalonych ulotkami stoliczkach, grzecznie wyjaśniając, że my tu z ramienia Efantastyki. W odpowiedzi usłyszałyśmy wesołe: „A organizacja!”. „Yyyyy… nie. Redakcja.” – sprostowałyśmy. „Płacicie za wstęp?” – padło pytanie. „No niby nie…” – przyznałyśmy. „No to przecież mówię, że organizacja! Macie zielone plakietki. Są też żółte. Ale jak się ma żółtą, to trzeba zapierdalać.” – zostałyśmy poinstruowane. Żadna z nas przy zapierdalaniu specjalnie się nie upierała, więc szybko pogodziłyśmy się z barwą identyfikatorów. Zielony – piękny kolor!

Formalności zostały dokonane, więc wrzuciłyśmy rzeczy do jakiegoś pierwszego lepszego pomieszczenia, niespecjalnie przejmując się ich losem, i ruszyłyśmy na obchód. Szkoła jak szkoła. Typowe korytarze, sale z porozsuwanymi na potrzeby konwentu ławkami, tablicami do pisania kredą i całą rzeszą przedmiotów do edukacji dzieciaków na poziomie podstawowym. Na górze kilka pomieszczeń przerobiono na sale sypialne. Wystarczył jakiś kocyk lub śpiwór i o bazę noclegową Przemyśla nie trzeba było się martwić. Chwali się. Oczywiście udało nam się zgubić, sama zastanawiam się jakim cudem, i powędrowałyśmy dawno zapomnianą klatką schodową wgłąb matki ziemi. Miałam nieodparte wrażenie, że schody zaraz zrobią Potterowski myk, obrócą się w bliżej nie określoną stronę, dla odmiany zaczną prowadzić w górę, albo, co gorsza, staną się równią pochyłą, a my zlecimy z nich na zbity ryj, same będąc sobie winne. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło, a drogę do cywilizowanego świata wskazał nam bliżej nam nieznany jegomość, o którym na własne potrzeby myślę sobie „pan konserwator”.

Korytarze pełne były stolików z różnorakimi grami: karciankami, planszówkami… dobra, nie znam się, więc nie będę się popisywać, ale zagrać można było i w WOQ-a, i w jakąś podejrzaną grę, w której do zagrody zaganiało się świnki. Niestety, dręczenie prosiaczków leżało poza moim zasięgiem, bo spieszyłam się na prelekcję. Pierwszą z nich prowadziła Kot.

Okazało się w ogóle, że Dominika robi mapy. Kariolka zapewne była tego faktu świadoma. Możliwe, że mnie na dnie próżni też pałętała się ta informacja, jednak nigdy nie przyszło mi do głowy jej zweryfikować. Miałam więc okazję po raz pierwszy w życiu posłuchać, jak wykonuje się stylizowane na stare dokumenty. Jakie czcionki wyglądają najlepiej, jak się tworzy odpowiedni papier, czym pisać i w jaki sposób pisać, jakie są rodzaje map i ich oznaczenia… Przyznam, że sama miałam ochotę spróbować swoich sił i stworzyć takie cacko. Co prawda zdolności wielkich u siebie nie dostrzegam, ale co mi tam! Tymczasem popisałam sobie minuskułą karolińską po przygotowanej przez prowadzącą wykład kartce i dokładnie obmacałam różne rodzaje papieru i sporządzonych wcześniej map.

Chwilę potem trafiłam na prelekcję o średniowiecznych egzekucjach. Muszę przyznać, że mój własny gatunek nieustannie mnie zadziwia pomysłowością w okrucieństwie i robieniu z rzezi wspaniałego widowiska i świetnej zabawy. W skrócie: ludzie to świnie, przy czym świnie winny się za to porównanie dożywotnio na mnie obrazić. Wykład prowadzony był w luźnym, lekko humorystycznym tonie. Odpuszczono sobie płacz i lamenty nad heretykami i czarownicami. I dobrze. Cieszę się, że nie żyję w średniowieczu, bo zapewne spłonęłabym na stosie. Od zawsze w sumie miałam tę świadomość. Teraz zastanawia mnie tylko, który z trzech podstawowych rodzajów stosu by mi przypadł…

Trzeci wykład sprowadził mnie znów w XXI wiek, wprost w ramiona popkultury, o której opowiadał znany polski pisarz fantasy, autor takich książek jak seria Kłamca, czy Gotuj z papieżem, Jakub Ćwiek. Opowiadał o łączeniu gatunków, o mocy oddziaływania zmiksowanych kontrastów, o odgrzewaniu kotletów i o tym, że tak naprawdę lubimy to, co już znamy. Dowiedzieliśmy się, co złożyło się na popularność Shreka i dlaczego Piraci z Karaibów odnieśli tak wielki sukces, podczas gdy kino pirackie już dawno upadło i spokojnie sobie porastało mchem. Zaznaczyć trzeba, że według Ćwieka głównym powodem nie był Johnny Depp. Tak, też się uśmiałam z tej teorii, ale w końcu Kuba nie jest kobietą, więc ostatecznie sianie takich herezji można mu wybaczyć.

Po serii wykładów przyszedł czas na LARP-a. Wystrojona w ciuchy mające mówić „jestem wdową ze średniowiecznej wsi” i z kartką zawierającą ściągawkę z roli wsiadłam wraz z grupą rozentuzjazmowanych graczy do autobusu. Muszę przyznać, że średnio podzielałam ich uciechę. Byłam raczej przerażona. Talentów aktorskich nie mam za grosz, a wszystkie publiczne występy przyprawiają mnie o mdłości, trzęsienie głosu i rąk oraz nieodpartą chęć zapadnięcia się pod ziemię, ewentualnie urżnięcia do nieprzytomności. Plując sobie w brodę i starając się nie uciec z panicznym krzykiem, uśmiechałam się i robiłam w miarę dobrą minę do złej gry.

Autokar wysadził nas nieopodal wioski fantasy. Nie powiem, robiła wrażenie. Ścieżka prowadziła przez mostek i obok malutkich, drewnianych domków, aż pod wysoką bramę do muru otaczającego osadę. Całość dała LARP-owi świetny klimat i pozwoliła nam lepiej wczuć się w role.

Trudno opisać, jak gra się w LARP-a. To trzeba przeżyć na własnej skórze. Trafiła się naprawdę świetna ekipa, która bardzo realistycznie, ale też czasem z nutką humoru rozgrywała grę. Będąc wśród nich, nie można było nie wczuć się w całą akcję. Autorzy scenariusza są moimi absolutnymi idolami: nie dość, że udało im się połączyć klimat Wiedźmina z Modą na sukces, to jeszcze znakomicie potrafili rozwiązać każdy problem, jaki się pojawił (np. brak połowy graczy), tak, by gra cały czas była ciągła i logiczna. Moje obawy prysły i bawiłam się świetnie, mimo że szło mi niesamowicie średnio i więcej frajdy przysparzało mi obserwowanie innych, niż mój czynny w tym udział. Niestety, nie udało mi się wyjść za mąż ani nakłonić córki przyjaciółki, by wzięła mnie na duchową matkę. Natomiast pewien niewygodny dla mnie pijaczyna z karczmy zrobił mi przysługę i padł trupem, za co serdecznie mu dziękuję. Suma summarum, udało mi się stanąć po właściwej stronie barykady, tej, która błogosławiąc Jatlę, zaprowadziła pokój i miłość w wiosce. To drugie nawet zbyt dosłownie.

Tego samego dnia wieczorem, aby miło zakończyć Sillikon, zrobiliśmy zawieruchę w pobliskiej pizzerii, by później rozegrać mini LARP-a, zwanego „dżipem”, w jednej z sal szkolnych. W innej klasie został nam udostępniony materac do ćwiczeń gimnastycznych, który zużytkowałyśmy w celach słuszniejszych, czyli do spania. Podkradłyśmy też kilka koców z Wioski Fantasy, bo na co im tyle dużo ogrzewaczy, i tym systemem spędziłyśmy noc wygodnie, spokojnie i prawie w ciszy. Prawie, bo za oknem szalała burza, zwana Wiktorem, której ku rozczarowaniu kolegów nie bardzo chciałyśmy wyjść naprzeciw.

W niedzielę spakowałyśmy swój nędzny dobytek, podziękowałyśmy wszystkim, którzy nam się nawinęli, jeszcze na chwilę wpadłyśmy do Dominiki, by objeść ją ze wszystkiego, co wpadło nam w ręce (z wyhodowanym w jej własnym ogródku szczypiorkiem na czele) i powlokłyśmy się na dworzec. Należy wspomnieć, że była to stacja początkowa, więc pociąg spóźnił się tylko jedną godzinę. Całkiem nie szkodzi, dziewczyny miały przynajmniej kiedy pomalować paznokcie.

Reasumując, bardzo się cieszę, że dałam się namówić na wyjazd i na wzięcie udziału w LARP-ie. Świetnie spędziłam czas, dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy i poznałam interesujących ludzi o nietypowych zainteresowaniach. Mam nadzieję, że za rok dane będzie mi to powtórzyć.

Edyta "Elfu" Zawada

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi