Star Trek
Film JJ Abramsa oczami trekkera
Od bardzo wielu lat dekoracje, w których kręcono kolejne serie i kolejne filmy Star Trek, stały puste i martwe. Fatalny wynik kasowy filmu Nemesis i żałosna oglądalność serialu Star Trek: Enterprise spowodowały zanik zainteresowania serią w jej macierzystej wytwórni, Paramount Pictures. Wydawałoby się, że fantastyczny świat, stworzony przez Gene'a Roddenberry'ego, ulegnie ostatecznej stagnacji i będzie bazował już tylko na powtórkach, gdy nagle pojawił się projekt kolejnego filmu kinowego, tym razem mającego "sięgnąć do korzeni" serii i "przyciagnąć młodszą widownię". Ta ostatnia zapowiedź bardzo zaniepokoiła hardcorowych fanów. Urok Star Treka polega bowiem między innymi na konwencji, w jakiej był realizowany, a w szczególności dotyczy to pierwszej, oryginalnej serii. Dzisiaj nikt zdrowy na umyśle nie kręciłby serialu fantastyczno-przygodowego w tak tandetnych dekoracjach, ani też nie tworzyłby takich rozbrajająco naiwnych scenariuszy. Jednak mimo licznych niedoróbek, będących wynikiem rozpaczliwie niskiego budżetu, serial ten przetrwał trzy sezony w czasach, w których praktycznie nie było zapotrzebowania na seriale s-f, a już po zakończeniu jego realizacji z roku na rok zyskiwał coraz więcej fanów. Było to wynikiem nie tylko tego, że miał wyjątkowo dobrze dobraną obsadę - aktorzy nie byli geniuszami, ale za to każdy z nich świetnie pasował do swej roli i był w niej nie do zastąpienia. Nie wszystko też było zasługą ciekawie poprowadzonej, choć często śmiesznie nielogicznej akcji. Chodziło o coś zupełnie innego. Prawie każdy odcinek, nawet opowiadając o najdalszych światach, w rzeczywistości opowiadał o problemach Ziemi lat 60tych, o nierównościach społecznych, wrogości między narodami, absurdach codziennego życia.
Serial miał swoją rolę do spełnienia. Emanował optymistyczną wizją rozwoju ludzkości w czasach, gdy cały czas obawiano się konfliktu nuklearnego, ale to nie wszystko. Był awangardą przemian społecznych. Po raz pierwszy w historii amerykańskiej telewizji czarnoskóra kobieta nie była w filmie pokojówką ani prostytutką, tylko pełnoprawnym oficerem na mostku statku międzygwiezdnego. Jej rola nie była duża, choć największa, jaką mógł Roddenberry wtedy wywalczyć, i tak ważna, że gdy Nichelle Nichols chciała zrezygnować z udziału w serii, sam Martin Luther King zadzwonił do niej z prośbą, by tego nie robiła. Po raz pierwszy amerykański twórca wystąpił tak otwarcie przeciw segregacjom społecznym, karze śmierci, niszczeniu "prymitywnych" kultur, broni jądrowej, wojnom "w imię słusznej sprawy" czy osądzaniu ludzi na podstawie tego, kim byli ich rodzice. Mimo, że trwała wtedy zimna wojna, na mostku Enterprise widzieliśmy współpracujących ze sobą Amerykanina, Japończyka i Rosjanina, a nawet Obcego - po raz pierwszy ukazanego nie jako potencjalne zagrożenie, a jako inteligentnego, lojalnego, i na dodatek sympatycznego kolegę. Dziś trudno nam nawet wyobrazić sobie, jakie to wszystko miało znaczenie. Zainteresowanie przerwaną serią rosło z roku na rok, aż zaowocowało filmami kinowymi i kolejnymi seriami, zrealizowanymi już w sposób dużo nowocześniejszy i lepiej podbudowanymi naukowo. Powstała też cała literatura, opowiadająca nie tylko o tym, co miało miejsce na ekranie, ale również o tym, czego nie widziano, rozwijająca poszczególne wątki i dopisująca nowe.
Gdy JJ Abrams podjął się nakręcić remake Star Treka, z góry można było przewidzieć, że nie uda mu się odtworzyć atmosfery serialu. Film miał zostać nakręcony dla innej widowni, przez innych ludzi, z innymi aktorami. Scenarzyści Roberto Orci i Alex Kurtzman od początku podjęli wcale rozsądną decyzję, by akcja toczyła się w rzeczywistości alternatywnej, w której nic nie miało być takie samo, jak w oryginalnej linii czasu. Dawało im to pole do manewru, w którym można było stworzyć ciekawą i odrębną historię, minimalnie tylko skrępowaną bogatym kanonem świata Star Treku. Stworzyli więc opowieść o tym, jak potoczyłyby się losy dzielnej załogi Enterprise w nieco zmienionej linii czasu. Niestety, scenariusz, który wyszedł spod ich pióra, jest nie tylko słaby, ale obciążony wieloma logicznymi sprzecznościami. Jedynym, co w całości przemawia na jego korzyść, jest tempo akcji - po prostu nie ma kiedy się nudzić. Niestety, jeśli pominąć pierwsze dziesięć minut filmu, to na tym kończą się atuty samego skryptu. Czemu pierwsze dziesięć minut? Dlatego, że historia poświęcenia George'a Kirka jest najciekawszą, najbardziej spójną i pod każdym względem najlepszą częścią filmu. Później mamy już głupstwo na głupstwie, z tym, że większość z nich jest na szczęście nie do wyłapania przez widzów nieobeznanych z kanonem. Najpoważniejsze błędy filmu są niestety widoczne dla wszystkich - wyraźny brak testów psychologicznych przy dobieraniu kandydatów do służby w najbardziej nieprzyjaznym ze znanych środowisk czy potężna supernowa zagrażająca całej galaktyce. Brak jakichkolwiek instalacji obronnych czy choćby śledzących na orbicie planet założycielskich Federacji, czyli Ziemi i Vulcana, skutkiem czego zagrożenie widać wtedy, gdy już zaczyna ono działać. I nawet wtedy nikt nie kwapi się do chociażby sprawdzenia, co to za obcy świder rozwierca planetę. Co dalej? Bliżej niezidentyfikowana "czerwona materia", tak groźna, że jej odrobina starczy do zniszczenia całej gwiazdy czy planety, choć przewozi się ją jednoosobowym stateczkiem i dozuje dużą strzykawką bez zabezpieczeń, banda niezdyscyplinowanych dzieciaków, praktycznie bez wysiłku ratująca od zagłady Federację Planet (motyw tyleż śmieszny, co oklepany po wszelkich możliwych produkcjach), a jako wielki finał - stopień kapitana na statku klasy Constitution dla smarkacza, który nawet nie ukończył jeszcze Akademii, a o dyscyplinie i odpowiedzialności ma pojęcie żadne. Rozczulające. Wobec tego jednego bledną wszelkie "buraki" oryginalnej serii.
Bohaterowie noszą co prawda imiona te same, co załoga ze starej serii, ale są zupełnie odmienni. Nie chodzi tylko o to, że są młodsi, ale o to, że zdają się być najzupełniej przypadkową zbieraniną rozwydrzonych małolatów, które mimo swych rozlicznych talentów irytują i budzą wątpliwości co do ich umiejętności działania w zespole. O ile w przypadku Jamesa T. Kirka jest to i zrozumiałe (dorastanie bez ojca), i nie tak znowu istotne, o tyle w przypadku pozostałych bohaterów staje się zmorą. Siedemnastoletni Chekov, zachowujący się jak ośmiolatek, jeszcze może być do zaakceptowania, jeśli postrzega się go w kategoriach komediowego wtrętu, jednak reszta staje widzowi-trekkerowi kością w gardle. Uhura zamiast być pełną wdzięku damą, daje się poznać widzom jako pyskata, wręcz niekulturalna dziewczyna z nizin społecznych. Scotty, główny inżynier, jest w tym filmie nie genialnym inżynierem, ale "geniuszem bez piątej klepki", który najpierw działa, a dopiero potem myśli, co mu się nie udało i dlaczego. Spock, zamiast być opanowanym i pokojowym logikiem, jest agresywnym bufonem, zdolnym do bezsensownej brutalności (usunięcie młodego buntownika ze statku w okolicznościach, które były dla niego bezpośrednim zagrożeniem), tak samo jak i do wyraźnego nepotyzmu (zmiana przydziału Uhury). W jego przypadku trudno znaleźć usprawiedliwienie dla tej zmiany, gdyż jego życie jest - z tego, co widzimy - takie samo, jak w oryginalnej linii czasu. Co tu zresztą mieć pretensje do Spocka, skoro wszyscy Wolkanie, których nam pokazano w tym filmie, zachowują się irracjonalnie, a w najlepszym przypadku - nie po wolkańsku. Jeśli jeszcze dodamy, że Akademia Gwiezdnej Floty z elitarnej szkoły wojskowej zmienia się w Towarzystwo-Przyjmowania-Do-Służby-Byle-Kogo, to już nic nas nie dziwi.
Większość aktorów w tym filmie nie odbiega poziomem od typowych aktorów młodzieżowych seriali. Na korzyść wyróżniają się ; Bruce Greenwood (kapitan Pike), Chris Pine (James T. Kirk), Karl Urban (doktor McCoy) i Leonard Nimoy (oryginalny Spock). Wielu fanów Star Treka uważa nawet, że ten ostatni jest jedynym rozsądnym powodem, by pójść do kina. Trzeba przyznać, że jego występ, choć krótki, jest osłodą braków filmu, gdyż Leonard Nimoy to żywa klasyka i legenda Treka. Jego młody odpowiednik, Zachary Quinto, jest (mimo wszystkich pochlebnych opinii o tym aktorze) największym rozczarowaniem rebootu Star Treka. Mówiąc otwarcie, żaden z niego Spock, mimo makijażu i spiczastych uszu. Podobnie kiepska okazała się Zoe Saldana, kontrastując swą kreacją z niepowtarzalną Nichelle Nichols. Mimo to młodzi widzowie (pokolenie anno Lost, Heroes i Tajemnice Smallville) są nimi zachwyceni, gdyż są to "ich" aktorzy, nie jakieś tam dziadki z serialu, w którym tekturowe dekoracje łączą się z przestarzałym Technicolorem w przedziwnie tandetną symfonię. Ktoś, kto nie zna oryginalnego świata Gene'a Roddenberry'ego, może przełknąć nawet fabułę, zwłaszcza gdy został wychowany na "Nowej trylogii" Gwiezdnych Wojen i Transformers. Fan Star Treka może zaakceptować ten film wyłącznie jako niezobowiązującą rozrywkę, nigdy jako część jego ukochanego universum.

Tytuł: STAR TREK
Reżyseria: J. J. Abrams
Produkcja: JJ Abrams, Damon Lindelof, Bryan Burk
Scenariusz: Alex Kurtzman, Roberto Orci
Muzyka: Michael Giacchino
Zdjęcia: Daniel Mindel
Montaż: Mary Jo Markey, Maryann Brandon
Charakteryzacja: Barney Barnum
Obsada:
Chris Pine - James Tiberius Kirk
Zachary Quinto - Spock
Karl Urban - Leonard McCoy
Simon Pegg - Montgomery Scott
Anton Yelchin - Pavel Chekov
Zoe Saldana - Nyota Uhura
John Cho - Hikaru Sulu
Eric Bana - Nero
Bruce Greenwood - Christopher Pike
Leonard Nimoy - Spock Prime
Winona Ryder - Amanda Greyson
Jennifer Mirrison - Winona Kirk
Czas trwania: 127 min.
Rok produkcji: 2009
Luiza "Eviva" Dobrzyńska


















































Odpowiedzi
Łohoho, to pojechałaś po
Łohoho, to pojechałaś po jedynym StarTrekowym filmie, jaki widziałam :) Mi się on nawet podobał, mimo że wolę Starą Trylogię SW ;P (co do SW - muszę coś wreszcie zacząć o tym pisać, bo mamy nierównowagę SW-ST na stronie ;P)
Jako pierwsze zetknięcie się z ST ten film zły nie jest - ja się do tego uniwersum trochę przekonałam po tym. Chociaż i tak wolę SW <3
Opisałam ten film widziany oczami trekkera, nie "zwykłego" widza
Dlatego może to byc recenzja stronnicza :)
...a jak zaczniesz, to będzie
...a jak zaczniesz, to będzie reakcja łańcuchowa, bo ja wolę nowe SW :P
To fire możesz jeszcze moją
To fire możesz jeszcze moją reckę skomentować, bo ja nieco przychylniejszym okiem spoglądam na ta produkcję :>
A ST i SW i tak wymiękają przy serii Aliens :>
--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/
I tak wszyscy wymiękacie przy
I tak wszyscy wymiękacie przy Wielkim Kosmicznym Muchomorze Obrońcy Ludzkości!
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Nawet Człowiek-homar z
Nawet Człowiek-homar z Marsa?
Swoją drogą, pamiętam że czytałem o filmie "Człowiek-grzyb". Muchomor to jest kolejna część?
--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/