Sukkub (Edward Lee)
Sukkub... Poza ciekawością kolejnego literackiego wcielenia tego demona, do lektury horroru Edwarda Lee z miejsca przekonała mnie okładka. Nie powinno się oceniać książki po okładce, wiem, ale to właśnie zrobiłam. I nie żałuję – wręcz przeciwnie. To, jak do tej pory, najlepszy horror jaki czytałam.
Zaczyna się interesująco – wykopaliska archeologiczne, przy okazji których dowiadujemy się o niezwykłych zwyczajach kulinarnych jednego z plemion. Później robi się tylko ciekawiej, choć akcja rozwija się powoli, by tempa i kompletnej nieprzewidywalności nabrać pod koniec.
Ann Slavik, główna bohaterka, jest prawnikiem. Może się wydawać prawdziwą kobietą sukcesu: dużo zarabia, ma mieszkanie, samochód i właśnie została wspólniczką w kancelarii. Jednak to tylko idylliczne pozory: w rzeczywistości kobieta ma problemy w kontaktach z nastoletnią córką, której nie rozumie, a od kilku tygodni nocami dręczą ją koszmary. Jej partner, Martin, to niesamowity facet, do którego od razu czuje się sympatię: to on właściwie wychowuje córkę Ann, Melanie, załatwia wszystkie sprawy i prowadzi dom. Jako poeta i wykładowca na pół etatu ma wiele czasu, ale za to mało pieniędzy. Kiedy w końcu Ann podejmuje decyzję o próbie poprawienia relacji z córką i Martinem, bierze urlop i razem przygotowują wyjazd do Paryża. Jednak wszystkie piękne plany szlag trafia, gdy w przededniu podróży bohaterka dostaje telefon od matki: jej ojciec miał wylew i nie wiadomo, jak długo jeszcze przeżyje.
Od tej chwili w książce zaczyna się robić naprawdę gorąco, pod każdym względem. Z zamkniętego psychiatryka ucieka dwóch wariatów, którzy jadą tropem Ann i jej rodziny, zostawiając po sobie krwawe ślady. Czego chcą? Kim są? Dlaczego akurat Ann? Tego wszystkiego dowiemy się na stronach powieści. Jednak wariaci początkowo wydają się najmniejszym problemem. Główna bohaterka ma odwieczne problemy w kontaktach z matką, które nie ustają nawet w obliczu zbliżającej się śmierci ojca. Poza tym jej rodzinne miasteczko, Lockwood, wydaje się tak samo niegościnne jak kiedyś. Niemniej, wszyscy mieszkańcy zdają się wiedzieć wszystko o życiu Ann i jej rodziny.
No dobrze, ale w sumie co ma to wspólnego z horrorem? To, co odgrywa się w tym świecie, a czego do pewnego momentu bohaterowie nie widzą: orgia perwersji. Brutalna penetracja każdego otworu ciała, męskie orgazmy ociekające spermą i krwią, mocz zalewający usta i twarz, nagie, nieletnie dziewczyny gwałcące mężczyzn, których potem patroszą. To brzydzi i podnieca, a lekki stylo Lee sprawia, że nie sposób oderwać się od tej książki. Każda, najbardziej nawet obrzydliwa, upokarzająca i perwersyjna scena, została tak napisana, że będziesz czytać dalej. Z zapartym tchem, balansując na granicy strachu, obłędu i podniecenia. Obiecuję.
Edward Lee oparł fabułę i akcję powieści na mitach i okultyzmie – a wyszło mu to mistrzowsko. Żadne zdanie, żadna postać, żaden opis – nic nie jest tu przypadkowe, niedopracowane lub nieprzemyślane. Autor świetnie zbudował każdego z bohaterów i konsekwentnie trzymał się ich charakterów, nawet gdy wystawiał ich na najbardziej ekstremalne przeżycia. Mieszkańcy Lockwood są tajemniczy, córka niedostępna i odsunięta od matki coraz bardziej, Martin zagubiony, zaś Ann wszystkie dziwne wydarzenia, jak na bohaterkę horroru przystało, wspaniale racjonalizuje i tłumaczy. Również opisy, które zazwyczaj nie są moją ulubioną częścią książek, napisane zostały po mistrzowsku. Ciemny las budzi grozę i przerażenie, słoneczne miasteczko jest ciche i tajemnicze, a wielkie miasto to... cóż, wielkie miasto, z przepychem, ludźmi i pieniądzem u władzy.
Ale nie będę kłamać – mnie najbardziej przyciągnęły te wszystkie okropieństwa, bestialstwo, orgie i krwawe posiłki. I trudno powiedzieć, dlaczego. Przecież nie jest to pierwsza książka, w której pojawiają się takie rzeczy. Jednak historia, którą wymyślił Lee, w połączeniu z mistrzowskim stylem robi naprawdę ogromne wrażenie. Bałam się, chciałam zasłonić oczy rękami, jak to zwykle robię przy oglądaniu horrorów. Ale dłonie ani drgnęły, grzecznie i usłużnie trzymały książkę, przewracając kolejne strony. Kilka wątków, które przeplatają się przez powieść, by połączyć się w niebanalny sposób na końcu, nie pozwalają odłożyć jej na bok.
Jedyną rzeczą, która nie spodobała mi się w książce, są literówki. Bardzo przeszkadzają w odczytaniu niektórych zdań, zmieniają ich sens i czytelnik się gubi. Trzeba przeczytać zdanie wcześniej, w głowie poprawić literówkę i dopiero wtedy wyłapuje się sens. Mam wielką nadzieję, że jeśli kolejne książki Lee zostaną wydane, to będą pod tym względem lepiej dopracowane.
Książka pozbawiona jest ilustracji, co moim zdaniem działa na jej korzyść. W tym wypadku wyobraźnia każdego czytelnika będzie najlepszym rysownikiem. Okładka, za którą odpowiedzialna jest firma Design Partners, wygląda nader sugestywnie i przyciąga wzrok. Ciemne tło, a na nim kobieca, odrobinę niewyraźna twarz. W oczach maluje się nuta szaleństwa. Naprawdę, przemawia do człowieka, nie sposób ominąć ją wzrokiem.
Jeśli jesteś fanem mocnych wrażeń, to musisz przeczytać tę książkę. Jeśli jesteś fanem gatunku – również. Jeśli jesteś zwykłym zjadaczem książek, który szuka czegoś nowego – przeczytaj. Jeżeli natomiast jesteś właścicielem słabych nerwów i delikatnego żołądka – cóż, to nie lektura dla Ciebie. Ale i tak ją przeczytaj. Działa na wyobraźnię.
Anna "Yenfri" Siczek
dziękujemy wydawnictwu Replika.

autor: Edward Lee
tytuł: Sukkub
tytuł oryginału: Succubi
tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
wydawnictwo: Replika
data wydania: 2011
miejsce wydania: Zakrzewo
oprawa: miękka ze skrzydełkami
projekt okładki: Design Partners
ISBN: 978-83-7674-138-3
liczba stron: 328

















































