Święty Mikołaj - historia prawdziwa

    Święty Mikołaj obudził się, czując niesamowity ból głowy. Trzymając się za obolałą część ciała, powoli wstał z łóżka. Pani Mikołajowej już przy nim nie było. Pewnie przyrządzała mu właśnie śniadanie. Na samą myśl o jedzeniu zawartość jego żołądka usiłowała wykonać salto. Oj tak... Popił wczoraj z Dziadkiem Mrozem. Tradycyjnie, jak co roku, dla dodania sobie sił przed Bożym Narodzeniem... Boże Narodzenie! Zupełnie o nim zapomniał! Jeszcze nigdy nie robił Światowego Objazdu na kacu. No ale fakt faktem – Piaskowy Dziadek zebrał się z imprezy szybciej niż zwykle i nie miał kto hamować ich pijackich zapędów. Poczciwy stary Piasio... Zawsze ten sam – śpiący, z podkrążonymi oczami i szlafmycy na głowie. Za każdym razem chronił pijackie grono przed przekroczeniem pewnej granicy. Jednak wczoraj, w związku ze zmianą czasu w niektórych krajach, musiał opuścić ich wcześniej, aby móc sypać piach w oczy śmiałków, którzy ośmielili się zbyt długo brykać poza łóżkiem.

    I tak oto Mikołaj cierpiał dziś przez dokuczliwy ból głowy. Udał się do kuchni i otworzywszy lodówkę, wypił cały karton maślanki, przyjemnie zwilżając wyschnięte, jakby posypane piaskiem Piasia, gardło. Odłożywszy puste opakowanie i zamknąwszy drzwi lodówki, głośno beknął.

    Ulga trwała krótko. Przed oczami stanęła mu nagle okazała postać Pani Mikołajowej. Piękna, choć pokryta zmarszczkami twarz, wykrzywiła się z wściekłością, a pulchną rękę oparła o okrągłą sylwetkę ukrytą pod czerwoną, wełnianą sukienką. W drugiej dłoni dzierżyła ogromny wałek do ciasta.

    – Ty łajdaku! – wrzasnęła starczym, lecz silnym głosem. – Gdzieś ty chlał do trzeciej w nocy! Przylazłeś tu i jeszcze obrzygałeś cały dywan w przedpokoju! Jest już dwunasta w południe! Budziłam cię pięć razy! Od sześciu godzin powinieneś być w drodze!
    Mikołaj podskoczył jak oparzony.
    – Mikołajko moja złociuchna. – wziął do ręki dłoń żony z wałkiem i spojrzał jej głęboko w oczy. – Co ja bym bez ciebie zrobił? – ucałował policzek starszej kobiety. Wiedział doskonale, że to zawsze wybawiało go z opresji, kiedy była na niego wściekła. Poczciwa żona…
    – Poprosiłam już Konrada, żeby elfy zaprzęgły renifery. – Konrad był jednym z elfów, które zawsze pomagały przy wielkim Objeździe. – Domyślam się, że po wczorajszym nie jesteś jeszcze w stanie nic zjeść, więc przygotowałam ci kanapki na drogę.

    Pięć minut później Mikołaj zapinał już swój czerwony płaszcz na opasłym mięśniu piwnym (co robić między jednym, a drugim Bożym Narodzeniem? Pozostają wieczory przed kominkiem i flaszka opróżniana wraz z elfami przy miłym zapachu z kuchni, w której krzątała się Pani Mikołajowa). Założył wysokie czarne buty, a na koniec Mikołajka włożyła mu na głowę czerwoną czapkę z białym pomponem i ucałowała go w czerwony nos. Chciał jej coś powiedzieć, ale głos go zawiódł. Pomyślał, że przynajmniej będzie w tym roku zwolniony od wołania idiotycznego „HO HO HO”.

    Kiedy wyszedł z domu, lodowaty wiatr uderzył go w twarz. Wzdrygnął się i zapragnął wrócić do łóżka. Jednak służba nie drużba i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że chcąc nie chcąc, musi odbębnić ten swój jedyny pracowity dzień w roku. Na ogromnym placu przed domem, jak mrówki wiły się niewielkie, kolorowe postacie – elfy. Miały metr wzrostu, spod kolorowych, długich czapek widać było głęboko osadzone oczy, długie nosy i ostro zakończone uszy.

    Widząc staruszka, jeden z nich, ten w pasiastym biało-zielonym ubranku, podszedł do niego z nieszczęśliwą miną.
    – Co się stało Bławatku?
    Człowieczek skierował wzrok na ośnieżoną ziemię.
    – Nieszczęście! – zaskrzeczał jak skrzypiące drzwi. – Rudolf chory. Jego nos nie świecić. Inne renifery nie chcieć lecieć. One też chore. Nie chcą lecieć.
    Ta wiadomość ostatecznie otrzeźwiła Mikołaja, rozjaśniając mu umysł. Maszerował do stajni reniferów tak szybko, jak tylko pozwalała mu na to tusza. Mijając rozświetloną i hałaśliwą fabrykę zabawek, gwizdnął przeciągle. Prawie natychmiast pojawiła się przy nim setka elfów.
    – Włóżcie wszystkie prezenty do wora. Niedługo wyruszam.
    Elfy bez szemrania rozbiegły się, by wykonać polecenie.

    Stajnia była wielkim, ciepłym i luksusowym pomieszczeniem, w którym rozkosznie pachniało siano. I to nie byle jakie. Było ono sprowadzane z daleka, aby tylko sprostać wymaganiom delikatnych podniebień mikołajowego zaprzęgu. Stajnia składała się z siedmiu otwartych boksów. Renifery mogły swobodnie chodzić po całym budynku i odwiedzać się wzajemnie. Każdy boks był wielki jak pokój – podłogi wyściełane miękkim sianem, ściany kolorowe i ozdobione girlandami jemioły o czerwonych jagodach. W kącie obok poidła znajdowała się sterta różnorakiego siana. W drugim kącie stała wielka choinka ozdobiona błyskotkami. Na jednej ze ścian w każdym boksie wisiał plazmowy telewizor.

    Kiedy Mikołaj wszedł do środka, renifery, jak zwykle, leżały wygodnie na sianie i zajadały się jabłkami. W ogóle nie zwróciły uwagi na przybycie gościa. Wlepiały wyłupiaste ślepia w ekrany telewizorów. Z wyjątkiem Rudolfa. Ten leżał zwinięty z pyskiem zwróconym ku ścianie.
    – Rudolfie, co się stało?
    Cisza.
    Mikołaj ponowił pytanie.
    Do boksu weszły dwa renifery.
    – Nos Rudolfa nie jest czerwony. – zaśmiał się jeden z nich. – Nie możemy więc wyruszyć w podróż. – wyszczerzył zęby.
    Po chwili jednak obydwa cofnęły się gwałtownie – w oczach Mikołaja błyszczało szaleństwo.
    – Nie wyruszamy saniami? Świetnie. Zatem wyjadę ciężarówką. Tym razem nie odmrożę sobie klejnotów!

    Marta "Nubia" Porwich

    Nazwa użytkownika

    Facebook

    Discus